Jerzy Szczakiel: Gdy zobaczyłem te tłumy...

- Za pieniądze, które otrzymałem za mistrzostwo świata, zamontowałem w domu centralne ogrzewanie - mówi Szczakiel, który w 1973 roku został na Stadionie Śląskim indywidualnym mistrzem świata na żużlu.

548621.jpg
 fot. Łukasz Grochala  /  źródło: Przeglad Sportowy

 

 

LESZEK BŁAŻYŃSKI: Triumfował pan 2 września 1973 roku. Od tamtej pory minęły 43 lata...
JERZY SZCZAKIEL: - A ja to pamiętam, tak jakby było wczoraj. Przed tamtym turniejem finałowym nie byłem jednak pozytywnie nastawiony. Dwa miesiące wcześniej zmarła moja mama i byłem załamany. Gdy jednak przyjechałem na Stadion Śląski i zobaczyłem te tłumy, ciarki przeszły mi po plecach. Gdy szedłem do parkingu, słyszałem okrzyki "„Eda” będziesz mistrzem". Taki miałem pseudonim. Na stadionie było podobno ponad 100 tysięcy widzów! Przyjechali fani speedwaya z całej Europy, między innymi spotkałem mojego znajomego księdza, który przyleciał z Londynu.

 

O tytule decydował bieg dodatkowy, w którym rywalizował pan ze znakomitym Ivanem Maugerem.
JERZY SZCZAKIEL: - Po fazie zasadniczej mieliśmy tyle samo punktów – 13. Losowaliśmy tory i dałem mojemu rywalowi pierwszeństwo. Wybrał pierwsze pole, ja startowałem z trzeciego. Mechanik radził, abym trzymał się krawężnika. Mauger dobrze wystartował, ale na wirażu to ja byłem pierwszy. Na trzecim okrążeniu rywal minimalnie dotknął mojego tylnego koła, ledwie to poczułem, ale chwilę później widziałem, że Nowozelandczyk przewrócił się. Nie zwalniałem, jechałem swoich rytmem i zdobyłem złoto! W parkingu podrzucano mnie do góry. Tak samo szczęśliwy byłem wcześniej, gdy w Rybniku, razem z Wyglendą, wygraliśmy mistrzostwa świata par.


Ile razy startował pan na śląskim gigancie?
JERZY SZCZAKIEL: - Trzykrotnie. Poza finałem indywidualnym we wrześniu 1974 roku w Chorzowie odbyły się drużynowe mistrzostwa świata. Zdobyliśmy wtedy brązowe medale. Raz jeszcze ścigałem się tam w ramach Złotego Kasku i zająłem wtedy piąte miejsce. Lubiłem chorzowski tor, bo był podobny do rybnickiego. Odpowiedzialny był za niego Robert Nawrocki, a to był fachowiec wielkiej klasy.

 

Za indywidualne mistrzostwo świata otrzymał pan 39 tysiące złotych. To nie były wtedy wielkie pieniądze.
JERZY SZCZAKIEL: - Około 28 tysięcy przeznaczyłem na zamontowanie centralnego ogrzewania w moim domu. Do dzisiaj mi służy, chociaż minęły ponad cztery dekady. Niedawno namawiano mi, abym je zmienił, ale po co, skoro te rury stalowe są w dobrym stanie. Resztę honorarium wydałem na dwa kożuchy. Dyrektor domu towarowego w Opolu załatwił mi ubrania z Bułgarii. Trochę spuścił z ceny, bo za 10 tysięcy złotych nie kupiłbym dwóch sztuk. Gdy wcześniej zostałem mistrzem świata par razem z Andrzejem Wyglendą otrzymałem również motocykl Jawa od Wajdy. Kiedy zawsze opowiadam o tym, to ludzie myślą, że obdarował mnie słynny reżyser, ale Augustyn Wajda był dygnitarzem partyjnym w ratuszu w Opolu. Dostałem również złoty zegarek znanej firmy Poljot, który pod wpływem ruchu ręki samoczynnie się nakręcał. Znajomi przychodzili i podziwiali go. W końcu jednak pozbyłem się tych podarunków. Do Opola często przyjeżdżał bogaty Szwed Larsen, który trochę jeździł na żużlu. Mój motocykl wymieniłem na jego sprzęt prosto ze Szwecji, a zegarek sprzedałem po dobrej cenie. Kupiłem później za to między innymi meble.

 

 

Z tej samej kategorii