Dziadek wreszcie byłby dumny!

Kacper Woryna imponuje w tym sezonie formą.
 /  fot. Michal Golda  /  źródło: Pressfocus

Kacper Woryna, wnuk pierwszego polskiego indywidualnego medalisty mistrzostw świata na żużlu – Antoniego - jeździ w końcu na miarę swoich sportowych genów.

W poprzednich sezonach miał jedynie przebłyski i większość ekspertów uznała, iż co najwyżej uda mu się zapracować na miano ligowego rzemieślnika. W tym roku jednak wszyscy przecierają oczy ze zdumienia. 21-letni Woryna jest liderem ROW-u Rybnik i drugim najskuteczniejszym żużlowcem najlepszej ligi świata, ze średnią 2,412 pkt/bieg! Odrobinę skuteczniejszy od niego jest jedynie gwiazdor Fogo Unii Leszno, Janusz Kołodziej. Z zeszłym rokiem dorobku rybniczanina nawet nie ma co porównywać. Wówczas w całym sezonie udało mu się uzbierać (razem w bonusami) ledwie 70 punktów i wygrać indywidualnie 9 biegów. Teraz ma już w dorobku 41 „oczek” i 10 wygranych wyścigów!

- Sam się nie spodziewałem, że będzie tak dobrze – skromnie przyznał młody rybniczanin, który w okresie zimowym ogromnie się zmienił, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. To już nie jest ten beztroski chłopiec, który żużel traktuje jak zabawę, a w pełni skupiony na swej pracy profesjonalista. – Byłem zbudowany tym jak trenował podczas okresu przygotowawczego. Do wszystkiego pierwszy, każde ćwiczenie na 200%. Zaangażował się w pełni – stwierdził trener ROW-u, Mirosław Korbel.

Gdy po derbach województwa śląskiego prezes Włókniarza Vitroszlif CrossFit Częstochowa, Michał Świącik zapraszał Worynę na pomeczowy poczęstunek, ten grzecznie odmówił. - Mam w busie sałatki, które przygotowała mi mama - zdradził. Poza treningami typowo żużlowymi regularnie korzysta też z pływalni i uprawia jogę. - Wstyd przyznać, ale w zeszłym roku trochę się zaniedbałem. Teraz schudłem 8 kg, mocno też popracowałem na siłowni. Do swoich wyników staram się podchodzić ze spokojem, cieszyć się jazdą. Na szum medialny (Woryna był w niedzielę gościem Magazyny PGE Ekstraligi w nSport+ - przyp. red.) nie zwracam uwagi. Za chwilę to minie. Muszę być też przygotowany na to, że ci którzy dziś klepią mnie po plecach, przy moich słabszych występach zaczną gwizdać - stwierdził Woryna, który w ostatnim meczu z MrGarden GKM Grudziądz przeżył chwilę grozy. W 14. biegu, podczas walki o drugie miejsce, próbował się napędzić po zewnętrznej i przedrzeć przed Krzysztofa Buczkowskiego. Na wyjściu z wirażu odjechał jednak zbyt szeroko na zewnętrzną, stracił panowanie nad motocyklem na odsypanej części nawierzchni, a dodatkowo dostał jeszcze szprycę żużla na kask i gogle od prowadzącego Maxa Fricke. - Czegoś takiego nigdy wcześniej nie przeżyłem i nie chciałbym przeżyć nigdy więcej.  Walczyłem, jechałem trochę crossowo, gdy trafiłem na dużo odsypanego materiału, to myślałem, że jednak jeszcze z tego wyjdę, ale szpryca od Maxa była prawdziwym nokautem. Na szczęście nic mi się nie stało – przyznał Woryna, który w momencie zagrożenia puścił motocykl, a sam wylądował na dmuchanej bandzie.

Należy wspomnieć, iż w tegorocznych wynikach Worynie bardzo pomaga sprzęt. Już przed sezonem chwalił się, że ma w parku maszyn dwie „rakiety”. Nikt nie spodziewał się jednak, iż motocykle przygotowane przez duńskiego tunera, Finna Rune Jensena w PGE Ekstralidze będą się spisywały aż tak dobrze. - Zwłaszcza jeden z tych silników ogromnie dużo dla mnie znaczy. Gdy podczas finału Srebrnego Kasku w pierwszym biegu jeden z kolegów mnie zahaczył i miałem upadek, to trzeba go było naprawić. Dzień później był mecz z Częstochową, więc przeżyłem trochę nerwów. Na szczęście udało się go przygotować – zdradził Woryna, który - gdyby nie fakt, iż „dziką kartę” na Grand Prix w Warszawie przyznano już wcześniej Przemysławowi Pawlickiemu - obecnie byłby głównym kandydatem do występu na Stadionie Narodowym. – Wiążemy z nim ogromne nadzieje. Jest kapitanem naszej kadry młodzieżowej i mam nadzieję, że we wrześniu poprowadzi ją do drużynowego mistrzostwa świata, a sam powalczy także o indywidualny tytuł – stwierdził prezes PZM, Andrzej Witkowski.

 

Z tej samej kategorii