Michał Siara od blisko półtora roku pełni funkcję członka zarządu Górnika Zabrze. W rozmowie z serwisem Roosevelta81.pl przedstawiciel władz 14-krotnych mistrzów Polski opowiada o realiach panujących w klubie z Roosevelta, kwestii prywatyzacji, Lukasie Podolskim i o problemach z występami na Arenie Zabrze.
Buenos dias, Senior Siara…
– Buenos Aires (śmiech). Zawsze śmiałem się do mojego taty, że co najmniej skandalem jest brak tantiemów z tego tytułu dla naszej rodziny. To też pokazuje moją naturę sprzedażową. Gdzie jest kasa za użycie naszego nazwiska w filmie?! (śmiech)
Killerów 2-óch wszedł na ekrany kin w 1999 roku. Miałeś wtedy 15 lat. W szkole byłeś królem?
– W podstawówce nie miałem jeszcze takiej ksywy. Byłem w tamtych czasach bardziej pucołowaty i na osiedlu wołali na mnie Bulli, od bajki o takim bałwanku. Potem w szkole średniej „Siara, Siara” było na porządku dziennym. W ogóle ludzie mówią do mnie po nazwisku, ja zresztą tak wolę. Śmieję się, że nawet moja mama już nie pamięta jak mam na imię (śmiech). W ogóle mi to nie przeszkadza, to nawet fajne. Moja żona wzięła moje nazwisko i cieszę się, bo nawet się tym jara.
Nie ma na imię Gabrysia, jako zdrobnienie od Ryszarda?
– Ma na imię Aleksandra. Ostatnio dostała jakąś paczkę z nazwiskiem Siara i miała z tego fun.
Stefan „Siara” Siarzewski miał jakieś cechy, które wyjątkowo cenisz?
– Brodę (śmiech).
A umiejętność zarządzania? U niego wystarczył jeden telefon: „Memory 5: Siara. I wszystko jasne”
– To było zarządzanie strachem. Wiadomo, że mówimy tylko o komedii, ale ja nie chciałbym być tak odbierany, taki styl nie jest skuteczny. Na pewno zgoła z filmowym „Siarą” się różnimy. Zanim czegoś spróbuję muszę wszystkiego dotknąć, sprawdzić i przeanalizować. Jednocześnie próbuję przy tym odsuwać od siebie myśl, że samemu wykonam postawione zadanie najlepiej. To jest iluzja. Staram się pamiętać, że ludzie są ode mnie lepsi w wielu dziedzinach i szukam możliwości współpracy z ekspertami w swoich obszarach, by czerpać od nich jak najwięcej pożytku dla siebie i projektu, którym się zajmujemy. Z kolei, tym co nas z „Siarą” łączy są pewnie upartość i determinacja w dążeniu do celu.
Górnik Zabrze nie jest Twoim pierwszym i pewnie nie jest ostatnim klubem w Twojej karierze. Jak oceniasz ten czas?
– Jestem w Zabrzu niemal półtora roku i naprawdę mam nadzieję, że zostanę tutaj na dłużej. Kiedyś nie wyobrażałem sobie w ogóle życia poza Warszawą. Od przeprowadzki do Częstochowy uważam, że w mniejszym mieście żyje się dużo fajniej i spokojniej. Jest mniej korków, a ja w korku automatycznie się denerwuję, bo to strata czasu. Jestem szczęśliwy w Górniku. Jestem zakochany w tym klubie i wszystkim co się dookoła niego dzieje. Pcha mnie do przodu możliwość osiągnięcia sukcesu.
Co tak mocno urzekło Cię w klubie z Roosevelta?
– Myślę, że chodzi o jakieś wyzwanie, chęć zbudowania czegoś i zostawienia po sobie. Jasne, że fajnie jest jak wygrywasz. Wchodzisz po meczu na social media i widzisz jak wielu ludzi wciąż przeżywa to co wydarzyło się na stadionie. Trener wrzuca filmiki z wyjścia piłkarzy, kibice jakieś zdjęcia z promenady. Jeden z kibiców napisał do mnie na X: „Dzięki za to co robicie! Moja córka była ze mną pierwszy raz na Górniku i chce wracać na każdy mecz”. I to jest po prostu świetne. Jak patrzysz na frekwencję i słupki, które rosną, to masz aż ciarki, bo czujesz, że masz realny wpływ na odbudowę wielkości tego klubu.
W meczu z Legią sold out był już tydzień przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Na co dzień nie jest łatwo zamknąć tego stadionu kompletem. Masz diagnozę, dlaczego to tak wygląda?
– Potrzeba trochę czasu. Kibice Górnika nie byli przyzwyczajeni, że przy okazji dnia meczowego coś się dzieje wokół stadionu. Tego wcześniej nie znali, a to przyciąga rodziny z dziećmi. Na meczu z Legią był na trybunach przedstawiciel jednego z naszych potencjalnych sponsorów. Rozmawialiśmy już jakiś czas temu, a on powiedział: „Przyjadę na Legię, zobaczę jak to wygląda na żywo”. Wyjechał zachwycony. Może ktoś był na Roosevelta kilka lat temu, czymś się zraził, coś mu się nie spodobało. Dziś naszym zadaniem jest dotrzeć do tych ludzi, dać im szansę przekonania się jak wiele się zmieniło. Błędów w ostatnich latach było wiele, do tego budowa stadionu sprawiła, że trzeba było grać przy ograniczonej pojemności. Nie brakuje też ludzi, których zaangażowanie po prostu zainfekowały złe praktyki.
To znaczy?
– Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że ludzie chcąc wejść na mecz z Legią kontaktowali się z nami przez znajomego sponsora, przez miasto czy do nas bezpośrednio, że chcieliby bilet. Mówisz im, że da się to zrobić, a bilet kosztuje tyle i tyle, a oni… nie chcą tego zapłacić. Pada wtedy na przykład odpowiedź: „A nie, to ja spróbuję inaczej”. To nie jest tak, że tych ludzi nie stać na bilet. Czy to bilet zwykły, czy VIP. To są często osoby którym się powodzi, mają własne firmy. Niemniej praktykowane wcześniej rozdawnictwo biletów przyzwyczaiło ich do tego, że oni nie płacą. Zanim zmienisz mentalność tych ludzi trochę czasu musi minąć. Pierwszym niezbędnym krokiem jest to, by tych biletów po prostu nie było na kilka dni przed meczem. Ten krok już zrobiliśmy.
Coś jeszcze w kwestii sprzedaży czy dystrybucji biletów Cię zdziwiło?
– Na pewno to, że Górnik w 2017 roku – otwierając stadion – nie myślał w ogóle o sprzedaży karnetów. Kiedy podkreślałem, że mam parcie na ich sprzedaż, wiele osób mówiło mi, że w Zabrzu nie ma kultury bycia karnetowiczem. Ok, ale jak nie ma, to trzeba ją stworzyć. Jeżeli będziemy szli do przodu, rozwijali klub sportowo i marketingowo – to dostępność biletów będzie w coraz większym stopniu ograniczona, bo będzie więcej chętnych niż miejsc. Posiadacz karnetu się tym nie martwi, a do tego ma szereg innych korzyści, takich jak szybsze wejście na stadion, wcześniejszy dostęp do informacji czy zniżki w sklepie kibica.
Wielu kibiców idei kampanii karnetowej nie rozumiało…
– Powiedziałem już kiedyś, że kibic ma pełne prawo mieć duże oczekiwania wobec tego klubu. Ale żeby wymagać, musi też dać coś od siebie. Kupić karnet, koszulkę, odwiedzić sklep kibica. Zostawiając pieniądze w klubie kibice dają nam szansę na pozyskanie lepszych piłkarzy, pokrycie kosztów związanych z ich kontraktem, rozwojem poziomu sportowego drużyny. U nas jest na razie tak, że przegrywamy taki mecz jak z Motorem i zaczyna się jazda. Zarząd zły, działkuje między sobą pieniądze za Sarapatę. Milik zły, co to za transfery. Trener nie wiadomo skąd, a ten Liseth to co on w ogóle robi na boisku… Potem przychodzi zwycięstwo, to jest euforia i kreślenie marzeń o piętnastej gwiazdce. Ja po meczu z Motorem dostałem na Instagramie taki komentarz, napisany wielkimi literami: „Czy dalej oczekujesz od kibiców, by kupowali karnety?!”. Rozumiem oczekiwania, ale warto wykazać się zrozumieniem pewnych mechanizmów.
Zapanowała wszechobecna euforia wokół Górnika Zabrze.
– To czego dziś najbardziej potrzebujemy, to chłodna głowa. Jest jeszcze masa rzeczy w klubie i wokół niego do zrobienia. Część tej pracy, wykonana przez sztab, drużynę i pracowników przy wsparciu splotu szczęśliwych okoliczności sprawiła, że dziś jesteśmy wysoko w tabeli i cieszymy się tą chwilą. Jednak organizacyjnie, infrastrukturalnie i budżetowo nie możemy jeszcze realnie myśleć o tym, by bić się o tytuł mistrza Polski. Szanujmy to co mamy, szanujmy naszą historię, ale miejmy też świadomość miejsca, z którego się obecnie próbujemy przesuwać do przodu. To jeszcze daleka droga. My zrobimy wszystko, by te sukcesy osiągać, ale to przyjdzie z czasem i sukcesywną pracą.
Cofnijmy się o blisko półtora roku do tyłu. Jesteś w Częstochowie, dostajesz telefon z Zabrza, ale posiadasz już tę wiedzę jaką masz o Górniku obecnie. Decydujesz się przyjąć tę propozycję?
– Ciekawe pytanie… Dzisiaj jeszcze tak, bo dalej wierzę, że ten klub zostanie sprywatyzowany. Jak przed przyjściem do Górnika rozmawiałem z Lukasem, to oprócz zasad współpracy omawialiśmy też perspektywy na przyszłość. Patrząc tylko na finanse, to ten ruch był co najmniej irracjonalny. Ja wiem, że Lukas chce ten klub kupić. Natomiast patrząc od kilku lat na ten proces nie wiem, czy miasto chce go sprzedać. Mam w tej kwestii wątpliwości, ale wierzę, że znajdzie to swój szczęśliwy finał.
A co jeśli do prywatyzacji Górnika Zabrze w najbliższym czasie nie dojdzie?
– Mnie nie interesuje przeciętniactwo i walka o środek tabeli. Chcę być najlepszy. Jeśli klub zostanie miejski, to przez dziesięć następnych lat będziemy co roku liczyć punkty do utrzymania. Wtedy trzeba będzie sobie zadać pytanie, czy to ma sens? Będzie więcej prywatnych klubów w Ekstraklasie, które będą w stanie dokładać więcej pieniędzy. My w konsekwencji będziemy niżej i niżej, aż w końcu Górnik spadnie. I wtedy powiedzą: „O! No, trudno…”. Ja się na taki scenariusz nie zgodzę. Jak już powiedziałem, jestem zakochany w Górniku i chciałbym coś w Zabrzu osiągnąć. I to nie tak, że raz, tylko chciałbym budować markę tego klubu. By móc powiedzieć sobie za czterdzieści lat, że udało się w Górniku zrobić coś fajnego.
Twoje poprzednie miejsca pracy tak cię nie rozczulały?
– Praca w klubie piłkarskim generuje tak nieprawdopodobną dawkę emocji, których poza sportem nie jesteś w stanie doświadczyć. No, może gra na giełdzie, jak jesteś maklerem to emocje są podobne. Tutaj oprócz tego, że wykonujesz normalną pracę w biurze – czyli spotykasz się z kontrahentami, robisz zestawienia, sprzedajesz produkty w sklepie czy rozmawiasz ze sponsorami – to dochodzi ten nieprawdopodobny ładunek emocjonalny pojawiający się co tydzień czy co dwa tygodnie w postaci meczu. I nie jesteś w stanie tego kupić. Ja z racji mojej wrodzonej nadpobudliwości też mam taką naturalną potrzebę przeżycia emocji na takiej skali. I chyba nie ma lepszej pracy dla osoby takiej jak ja.
Czyli w Górniku odnalazłeś siebie?
– Pracuję w fajnym klubie, z pięknym – choć bez ważnej części trybun – stadionem, z super kibicami, to tylko potęguje ekscytację. Miałem przesyt piłki przed pracą w Rakowie. Oglądałem tylko wybrane mecze i już mnie trochę to znudziło. Może tego wszystkiego było za dużo w teorii, by się tym cieszyć w praktyce. Jak zacząłem pracę w Częstochowie, to zakochałem się ponownie w piłce. W tych emocjach, które generuje ten sport, w wygrywaniu meczów. W tym, że co tydzień walczysz o zwycięstwo. Z kolei w Górniku to wszystko jest jeszcze podszyte taką emocjonalną dawką pięknej historii tego klubu. Ten klub emanuje pewnego rodzaju rodzinnością. Szczególnie w szatni jest taka atmosfera. Widziałem wypowiedź Sow’a, w której mówił o tym dlaczego zaczęło się to zazębiać. Bo ta atmosfera tutaj jest taka, a nie inna. Że wszyscy są rodziną. „Poldi” też napisał to na X, że sztab, pracownicy, kibice, zawodnicy, wszyscy którzy poświęcają się dla klubu tworzą rodzinę. I to naprawdę czujesz.
Piłkarze doceniają taką atmosferę? Łatwiej jest rozmawiać z nimi o nowym kontrakcie czy transferze?
– Jak Łukasz Milik rozmawia z potencjalnymi nowymi zawodnikami, to on mówi: „To jest rodzinny klub”. I dopóki do nas nie dołączysz, nie wejdziesz do szatni a potem nie wyjdziesz na ten stadion, to nie będziesz w stanie zrozumieć co to znaczy. Sow ucałował herb po drugiej bramce z Legią. Nie dziwię się, że mu się tu podoba. Jak strzelasz bramki, jak ludzie w ciebie wierzą, to wszystko cię niesie. Czego chcieć od życia więcej?
Co Cię najbardziej absorbowało czasowo i kosztowało najwięcej wysiłku przez te półtora roku?
– Wiesz co, to zawsze się sprowadza do tego samego. To są kwestie międzyludzkie. To jest największy, najbardziej absorbujący temat, który się przewija w prawie każdej pracy. Możesz mieć większe, mniejsze zobowiązania finansowe. Możesz mieć więcej, mniej pieniędzy na koncie klubu. Ale relacje są elementem, którego w żadnym wypadku nie możesz zaniedbać. Inaczej nie jesteś w stanie osiągnąć sukcesu. W żaden sposób.
Zmiany personalne na początku Twojej kadencji były duże.
– Przyszedłem do Górnika i tutaj byli ludzie, którzy od dłuższego czasu w klubie pracowali. Byli zmęczeni tym całym podejściem miasta, różnego rodzaju gierkami, zastanawianiem się, czy miasto znowu będzie ingerowało w ten czy inny sposób? Oprócz tego każdy z nich miał swoje różnego rodzaju problemy. Może w domu, może finanse. Z tym się zmagamy cały czas. Nawet jak coś wygląda z zewnątrz bardzo dobrze, ludzie chwalą i piszą: „Pani Dario, dział marketingu super!”. Oczywiście, że różnica pomiędzy tym, co było a co mamy dzisiaj jest kolosalna. Tylko prawda jest też taka, że te zagadnienia międzyludzkie dalej występują. Przychodzi ktoś nowy, pojawia się inny podział obowiązków, występują jakieś tam konflikty. Czasami ktoś jest niezadowolony ze swojej dzisiejszej roli, chciałby więcej. Albo nie czuje się najlepiej w tym, co robił, a chciałby spróbować czegoś innego. Czyjeś ego jest urażone, bo uważa, że wcześniej był bardziej doceniony… To jest codzienność zarządzania ludźmi, w każdym zespole mamy z tym do czynienia. Z resztą, to ma zastosowanie wewnętrznie i zewnętrznie. Był jeden, drugi, trzeci prezydent, którego musisz zadowolić. Do tego Rada Miasta. Są sponsorzy, są wszelkiej maści interesariusze i oni też zgłaszają różnego rodzaju zagadnienia. W akademii panowanie nad emocjami rodziców, to jest chyba najważniejsze zadanie. To wszystko razem pochłania mnóstwo czasu i energii, ale jak się postarasz, to potem wiesz, że możesz ufać tym ludziom, że mówisz coś na spotkaniu i nie musisz się przejmować czy to zostanie dowiezione. Im masz więcej ludzi wykwalifikowanych na wyższym poziomie a przy tym odpowiedzialnych, takich, na których możesz polegać, tym więcej uwagi samemu możesz sam poświęcać innym ważnym tematom, bo wiesz, że powierzone im sprawy są w dobrych rękach. A tematów wciąż przybywa, a nie ubywa. I to takich, które potrafią spędzać sen z powiek.
Chodzi o kwestie finansowe?
– Pod kątem płatności musisz lawirować, łatać dziury, ustalać i realizować plany spłaty pewnych rzeczy. Tutaj czapki z głów przed Bartkiem, że to się udaje tak zrobić, że potrafi tak rozmawiać z ludźmi, że ten jeszcze poczeka, a dzięki temu tu się zapłaci. Mamy do wyczyszczenia wiele tematów finansowych, dziwnych relacji, rozdawnictwa biletów VIP-owskich czy biletów w ogóle. Do tego musimy stale pozyskiwać partnerów, sponsorów, by mieć jakąkolwiek płynność.
Co obok przepływu pieniędzy stanowi dla zarządu największe wyzwanie?
– Kwestia stadionu. Jakby liga się skończyła dzisiaj, to czy my jesteśmy na 100 procent pewni, że przy awansie do europejskich pucharów będziemy w stanie grać wszystkie mecze na tym stadionie? Ja mam wątpliwości. Mówię o Arenie Zabrze w dzisiejszym kształcie, kiedy nie jest oddana ważna część czwartej trybuny pod kątem wymogów telewizyjnych. Do tego dochodzi kwestia murawy. Jestem przekonany, że zimą będą już spore wyzwania a kolejnego sezonu ona nie dożyje. Nie jestem co do tego przekonany, że wszyscy sobie zdają z tego sprawę, czy to w spółce „Stadion”, czy w mieście.
Myślisz, że naprawdę będzie z tym problem?
– Mam nadzieję, że nie. To nie jest tak, że nie da się tego rozwiązać, tylko trzeba mieć świadomość tego i myśleć o tym już teraz. Na przykład na czwartej trybunie jest niezagospodarowane miejsce, które miało być przeznaczone na dwa studia telewizyjne – tu może być wyzwanie. Natomiast może wcale nie będzie takiego problemu bo Górnik w pucharach nie zagra.
O tego typu sprawach trzeba myśleć już teraz, a nie po zakończeniu sezonu.
– Trzeba też myśleć trochę do przodu. Mieć świadomość i być zabezpieczonym na wszelkie scenariusze. Także takie, że możemy zagrać w europejskich pucharach. Fajnie, że mamy 22 punkty, ale pamiętajmy, że to nam na dziś nie daje nawet utrzymania. Chłodna głowa, praca, pokora, ale trzeba myśleć i działać zawczasu.
Czyli Górnik dzisiaj w rękach miasta to taki kolos na glinianych nogach.
– Nasze realia dzisiaj są takie, że jeżeli nie sprzedasz piłkarza albo nie zajmiesz wysokiego miejsca w tabeli, to spinanie tego finansowo jest ciężkie. Musisz mieć środki na transfery, nie mówiąc o codziennym funkcjonowaniu klubu. A pamiętajmy, że do tego dochodzi jeszcze jedna czy druga pożyczka, którą musisz spłacić do końca tego roku. W naszej obecnej sytuacji po prostu wybieramy mniejsze zło, co jest ważniejsze, co niesie za sobą większe konsekwencje. Jeżeli sami nie zarobimy, to na dzisiaj pieniędzy nie dostaniemy od właściciela. Jedyne środki jakie trafiają do nas z miasta to cztery miliony na spłatę obligacji w marcu. Te pieniądze nie zasilają naszego konta, wędrują od razu do banku. A do tego środki na spłatę obligacji nie są zabudżetowane w żaden sposób w klubie, więc gdyby jednak miasto nie przeznaczyło corocznej kwoty, Górnik nie da sobie rady. Za dzień czy dwa dojdzie do zajęcia na koncie i sobie te pieniądze i tak odbiorą, a my będziemy wtedy musieli na gwałt szukać środków na tematy bieżące. Prawda jest taka, że obecnie w każdym momencie ten klub może się wywalić pod kątem finansowym. Jak słyszę takie głosy, jak na sesji Rady Miasta, że ktoś mówi w ogóle ile Górnik jest warty… Ja nie wiem skąd oni wzięli te 56 mln złotych. Ja naprawdę nie wiem skąd te wyliczenia. Bardzo chętnie się spotkam i przedyskutuję ten temat, bo poszło w świat, a ja jestem bardzo ciekaw metodologii jak to było wyliczane.
Wielu radnych czerpie swoją wiedzę między innymi z wyceny wartości drużyny na Transfermarkcie.
– Branie wyceny drużyny na Transfermarkcie i budowanie na jej podstawie jakichś wyliczeń, to jest abstrakcja. „Poldi” jest tam chyba wyceniany na sto tysięcy euro. Tylko kto zapłaci dzisiaj za „Poldiego” – jako piłkarza – sto tysięcy euro? Jego wartość marketingowa i ogólne merytoryczne przygotowanie do wspierania działań klubu są ogromne, ale piłkarsko jako 40-latek jest niesprzedawalny za takie pieniądze. Idąc dalej, Michal Sacek, który nie zagrał pół minuty w barwach Górnika Zabrze, jest dzisiaj wart milion euro? Przecież teoretycznie on może jeszcze długie miesiące nie grać w piłkę. Nie mam pojęcia kto to liczy, to są kwoty wyssane z palca.
Czy bez prywatyzacji Górnik Zabrze przetrwa w obecnej formie, czy Twoim zdaniem w końcu dojdziecie do ściany i będzie problem?
– Musielibyśmy sobie zdefiniować pewnie kwestie w obecnym kształcie. Bo większość ludzi, którym zależy na klubie ma jakieś oczekiwania wobec Górnika. Drużyna chce wygrywać, pracownicy starają się o jak najlepsze ku temu warunki. Są oczekiwania kibiców, że Górnik będzie zdobywał punkty, będzie nawiązywał do historycznych sukcesów. A czy miasto – jako właściciel – ma dzisiaj jakieś oczekiwania wobec klubu i jego wyników?
Pewnie ich nie formułuje, bo nie zgłaszacie się do ratusza po pieniądze.
– Powiem tak… Jesteś w stanie gromadzić środki pewnymi zasobami i robisz to najlepiej jak potrafisz. Tylko, prawda jest taka, że zadłużenie tego klubu sprzed lat było horrendalne. Jakbyś był normalnym przedsiębiorstwem, które nie ma możliwości robienia takich strzałów budżetowych jak klub piłkarski, to musiałbyś ten biznes zamknąć. Prowadząc klub masz trochę inne spektrum. Tutaj możesz sprzedać za jakąś wygórowaną kwotę zawodnika. Nie mając tej perspektywy zamykasz biznes, po prostu ogłaszasz upadłość. I tak de facto to powinno wyglądać. Co nie zmienia faktu, że musisz walczyć o to, żeby pozyskać jak najwięcej środków z zewnątrz, niezależnych od transferów. Nie tylko z miasta. No bo tych środków potrzebujesz do bieżącego funkcjonowania klubu. Możesz je pozyskać od sponsorów, z lóż, od kibiców i ze sprzedaży zawodników. Robisz co się da, tylko czy jesteś w stanie zakopać takie długi na dłuższy czas? No z całym szacunkiem, nawet przy dobrej historii sprzedażowej Górnika Zabrze, nie da się osiągać rok w rok wyniku z transferów na takim poziomie. A już na pewno nie bez bardzo dużej straty na boisku. I zawsze warto sobie odpowiedzieć, czego my byśmy chcieli. Bo jeżeli chcemy być klubem, który gra, po prostu uczestniczy w rozgrywkach Ekstraklasy, raz wygra, raz przegra, gdzieś tam będzie się w środku stawki… to być może ten klub przetrwa. Tylko nie wiem jak długo. Bez żadnej gwarancji utrzymania w Ekstraklasie, bo konkurencja będzie się zbroić.
Czyli przyszłość nie maluje się w kolorowych barwach.
– Górnik będzie musiał dalej sprzedawać, znaleźć jakieś rozwiązania, bo dzisiaj może klub zmierza we właściwym kierunku wspólnym wysiłkiem wielu osób, ale czy dalej będzie zmierzał, jeżeli będzie klubem miejskim? Czy ludzie, którzy dzisiaj kilka cegiełek dołożyli do tego, żeby ten klub szedł w tę stronę, będą dalej chcieli to ciągnąć w takich warunkach? Każdy z nich ma swoje ambicje i każdy też będzie chciał zarabiać większe pieniądze. Mają rodziny, mężów, żony, dzieci… Teraz od stycznia znowu płaca minimalna ma pójść w górę. Musisz zagospodarować dodatkowe środki dla ludzi, a nawet ci, którzy nie zarabiali tutaj minimalnej, też chcieliby dostać sto, dwieście, pięćset złotych więcej, bo automatycznie wszystko w sklepach też trochę drożeje. No bo masło w sklepie już ich nie kosztuje dziesięć złotych, tylko dwanaście na przykład i tak dalej, i tak dalej.
Patrząc jak to wszystko wygląda nie boisz się, że ten entuzjazm „Poldiego” opadnie, zakończy w Górniku karierę, spakuje się i wyjedzie do Koeln?
– Staram się nawet o tym nie myśleć… To jest w ogóle gość, który ma swoje biznesy, zarabia jakieś tam pieniądze. Niekoniecznie musi dorabiać na piłce nożnej. On nie ma najwyższego kontraktu w Górniku. Coś tam zarabia, jasne, ale to nie jest tak, że to jest jego główne źródło utrzymania. I podziwiam go za to, że wobec tego wszystkiego mu się dzisiaj jeszcze chce angażować swój czas wolny. On się przejmuje, zastanawia nad sklepem, szuka sponsorów, myśli co zrobić, żeby było lepiej. Pomaga w każdym aspekcie. Nie widzę dzisiaj możliwości funkcjonowania Górnika Zabrze bez Lukasa Podolskiego. Ludzie sobie nie zdają sprawy, ile on tu inwestuje. Nie chodzi mi tylko o to, ile wkłada własnych pieniędzy, a wkłada niemało. Ludzie nie widzą tego, ile on tu inwestuje zaangażowania, żeby ten klub dostał więcej pieniędzy i miał więcej możliwości. Ostatnio bardzo często jest taki model, że ja znajduję jakąś firmę i mówię „Poldiemu”: „Słuchaj jest taki i taki temat, zadzwoń, zapytaj. Bo oni są powiązani z Niemcami, czy z Bayernem, a ten z Arsenalem”. I jemu jest dużo łatwiej dotrzeć do kogoś takiego niż na przykład mnie, bo ma świetne kontakty biznesowe. On wcale nie musi tego robić. On nie ma dodatkowej kasy za to, że zadzwoni i porozmawia z prezesem jakiejś firmy, ale rozmawia i mówi: „Słuchaj, jest to do załatwienia, podeślij mu ofertę na maila, a w przyszłym tygodniu spotkamy się na jakimś zoomie we trzech pogadamy”. Podobnie to wygląda na przykład z transferami. I naprawdę, jeżeli ktoś mówi, że on jest niepotrzebny albo się promuje na Górniku, to chciałbym, żeby dla takich osób istniała opcja poznania alternatywnej rzeczywistości, żeby zobaczyli na własne oczy, jak ten klub wyglądałby bez „Poldiego”. Na płacz po fakcie będzie za późno.
W różnych kręgach słychać głosy, że w Górniku jest teraz „Poldi Team”. Ty, Bartłomiej Gabryś, Daria Wollenberg, Łukasz Milik, pracownicy działu skautingu, sportowego czy marketingu. Wszyscy możecie odejść, jeżeli Lukas Podolski odejdzie z Zabrza. Ile w tym prawdy?
– Nie było między nami takiej rozmowy. Lukas tego nie oczekiwał, nigdy nie powiedział: „Hej, jakby co, to jak nie kupię tego klubu, to odchodzimy”. Nie było takiego tematu. Natomiast wydaje mi się, że te osoby, które on tu ściągał mają takie przekonanie, że bez Lukasa ten klub nie będzie funkcjonował w taki sposób, jak my byśmy chcieli. Prawda jest taka, że Lukas nas do Górnika ściągnął. W sensie mnie ściągał Lukas, Darię ściągał Lukas. Ponowny angaż Łukasza Milika, to też był pomysł „Poldiego”. Wydaje nam się to jasne, że tak jak głosiło kiedyś zawołanie siatkarskie czy handballowe: „Albo wszyscy, albo razem”. Nie rozmawialiśmy na ten temat, cyrografu nikt nam nie kazał podpisywać. Niemniej wszyscy wiemy, jak to powinno wyglądać i co każde z nas chciałoby osiągnąć w Górniku. A byśmy te cele mogli wcielać w życie, musi być tutaj Lukas Podolski.
Rozmawiał: eMZet
Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.