Trenerzy o ferrari mogą tylko pomarzyć!

Polska ma najlepszą żużlową ligę na świecie i ligę piłkarską nie mieszczącą się nawet w pierwszej dwudziestce. Pod względem zarobków przeciętni piłkarze zarabiają jednak znacznie lepiej niż żużlowcy, a trenerów/menedżerów dzieli prawdziwa przepaść.

Ekantor.pl Falubaz Zielona Gora - ROW Rybnik
 fot. Piotr Jędzura  /  źródło: Pressfocus

W przyszłym roku w PGE Ekstralidze najlepiej opłacany będzie aktualny mistrz świata Jason Doyle. Jak zdradził Robert Dowhan, były prezes Falubazu Zielona Góra, Australijczyk opuścił lubuski klub, bo w Toruniu zaproponowano mu prawie dwa razy tyle. To by oznaczało, że: za podpis, premie za punkty oraz z tytułu bonusów za awans do play off i ewentualny medal; ma szansę zarobić niespełna 2 miliony złotych. „Ma szansę”, bo ewentualna kontuzja, na którą brawurowo jeżdżący „Kangur” jest regularnie narażony, sprawi, że z toru podniesie znacznie mniej. Dla porównania najlepiej opłacany piłkarz Lotto Ekstraklasy – reprezentant Polski, Artur Jędrzejczyk z samego kontraktu z warszawską Legią ma 3,5 miliona złotych rocznie. Do tego zaś dochodzą jeszcze premie i bonusy.

Żużel górą jest na trzecim szczeblu rozgrywkowym. Zasługa tym ekscentrycznego nowego właściciela Stali Rzeszów, Ireneusza Nawrockiego. Pochodzący z Bielska – Białej biznesmen wymarzył sobie bowiem, że ściągnie do II ligi czterokrotnego mistrza świata – Grega Hancocka i… to zrobił. 47-letni Amerykanin, którego nie chciano odpowiednio docenić finansowo w PGE Ekstralidze, na ligowych peryferiach ma zarobić 1,5 mln złotych, w każdym roku podpisanej na trzy sezony umowy.

W żużlu na wielkie pieniądze zawodnicy muszą sobie zapracować wynikami i tak naprawdę dostają je tylko w Polsce. W Wielkiej Brytanii standardowa stawka za punkt wynosi 100 funtów, podczas gdy w PGE Ekstralidze są to 4000 złotych. Na dodatek nikt z czołowych zawodników za takie pieniądze nie jeździ, bo kluby załatwiają im jeszcze prywatnych sponsorów, którzy windują stawkę za jedno „oczko” do poziomu 5,5 – 7 tysięcy złotych.

Tym samym w listopadowym okienku transferowym prezes Falubazu, Zdzisław Tymczyszyn mógł kusić odchodzącego z Rybnika Maxa Fricke mmsa-mi ze zdjęciem ferrari. Były mistrz świata juniorów z pewnością miałby szansę w Zielonej Górze na jakieś używane zarobić i pewnie będzie to w stanie zrobić we Wrocławiu, który przebił ostatecznie ofertę zielonogórzan. Warunki zaproponowane przez Betard Spartę okazały się bowiem tak kuszące dla Australijczyka (który zarabianymi na speedwayu pieniędzmi wspiera rodzinę na Antypodach), że ponoć sam dołożył pieniędzy, by Spartanie za 350 tysięcy mogli go wykupić z rybnickiego ROW-u.

O ile Fricke na nowe ferrari musiałby kilka sezonów oszczędzać i wydać na nie większość zarobionych pieniędzy, to piłkarze bywają tak rozpieszczeni, że zapominają nawet czym jeżdżą. W 2010 roku przeciętniak Jermaine Lloyd Pennant, który przeniósł się z hiszpańskiego Realu Saragossa do angielskiego Stoke City zapomniał, że pod dworcem kolejowym zostawił (z kluczykami na siedzeniu!) porsche o wartości 98 tysięcy funtów. Auto odnalazło się po 5 miesiącach, a Brytyjczyk nie pamiętał nawet, że taki samochód w ogóle posiadał. Nic dziwnego, skoro zgarniał wówczas 1,6 mln złotych miesięcznie.

W tym sportowym gronie ubogimi krewnymi są trenerzy/menadżerowie. Ci piłkarscy nie mają się jeszcze czego wstydzić. Najlepiej opłacany szkoleniowiec w piłkarskiej Lotto Ekstraklasie zarabia porównywalnie do najlepszych żużlowców. Opiekun warszawskiej Legii, Romeo Jozak miesięcznie kasuje 20 tysięcy euro, czyli około 85 tysięcy złotych. Tym samym z bonusami i premiami na konto wpływają mu podobne pieniądze co najlepszym żużlowcom świata. Chorwat nie musi jednak nic wydawać na zakupy sprzętu.

Żużlowi trenerzy/menadżerowie to zupełnie inna liga finansowa. Oczywiście ich rola nie jest tak istotna jak w piłce. Ba, często są spychani na margines. W Rybniku w tym roku Mirosław Korbel zarabiał ponoć 6 tysięcy miesięcznie i jego rola ograniczała się do nadzorowania treningów, przebywaniu w parku maszyn podczas spotkań i pojawiania się na pomeczowych konferencjach. Kadrę na cały sezon prezes Krzysztof Mrozek skompletował sobie sam (podobnie dzieje się praktycznie we wszystkich klubach) i miał także spory wpływ na zmiany dokonywane w tracie spotkań.

Pod względem taktycznym pole manewru było zresztą w minionym sezonie bardzo ograniczone. Kombinować ze składem mogli tylko ci trenerzy, którzy mieli mocnych juniorów oraz ci, którzy przegrywali w spotkaniach różnicą przynajmniej 6 punktów i mogli stosować zmiany taktyczne. W pozostałych przypadkach opiekunowie drużyn ograniczali się do wypisywania programów i uaktywniali dopiero przy wyznaczaniu obsady dwóch ostatnich biegów nominowanych. W 2018 roku ta sytuacja się nieco zmieni, bo w życie wchodzi zapis regulaminowy o ósmym żużlowcu w składzie. Tym pierwszym rezerwowym będzie mógł być zawodnik do 23-go roku życia, niezależnie od posiadanego paszportu. M.in. z tego powodu działacze Betard Sparty sięgnęli po Maxa Fricke. 22-letni Australijczyk umiejętnie wstawiany do składu przez trenera Rafała Dobruckiego, ma się okazać kluczem wrocławian do złota. Trener wicemistrzów Polski, opiekujący się ponadto także młodzieżową reprezentacją Polski, jest jednym z lepiej opłacanych żużlowych menadżerów w Polsce. Zarabia 12 tysięcy złotych miesięcznie.

To o cztery tysiące mniej niż częstochowskie zarobki Marka Cieślaka. Coach seniorskiej reprezentacji Polski po sezonie zdecydował się na powrót z Zielonej Góry do rodzinnego miasta i na tej przeprowadzce finansowo nie stracił. Wręcz przeciwnie. Ma dostawać ponoć o tysiąc więcej niż w Falubazie – 16 tysięcy złotych, a do tego ma jeszcze zapisaną w kontrakcie premię za awans drużyny do play off. Jego poprzednik pod Jasną Górą – Lech Kędziora miał znacznie mniej. 10 tysięcy złotych i to według wersji szkoleniowca płatnych jedynie przez 8 miesięcy w roku. – To bzdury. Jeżeli trener zarabiał pieniądze tylko w trakcie rozgrywek, to ciekawe z jakiego tytułu wpłynęły mu pieniądze za wrzesień i październik – skomentował niedawno prezes Włókniarza, Michał Świącik. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia obaj panowie jednak się pogodzili, a Kędziora w tym roku będzie pracował znacznie bliżej domu, bo w pierwszoligowym Gdańsku.

Poza Cieślakiem na trenerskim, zarobkowym, podium PGE Ekstraligi są: Piotr Baron i Jacek Frątczak. Opiekun mistrzów Polski z Leszna w sezonie zakończonym tytułem miał kasować 14 tysięcy złotych miesięcznie. Frątczak zaś który pojawił się w Toruniu z misją uratowania miejsca w elicie w tym samym okresie zarabiał 10 tysięcy. W 2018 roku ma mieć ponoć o 3 tysiące więcej, ale też i cel znacznie ambitniejszy. Torunianie celują bowiem w złoto!

Przenosiny Cieślaka do Częstochowy otworzyły drogę do pieniędzy Adamowi Skórnickiemu. Po zdobyciu z Fogo Unią Leszno tytułu w 2015 roku i zwolnieniu niespełna rok później, szukał swego miejsca w żużlu. Wrócił nawet do ścigania i przymierzał się by w tym roku jeździć w II lidze. 10 tysięcy miesięcznie za rolę opiekuna zespołu Falubazu, to znacznie więcej niż mógł podnieść z toru w barwach nowej drużyny stworzonej z Kolejarza Rawicz i rezerw Fogo Unii Leszno. Podobne do Skórnickiego zarobki ma w Gorzowie, Stanisław Chomski. Doświadczony szkoleniowiec może jednak liczyć na znaczące premie za medale.

Przeciętnie w tym zestawieniu wypada Paweł Baran. 34-latek w beniaminku z Tarnowa może liczyć na 7 tysięcy miesięcznie. Stawkę trenerów zamyka zaś Robert Kempiński. W dysponującym najmniejszym budżetem w lidze Grudziądzu może liczyć na ledwie 5 tysięcy miesięcznie.

– To są śmieszne pieniądze, ale już dawno zauważyłem, że naszym trenerom brakuje honoru. Trener zatrudniony w klubie PGE Ekstraligi powinien kierować się własnym doświadczeniem i instynktem, a jego praca powinna być oceniana przez działaczy. Niestety, teraz szkoleniowcy nie mają za wiele do powiedzenia. Zgodzili się na rolę chłopców do bicia i ponoszenia odpowiedzialności za błędy przełożonych – podsumował sytuację swoich kolegów po fachu były trener, a w przeszłości reprezentant Polski, Jan Krzystyniak.

 

Liczby:
87 - ledwie tyle tysięcy złotych zarabiają łącznie miesięcznie wszyscy żużlowi trenerzy w PGE Ekstralidze. To tylko o 2 tysiące więcej niż zarobki najlepiej opłacanego piłkarskiego trenera w Lotto Ekstraklasie.

200 - mniej więcej tyle tysięcy złotych rocznie z premiami ma szansę zarobić w 2018 roku najlepiej opłacany żużlowy trener - Marek Cieślak. Gdyby połowę zarobków odkładał, to na ferrari musiałby oszczędzać 10 lat!

 

Z tej samej kategorii