Szymon Kołecki: I tylko żona się martwi...

Szymon Kołecki
 fot. Norbert Kowalewski  /  źródło: własne

Na razie moim jedynym atutem jest siła, ale chciałbym pokazać, że w kilku innych elementach również coś potrafię - mówi mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów, który w sobotę w Łomiankach zadebiutuje jako zawodnik MMA.

MAREK HAJKOWSKI: W podnoszeniu ciężarów osiągnął pan wszystko. Wydawałoby się, że mając prawie 36 lat, będzie pan wiódł spokojne życie sportowego emeryta, a tymczasem postanowił pan spróbować czegoś nowego. Po co panu MMA?
SZYMON KOŁECKI: Nie chciałem całkowicie zrywać ze sportem, a znalezienie emocjonującej, widowiskowej i dającej satysfakcję dyscypliny było trudne. Przez trzy lata po zakończeniu kariery w ciężarach wyciskałem sztangę na ławeczce i raz w roku brałem udział w zawodach, które zresztą sam organizowałem w Ciechanowie. To była fajna przygoda, ale czułem, jak emocje z nimi związane się wyczerpują, a ja potrzebowałem adrenaliny. Myślę, że MMA mi ją da. To dyscyplina, do której przystępują mniej lub bardziej zaawansowani zawodnicy. Zadaniem organizatora jest zestawienie rywali o podobnych umiejętnościach. Gdy to się udaje, widowisko może być przednie.


I chyba można na tym nieźle zarobić...
SZYMON KOŁECKI: Faktem jest, że w pieniądze w MMA są duże, ale mam z czego żyć i za co utrzymywać rodzinę. Pieniądze nie są ważniejsze od marzeń, a ja te związane z MMA miałem już jakieś 10 lat temu, konkretnie przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie. Dziś je po prostu realizuję.


Do pańskiego debiutu w nowej dyscyplinie pozostają godziny. Dreszczyk emocji jest coraz większy?]
SZYMON KOŁECKI: Raczej nie, bo męczy mnie zbijanie wagi i nieco odciąga uwagę od walki. By uzyskać limit 93 kg, musiałem zrzucić 8 kg, a miałem na to sześć tygodni. 6 kilogramów zgubiłem dość szybko, ale od trzech tygodni ważę jakieś 94,5 kg. Nie mogę więc za dużo jeść i pić, przez co bywam odwodniony. Najgorzej jest w dni wolne od treningów, bo wtedy waga nie chce spadać. Poza tym wszystko jest w porządku. Emocje są podobne do tych przed normalnym startem w zawodach ciężarowych, wyciskaniu, czy meczach piłki nożnej, w których zdarza mi się grywać. Nie ukrywam jednak, że w dniu walki poziom adrenaliny się podniesie, ale to jest normalne. Byleby tylko rozpocząć rozgrzewkę...

Pańskim pierwszym rywalem będzie Dariusz Kazimierczuk. Co pan wie o tym zawodniku?]
SZYMON KOŁECKI: Znam jego wymiary, wiem ile ma wzrostu, wiem ile będzie ważył w sobotę, a poza tym... nie wiem nic. Oglądałem w internecie filmiki z jego pięcioma walkami, by móc poznać jego mocniejsze strony.

Z tych pięciu walk nie wygrał żadnej...
SZYMON KOŁECKI:To prawda, ale to zawodnik, który ma ręce, siłę i 6 lat doświadczenia w tej dyscyplinie. W tym elemencie na pewno ma więc nade mną przewagę i to jest jego najważniejszy atut. Na pewno wie, jak się zachować, gdy padają ciosy w głowę, wątrobę czy tułów. Absolutnie więc nie mogę go lekceważyć. Ja mam za sobą sparingi, ale to nie to samo, co rzeczywista walka.


Liczył pan te sparingi?
SZYMON KOŁECKI: Bywa, że na jednym treningu staczam pięć rund sparingowych, ale z trzema różnymi przeciwnikami. Od stycznia sparuję dwa razy w tygodniu, więc 20 mocnych walk kontrolnych w samym MMA bym uzbierał. Do tego dochodzą sparingi w zapasach, czasami w jiu-jitsu...


Czy liczbę sparingów można porównać do liczby ton przerzucanych na sali treningowej?
SZYMON KOŁECKI: W sportach walki na pewno zdecydowanie trudniej jest ocenić dyspozycję niż w ciężarach, gdzie jest bardzo wymierny wynik - na sztandze. Tutaj wiele elementów się powtarza. Mam na myśli rywali, a raczej kolegów z drużyny, którzy już zdołali mnie poznać i ja też ich trochę znam. Sparingi oczywiście dają pewien obraz. Są elementy, po których poznać, że forma rośnie, jak choćby szybkość w ataku czy obronie, ale ostatecznym wykładnikiem jest zawsze walka.


Do końca nie było wiadomo, czy pański debiut w MMA nastąpi już w tę sobotę, czy będzie pan musiał na niego poczekać do 18 marca. Co zadecydowało, że już teraz wyjdzie pan do ringu?
SZYMON KOŁECKI: Okres przygotowawczy przepracowałem bardzo dobrze. Poczyniłem postępy i wraz z trenerem stwierdziliśmy, że pod względem fizycznym jestem gotowy do walki. Taktykę mamy opracowaną, bo - jak wspomniałem - mieliśmy okazję podejrzeć rywala.


Nieodłącznym elementem sportów walki są kontuzje. Jak z pana zdrowiem?
SZYMON KOŁECKI: W porządku. Poza kolanem, które doskwiera mi już od bardzo dawna, i przez które musiałem zakończyć uprawianie ciężarów, żadnych nowych poważnych urazów na szczęście nie mam. Obtarcia czy wygięcia się zdarzają, ale to jest normalne.


A łuki brwiowe wytrzymują?
SZYMON KOŁECKI: W jeden niestety zostałem kopnięty i w połowie stycznia musiał pójść do szycia.


Dał się pan zaskoczyć?
SZYMON KOŁECKI: Dokładnie. Za nisko i za słabo trzymałem gardę, więc kolega mnie poduczył, że na tym elemencie muszę się bardziej skupić. W sobotę gardę będę musiał trzymać mocniej i wyżej.


Co jest pańskim największym atutem? Na filmie zapowiadającym galę w Łomiankach pański trener, Mirosław Okniński, mówi: „Szymon Kołecki - ogromna siła”.
SZYMON KOŁECKI: Coś musiał powiedzieć... A mówiąc poważnie, to na tę chwilę faktycznie siła jest moim jedynym atutem. No bo bokserko jestem słaby, kopię też nienadzwyczajnie, zapasy również są na początkowym etapie, ale staram się rozwijać i do wspomnianej siły dokładać poszczególne elementy.


To w czym się pan czuje najlepiej?
SZYMON KOŁECKI: Jestem solidnie rozciągnięty i całkiem dobrze wychodzą mi kopnięcia, głównie w nogi rywala, czyli tak zwane low kicki... Nie mam jednak ulubionej płaszczyzny, bo to są moje pierwsze kroki w MMA. Mam nadzieję, że w sobotę będę miał okazję zaprezentować się w każdej specjalności. Myślę, że niezależnie od tego, czy trafi mi się stójka, parter, klincz pod siatką, to sobie poradzę. Moje przygotowania były bowiem wszechstronne.


Jak na pańską przygodę w nowej dyscyplinie reaguje rodzina? Żona Magda była ponoć przeciwna...
SZYMON KOŁECKI: Nadal się martwi, żebym nie dostał zbyt mocnego kopa w łeb, ale wcale się jej nie dziwę. Jest moją żoną, matką naszych dzieci, więc jej obawa o moje zdrowie to coś naturalnego. Mam nadzieję, że po dwóch, trzech walkach się uspokoi. Zresztą wraz synem Danielem, który trenuje podnoszenie ciężarów, mają przyjechać na sobotnią galę i na żywo zobaczyć mój pojedynek.


Zawodnicy MMA charakteryzują się tatuażami. A pan?
SZYMON KOŁECKI: Nie mam żadnego, co nie znaczy, że mi się nie podobają. Bodaj od 15 lat noszę się zamiarem wytatuowania którejś z części ciała, ale jakoś nie mogę się zebrać i nie wiem, czy kiedykolwiek się zbiorę. Na tę chwilę schodzi to na dalszy plan.


A wiadomo, jaka muzyka popłynie z głośników, gdy będzie pan wychodził do ringu?
SZYMON KOŁECKI: Tak. Będzie to „The Unforgiven” zespołu Metallica. Ten utwór otrzymał najwięcej głosów podczas małego plebiscytu na Facebooku. Do wyboru było jeszcze „Highway to Hell” ACDC, dwie piosenki z filmu „Rocky” i „Trudy przynoszą zaszczyty” rapera Ostrego. Walka była bardzo zacięta.


Transmisję z gali PLMMA 72 przeprowadzi TV Puls.
SZYMON KOŁECKI: Trudno się z tego nie cieszyć. Będzie sporo interesujących walk, które zobaczy szersze grono odbiorców. Liczę na dobrą oglądalność.

Na piątek planowana jest konferencja prasowa i ważenie. Jedna z konferencji z pańskim udziałem stała się hitem internetu, a wziął w niej również udział Marcin Najman, niezbyt przyjemnie się o panu wypowiadając.]
SZYMON KOŁECKI: Gadać każdy może, ja też lubię. W sobotę mam zamiar wyjść do ringu i udowodnić, że nadaję się do walki, a nie do rozkładania klatki, jak sugerował Marcin. Dla mnie to była pierwsza konferencja, gdzie zmierzyłem się z tego typu zaczepką. Nie spodziewałem, że Najman się na niej pojawi i będzie chciał mnie podpuścić. Mam jednak pewnego rodzaju nauczkę i na kolejnych już się nie dam podejść. Zamieszania i zadymy do niczego dobrego nie prowadzą. Marcin przyszedł, pokrzyczał, dał „show” i... poszedł do szpitala zoperować sobie nogę. Wróci jesienią i może stanie w ringu przeciwko „Trybsonowi” (Pawłowi Trybale - przyp. red.), co zresztą sugerował na wspomnianej konferencji. To byłaby dobra walka.


Czy plan na swoją obecność w MMA ma pan już sprecyzowany?
SZYMON KOŁECKI: Na razie podpisałem umowę na trzy walki. Poza tą sobotnią, kolejne stoczę w maju i we wrześniu. Oby wszystkie potoczyły się po mojej myśli. Innego rozwiązania nie biorę pod uwagę. Zdobędą doświadczenie i będę mógł się zastanowić, co dalej.


Ponoć założył pan sobie, że pozostanie w tej dyscyplinie przez 3,5 roku i w tym czasie stoczy 10 walk.
SZYMON KOŁECKI: Tak, ale życie mnie nauczyło, że wszystkie założenia są do skorygowania. W 2008 roku miałem drobny zabieg kolana, by po sześciu tygodniach wrócić do sportu. Skończyło się na dziewięciu operacjach i zakończeniu kariery. „Człowiek strzela, a Bóg kule nosi” - powiedział mi lekarz, gdy go zapytałem, co się stało. Tutaj też może się wszystko wydarzyć, ale na razie o tym nie myślę.

Z tej samej kategorii