Cieślak: Częstochowa to moje miasto, Włókniarz to mój klub

Pod Jasną Górą powiało optymizmem. Jeden z najbardziej utytułowanych trenerów w historii sportu w ogóle, człowiek, który siedem razy poprowadził reprezentację Polski do zdobycia żużlowego Pucharu Świata, został trenerem Włókniarza.

Ekantor.pl Falubaz Zielona Gora - Betard Sparta Wroclaw mecz o III miejsce
 /  fot. Piotr Jedzura  /  źródło: Pressfocus

Arkadiusz ADAMCZYK: Gdy tylko ogłoszono pana dwuletni kontrakt z Włókniarzem, niektórzy kibice już oczyma wyobraźni zobaczyli drużynę na przyszłorocznym ligowym podium. Taki jest plan?
Marek CIEŚLAK: - O cele i plany trzeba pytać prezesa Michała Świącika. Ze mną o medalach nikt nie rozmawiał. Sam stawiam sobie za cel zrobić z Włókniarza drużynę. Jest bowiem czterech nowych zawodników. Trzeba ich odpowiednio wkomponować, zbudować atmosferę. Nie można też zapominać o naszym słabszym punkcie, którym są juniorzy. Trzeba poświęcić im sporo pracy. Cieszył się będę, jeśli zespół będzie w każdym meczu fajnie walczył, a co to da w końcowym rozrachunku? O tym przekonamy się jesienią.

Głównym powodem rozstania z Zieloną Górą i powrotu do Częstochowy była choroba matki, ale z pewnością zadecydowało też to, że w końcu w częstochowskim żużlu znowu jest normalnie...
Marek CIEŚLAK: - Nie tyle choroba, co wiek. Mama ma już 90 lat. Jest otoczona fantastyczną opieką w częstochowskim hospicjum, ale muszę i chcę poświęcić jej teraz więcej czasu. To co było kiedyś w Częstochowie, to już historia. Nie warto o tym wspominać. Teraz jest nowy klub, nowa rzeczywistość. Od dawna jestem zaprzyjaźniony z prezesem Świącikiem. Widziałem, jak to wszystko buduje. Jeszcze pracując w Falubazie, często odwiedzałem Włókniarza, dużo rozmawialiśmy na temat funkcjonowania klubu, bo prezes jest młodym działaczem i często potrzebuje wysłuchać rady kogoś starszego.

Podobno już w trakcie sezonu dostał pan propozycję przenosin do Włókniarza?
Marek CIEŚLAK: - Tak sobie luźno gadaliśmy wiele razy, a ja za każdym razem odpowiadałem, że na 150 procent w 2018 roku będę w Zielonej Górze, a do Częstochowy może wrócę za rok czy dwa. Sytuację zmieniła dopiero moja sytuacja rodzinna.

Złośliwi mówią, że uciekł pan z Zielonej Góry, osłabionej stratą Jasona Doyle’a, który wybrał Get Well Toruń, i Jarosława Hampela, który przeszedł do Fogo Unii Leszno...
Marek CIEŚLAK: - Nie uciekłem. 31 października skończyła mi się umowa, a nowej nie miałem. Pytałem działaczy o kontrakt, ale nie dostawałem odpowiedzi. Wtedy zaczęły mi się rodzić podejrzenia, dlaczego tej umowy jeszcze nie mam. Cały czas jednak byłem lojalny i zaangażowany w sprawy Falubazu. Przecież sam ściągnąłem na rozmowy do Zielonej Góry lidera Włókniarza, Leona Madsena. Duńczyk jednak nie dogadał się z działaczami. Pewnie gdyby w Zielonej Górze podeszli do sprawy tak jak w PZM, to dziś w Częstochowie by mnie nie było. Podpisałbym kontrakt i zrobiłbym wszystko, by się z niego wywiązać. W PZM od razu po wygaśnięciu kontraktu z reprezentacją, jeszcze przed moim wyjazdem na ostatni turniej Grand Prix do Australii, zaproszono mnie do Warszawy i przekonano do podpisania nowej umowy. W ogóle dlaczego miałbym uciekać? Z powodu składu? Przecież on nie jest taki słaby. Falubaz wciąż ma wielkich liderów: Patryka Dudka i Piotra Protasiewicza, do tego dojdzie Grzegorz Zengota, który na swoim torze będzie dużo lepszym żużlowcem. Naprawdę nie było powodu, żeby zwiewać. Chcę podkreślić, że wynoszę z Zielonej Góry znakomite wspomnienia, a dla miejscowych kibiców i osób związanych z klubem zawsze będę miał ogromny szacunek. Fajnie było tam pracować.

Falubaz nie jest taki słaby, a jaki jest Włókniarz?
Marek CIEŚLAK: - Też mamy dwóch liderów: Mateja Żagara i Leona Madsena. O nich jestem spokojny. Moim zadaniem jest zaś ułatwić aklimatyzację w drużynie chłopakom po przejściach. Fredrik Lindgren wciąż jeszcze leczy uraz kręgosłupa, Adrian Miedziński jest po perypetiach związanych z urazem barku, a Tobiasz Musielak ma za sobą nieudany sezon w rybnickim ROW-ie. Do tego jest jeszcze Andriej Kudriaszow, dla którego PGE Ekstraliga będzie nowym wyzwaniem. Trzeba ich wszystkich odbudować, poskładać do kupy. Na szczęście wszyscy mają spory potencjał. Da się z nich naprawdę dużo wydobyć.

W tej wyliczance nie wymienił pan ściągniętego z ROW-u Rafała Szombierskiego...
Marek CIEŚLAK: - Przyjście Szombierskiego to ukłon prezesa w stosunku do niego. Chłopak z jakichś przyczyn nie mógł się dogadać w Rybniku, więc dostał umowę w Częstochowie. Jest na razie w drużynie, ale wiele wskazuje na to, że będzie szukał dla siebie zespołu w niższej lidze, a klub nie będzie mu w tym robił przeszkód.

Jest już plan przygotowań do nowych rozgrywek?
Marek CIEŚLAK: - Tak. Juniorzy zaczynają regularne treningi od 1 grudnia. Czeka ich mnóstwo pracy. Seniorzy to oczywiście profesjonaliści. Każdy z nich będzie się przygotowywał na własną rękę. Ściągniemy ich tylko na wspólny obóz, może dwa. Na pewno planuję wybrać się z nimi do Szklarskiej Poręby i zaaplikować nieco zajęć na nartach biegowych i zjazdowych.

Mówi się, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Potrzebna więc panu była ta Częstochowa, gdzie na każdym kroku będą pana pytali o Włókniarza?
Marek CIEŚLAK: - Częstochowa to moje miasto, Włókniarz to mój klub. Powiedziałem sobie, że jeśli nie teraz, to kiedy? Mam 67 lat, wciąż czuję się młody, sporo jeżdżę na rowerze (szkoleniowiec regularnie pokonuje odcinki po 100 km i więcej - przyp. red.). Wieku jednak ostatecznie nie oszukam, więc jeśli mam jeszcze coś w życiu zrobić dla Włókniarza, to właśnie teraz. A presja? Już ją odczuwam. Zaczepiają mnie na ulicy, w sklepie, ale nie przeraża mnie to.

Siłą Włókniarza już w minionym sezonie był własny tor. Fachowcy przewidują, że z Cieślakiem w sztabie szkoleniowym częstochowski obiekt stanie się twierdzą nie do zdobycia.
Marek CIEŚLAK: - To jest zupełnie inny tor niż w czasach, kiedy sam jeździłem. Na pewno jednak sporo o nim wiem. Gdy przyjeżdżałem tu z rywalami, więcej wygrywałem niż przegrywałem. Dzisiaj już jednak nie da się przygotować takiej nawierzchni, która stanowiłaby zdecydowany atut gospodarza. Nad wszystkim czuwają komisarze. Poza tym jeśli Włókniarz będzie wygrywał, to nie dzięki mnie. To zawodnicy mają być głównymi aktorami, a trener może im tylko odrobinę pomóc.

 

Z tej samej kategorii