Liga przetrwania - ostatni gwizdek dla zapasów

Damian Fedorowicz
 źródło: Materiał prasowy

Bez regularnych rozgrywek klubowych polskie zapasy nadal by się staczały - mówi Damian Fedorowicz, założyciel Krajowej Ligi Zapaśniczej, który dla niej zaryzykował całym swoim majątkiem.

Polskie zapasy są w głębokim kryzysie. Nie są w stanie zmienić tej opinii pojedyncze medale zdobywane na mistrzostwach świata lub igrzyskach olimpijskich. Bodaj najbardziej druzgocący był fakt nieobecności na ubiegłorocznych IO w Rio de Janeiro chociażby jednego przedstawiciela stylu klasycznego. To nie tylko kryzys szkoleniowy; więcej: to kryzys - by tak rzec - strukturalny, którego następstwem może być zepchnięcie polskich zapasów na sam dół hierarchii polskiego sportu.
Słów padło na ten temat już bardzo wiele. Znacznie mniej - pomijając niewiele wnoszące zmiany na stanowiskach trenerów kadry - było czynów. Być może przełamaniem bariery niemożności było powołanie spółki o nazwie Krajowa Liga Zapaśnicza, której celem było stworzenie, czy też renesans w nowej formule, drużynowych rozgrywek. Za nami pierwszy sezon i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że był to strzał w dziesiątkę. Za spółką KLZ stoi jeden człowiek: Damian Fedorowicz, niegdyś zapaśnik Agrosu Żary, dzisiaj biznesmen, który de facto zaryzykował całym swoim majątkiem.

 

Andrzej GRYGIERCZYK: - Po co to panu?
Damian FEDOROWICZ: - Po to, lub raczej dlatego, że zapasom poświęciłem kawał mojego życia. I bardzo boleję nad tym, co z tą dyscypliną w Polsce się dzieje. Degrengolada jakościowa jest widoczna gołym okiem. Ale pomijając to, o zapasach nawet w najlepszych dla nich czasach pisało się od wielkiego święta, przy okazji mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich, i to pod warunkiem, że zdobywaliśmy na nich medale. A potem zapadała cisza. I co z tego, że powiem, iż to cisza niezasłużona... Moja inicjatywa wzięła się więc z przekonania, że istotą popularności i rozwoju sportu, nie tylko zapaśniczego, są rozgrywki ligowe. Proszę popatrzeć, jak w Polsce wyglądają - bez ligi - dżudo i boks. Czyż także nie cierpią?

 

Rozgrywki ligowe kojarzą się ze związkami, które zawiadują daną dyscypliną. A pan rzucił się na to przedsięwzięcie praktycznie w pojedynkę.
Damian FEDOROWICZ: - Dlatego też przygotowania do uruchomienia ligi trwały dwa lata. Powołanie spółki KLZ, zezwolenia z Ministerstwa Sportu i Turystyki, na tej podstawie umowa z Polskim Związkiem Zapaśniczym, klubami, rozmowy z telewizją, konkretnie TVP Sport - to wszystko pochłaniało czas. Ale tak jak założyłem, KLZ ruszyła po igrzyskach w Rio. Z perspektywy czasu myślę sobie, że gdyby taka liga ruszyła po igrzyskach w Atlancie w 1996 roku, gdzie zdobyliśmy 5 medali (trzy złote, srebrny i brązowy - przyp. red.), to może dzisiaj bylibyśmy w innym sportowo miejscu.

 

To oczywiste, że lepiej zaczynać przy hossie niż przy bessie. Łatwiej o widzów, sponsorów, zainteresowanie telewizji. Pan zaczął w bardzo głębokiej bessie.
Damian FEDOROWICZ: - Ale też uznałem, że to bodaj już ostatni gwizdek, by cokolwiek zrobić. W tym wszystkim najważniejsze są kluby. Bez ich pracy, bez ich szkolenia, a zwłaszcza bez ich istnienia, nie będzie... niczego. Instytucja ligi tę rację istnienia, jak nic innego, podtrzymuje.

Z tej samej kategorii