Biznesmen z Bielska-Białej chce rozruszać polski żużel

Jeszcze kilka miesięcy patrzono na niego jak na wariata, a dziś wszyscy są przekonani, że Ireneusz Nawrocki może pobić rekord pod względem prywatnych środków zainwestowanych w speedway.

Ireneusz Nawrocki
 fot. Stal Rzeszów  /  źródło: własne

Jak inwestuję, to nie oszczędzam. Taką mam zasadę - wyjaśnił Ireneusz Nawrocki, 55-letni biznesmen z Bielska-Białej, który niedawno przejął zadłużoną Stal Rzeszów. Spłacił 2-letnie zobowiązania w stosunku do zawodników i wykupił 95% akcji klubu, wykładając na dzień dobry 2,4 miliona złotych. W najniższej klasie rozgrywkowej zmontował drużynę, która z powodzeniem mogłaby powalczyć nawet o utrzymanie w PGE Ekstralidze. Jej liderem będzie czterokrotny indywidualny mistrz świata, Greg Hancock, który podpisał 3-letni kontrakt, opiewający na 4,5 mln złotych!

 

Milion za podpis

Ludzi z wielkimi pieniędzmi w żużlu nie brakowało. W Toruniu był Roman Karkosik, w Zielonej Górze Zbigniew Morawski, a w Rybniku Roman Niemyjski. Inwestowali, by najczęściej po kilku latach się wycofywać. Karkosik, jeden z najbogatszych Polaków, władował w speedway 19 mln złotych. Ściągnął m.in. Tomasza Golloba, któremu w 2013 roku zaoferował kontrakt wart 2,5 mln złotych (milion za sam podpis i 9000 za każdy punkt). Niemyjski z kolei - w 1992 roku - zatrudnił ówczesnego indywidualnego mistrza świata, Jana Osvalda Pedersena. Misterny plan inwestora z Elbląga załamał się na samym wstępie, bo Duńczyk wystąpił w dwóch meczach i po złamaniu kręgosłupa zakończył karierę. Drużyna awansowała do elity, ale na starty w niej Niemyjskiemu zabrało pieniędzy i po roku spadła z hukiem.

 

To nie było kłamstwo

Czy z Nawrockim może być podobnie? Początkowo nawet w Rzeszowie, gdzie działacze, kibice i władze miasta powitały go jak Mesjasza, zawodnicy nie mieli do niego zaufania. Oświadczył, że chce zainwestować w klub, gdy Stal była jeszcze w I lidze i miała szansę na utrzymanie w barażach ze Speed Car Motorem Lublin. Ponoć miał obiecać, że każdemu zawodnikowi dołoży po 200 euro do każdego punktu wywalczonego w barażach, ale ci byli przekonani, że to kolejne kłamstwo starych władz klubu i część z nich „pojechała do tyłu”. Gdy inwestor nie zraził się spadkiem i naprawdę kupił klub, opinia o nim szybko się zmieniła. Żużlowcy łamali obietnice złożone w innych klubach, ciągnąc masowo do Rzeszowa. Poza Hancockiem skusili się m.in. Tomasz Jędrzejak, Edward Mazur oraz Rory Schlein i Mads Korneliussen. W sumie rzeszowianie zakontraktowali 13 seniorów, choć potrzebują ich zaledwie 5. Menedżerem zespołu został były reprezentant Polski, Mirosław Kowalik.

 

Zarazić swoją pasją

Ireneusz Nawrocki zdaje sobie sprawę, że środowisko patrzy na niego jak na nieszkodliwego wariata, który zamierza wrzucić do studni parę milionów złotych, ale się tym nie przejmuje. Skrupulatnie chce realizować swą wizję, zarażać innych działaczy planami i nieszablonowymi rozwiązaniami. - Wszystko dla dobra polskiego żużla - zapewnia biznesmen. Jego wizja znacznie wykracza bowiem poza Podkarpacie i Stal. Za dwa, trzy lata klub ma się finansować sam, opierając się na kilkudziesięciu mniejszych i większych sponsorach, którzy nie tylko mają wpłacać pieniądze, ale też - dzięki współpracy i kooperacji - z działalności na rzecz klubu czerpać korzyści. - Chcę stworzyć taki klub, który nie będzie wołał do sponsora: „daj mi na zupę!”, tylko powie: „zjedzmy zupę razem” - zdradza swą filozofię. - Żużel to wspaniała, rodzinna, dyscyplina sportu. Jest wyścig, minuta ogromnych emocji, dawka adrenaliny, a potem czas na spokojne rozmowy. To fenomenalny sposób na weekendowe spędzenie czasu. Żużlem interesowałem od lat, a teraz chcę sam spróbować ten sport rozruszać i zarazić swoją pasją innych.

 

Jednym z jego pomysłów ma być Diamentowa Liga, z którą chce ruszyć w najbliższym sezonie. - Będzie mógł w niej wystąpić każdy zawodnik. Cykl główny składałby się z 5-6 turniejów, a gdyby zgłosiło się więcej chętnych, zorganizowalibyśmy zawody eliminacyjne. Nagrodą dla najlepszych w klasyfikacji generalnej byłyby certyfikowane diamenty - zdradza plany.

 

Głowy pełne pomysłów

Twarzą projektu został 47-letni Greg Hancock. Jeśli Stal bez potknięć będzie się wspinać na szczyt, to „Herbie” ponownie zamelduje się w najlepszej lidze świata, by świętować 50. urodziny. Krytycy Nawrockiego podśmiewają się, że Amerykanin szybko straci zapał do startów w Rzeszowie, przypomni sobie o urazie barku o ogłosi zakończenie kariery. - A niech się śmieją. Pogadam z nimi za rok, dwa lub trzy lata. Greg ma kontrakt nie tylko na jeżdżenie. Nie boję się, że odjedzie 2-3 mecze, dozna kontuzji. Hancock ma też być jeżdżącym trenerem, który przyciągnie młodzież. Jest zobligowany do wzięcia udziału w sześciu - poza ligowymi - imprezach. Dzięki swojemu mechanikowi, Rafałowi Hajowi, ma nam też zapewnić wsparcie techniczne i otworzyć możliwości współpracy z dużymi firmami. Po konferencji, na której ogłosiłem przejęcie klubu i skład na sezon 2018, przesiedziałem z Gregiem do 5... Mamy wiele wspólnych pomysłów. Jestem przekonany, że pieniądze, które zainwestowałem w 3-letni kontrakt Amerykanina, zwrócą się po roku, a dwa kolejne lata będą tylko bonusem - podkreśla Nawrocki.

 

Od marketu do hotelu

Na swój majątek zapracował od zera. - Najpierw była kilkuosobowa firma budowlana, a dziś - dzięki pracy i szczęściu - wielkie przedsiębiorstwo. Zaczynałem od postawienia Biedronki w Ostrzeszowie, potem był park dinozaurów w Szklarskiej Porębie, a następnie apartamentowce na drogich działkach, które kupiłem - wyjaśnia przedsiębiorca. Dziełem życia nazywa ApartHotel Amon, szklany, 3-piętrowy obiekt, zaprojektowany i zbudowany na wydmach w Darłówku. Obecnie pracuje w tym mieście nad drugą inwestycją, która rozmachem przyćmi poprzednią. Nowy apartamentowiec ma liczyć aż 7 pięter. Po zakończeniu budowy biznesmen ma zamiar powołać zespół zarządzający oboma obiektami, a sam planuje przenieść się do Chorwacji. - Kupuję dużą działkę w pasie nadmorskim. Negocjacje są już ukończone. Będzie tam miejsce na zbudowanie kilku hoteli, apartamentowców. Do tego planuję marinę na 300 łodzi - przedstawia zamierzenia Ireneusz Nawrocki.

 

Bez drugiego dna

Wiele osób się dziwi, dlaczego szczęśliwy mąż i ojciec trzech córek, zainwestował akurat w żużel. - Jedna z moich córek jest fanką siatkówki i pewnie wolałaby, żebym „wszedł” w tę dyscyplinę w naszym rodzinnym Bielsku, ale mnie zawsze pociągały sporty motorowe. Przypadkowe spotkanie z Marcinem Janikiem (obecny wiceprezes klubu - przyp. red.) dwa lata temu sprawiło, że dowiedziałem się o kłopotach klubu i o tym, iż jest szansa go przejąć. W branży budowlano-deweloperskiej czułem się spełniony, postanowiłem spróbować czegoś innego. Bardzo lubię wyzwania. Niektórzy pewnie się spodziewali, że po degradacji do II ligi się wycofam, ale nic z tych rzeczy. Przeciwnościami się nie zrażam. One mnie mobilizują! Muszę też rozczarować tych, którzy w moim przyjściu do Stali doszukują się drugiego dna. Nie mam obiecanych inwestycji w Rzeszowie, ani ambicji politycznych. Pewnie w innym mieście mógłbym mieć łatwiej, ale łatwe cele nie są dla mnie - wyjaśnia przedsiębiorca, który być może nie ograniczy się do stolicy Podkarpacia.

 

- Leszno połączyło się z Rawiczem (zainwestowało 100 tys. złotych i jako rezerwa mistrzów Polski nadal będzie startowała w II lidze - przyp. red.), więc co stoi na przeszkodzie, by stworzyć inne żużlowe konsorcjum? Boli mnie, że w aglomeracji śląskiej jest tylko jeden klub. Być może więc spróbuję zbudować coś od podstaw w Bielsku-Białej, albo uda mi się pomóc przywrócić ligowy żużel Świętochłowicom. Mam ambicje, by speedway w Polsce był popularniejszy od piłki nożnej. Jest ku temu potencjał - nie ukrywa Nawrocki i trudno mu nie kibicować, zwłaszcza że deklaruje, iż nie lubi wyrzucać pieniędzy w błoto. - Kto nie szanuje pieniędzy, ten nie może być milionerem - kończy maksymą, z którą trudno się nie zgodzić.

 

Z tej samej kategorii