Prezes na trudne czasy

Mariusz Jędra, Katarzyna Kraska, Adam Kraska
 /  fot. Marek Hajkowski  /  źródło: własne

Im więcej potu wylanego na sali treningowej, tym lepsze wyniki na zawodach - mówi Mariusz Jędra, który chciałby odbudować jeden z najbardziej zasłużonych związków sportowych w Polsce.

Jako sportowiec na pewno nie może czuć się spełniony. Choć Mariusz Jędra ma w kolekcji medale mistrzostw świata i Europy, to na podium igrzysk olimpijskich nie stanął. Ideę olimpizmu ma jednak we krwi. Swego czasu wpadł na pomysł, by bramę wjazdową na działkę zdobiły kółka olimpijskie. Sąsiedzi więc wiedzą, do kogo ten teren należy.

 

Na jednej nodze
Na igrzyskach był raz. Wyjazdu do Sydney nie będzie jednak miło wspominał. Wielu zapamiętało moment, w którym doznał kontuzji. To było jego ostatnie podejście w konkursie. Sztanga ważyła 220 kg, a chęć poradzenia sobie z nią ogromna. Skupienie, założenie „zamka” na gryfie, napięcie mięśni, usztywnienie grzbietu... Było wszystko, co potrzebne do udanej próby. Zarzut był prawidłowy, ale podczas wstawania nie wytrzymał jego prawy staw kolanowy. - Trenowałem z urazem. Przyczep sukcesywnie się nadrywał. Stosowałem blokady i dźwigałem. Praktycznie na jednej nodze. W efekcie urwał się na pomoście. Wiedziałem, że tak się stanie. Pamiętam, że nieżyjący Waldemar Baszanowski, nasz wielki mistrz sztangi, powiedział, iż pierwszy raz widzi faceta, który wie, co się święci, a mimo to próbuje. Lecz ja się nigdy nie bałem ciężarów. Zawsze z nimi walczyłem. Nie tylko dla siebie, ale też dla widowni - wspomina były sztangista.

 

Ciarki po plecach
Brak medalu olimpijskiego do dziś u Mariusza Jędry wywołuje sportową złość, ale też zazdrość. - Być na igrzyskach, a zdobyć na nich medal - to robi różnicę - podkreśla, mając na myśli chociażby Szymona Kołeckiego. W 2000 roku razem lecieli do Australii. Kołecki też wtedy przegrał z kontuzją, ale nie miejsce na podium, tylko złoty medal. - Może gdybym pewne sprawy rozegrał inaczej, to dziś olimpijska „blaszka” byłaby w mojej kolekcji... - zawiesza głos, jednak niemal natychmiast dodaje: - Wtedy trenerem reprezentacji był Ryszard Szewczyk. Facet o niesamowicie twardej ręce. Do tej pory, gdy słyszę jego głos w słuchawce telefonu, po plecach przechodzą mi ciarki. Darzę go olbrzymim szacunkiem, bo naprawdę wiele mu zawdzięczam. Nie mam tu tylko na myśli kształtowania mnie jako zawodnika, ale też jako człowieka. Gdy się jest młodym, to nie do końca jest się rozsądnym i normalnym... - podkreśla Jędra, dodając przy tym, że gdyby odpuścił poprzedzające igrzyska zawody ligowe czy mistrzostwa Polski, wspomnianej kontuzji mógł uniknąć. 390 kg (175+215) w kategorii 105 kg pozwoliło mu w Sydney uplasować się na 9. miejscu.

 

Z misją w Libanie
Pozostały mu więc srebrne medale mistrzostw świata w Chiang Mai (1997) i Europy z La Coruny (1999). - Zawodów w Tajlandii nie zapomnę. Dźwigałem swoje, zaliczając kolejne podejścia, a rywale je palili. Dzięki taktyce i trenerskiemu instynktowi Ryszarda Szewczyka, stanąłem na podium. Spełniło się wtedy moje dziecięce marzenie - trafiłem na okładkę „Przeglądu Sportowego”. Całe sportowe życie czekałem na Mazurka Dąbrowskiego. Bez skutku. Ale doczekałem się w wojsku, przy różnych uroczystościach. Gdy go słyszę, to włosy stają mi dęba - mówi z dumą chorąży Wojska Polskiego, który po wspomnianej kontuzji nie wrócił już do wyczynowego uprawiania sportu. - Może zdołałbym się „wylizać” i jeszcze trochę podźwigać, ale trafiłem na okres, kiedy ośrodki szkolenia sportowego były rozwiązywane. Wojsko przestało w nas inwestować, nie było etatów, więc jako 27-latek musiałem poszukać pracy. Od ośmiu lat byłem żołnierzem. Mogłem być dowódcą wozu bojowego w Międzyrzeczu, ale odrzuciłem tę ofertę. Wolałem zostać we Wrocławiu i nie żałuję, bo dzięki temu miałem okazję uczestniczyć w pokojowej misji ONZ w Libanie. Byłem tam przez pół roku, pełniąc funkcję dowódcy drużyny ochrony. Ochranialiśmy magazyn broni i sprzętu znajdującego się w bazie. Udział w misjach uczy pokory, dystansu do życia. I życia zgodnie z rozkazem, gdzie jeden odpowiada za innych. Tam nauczyłem się odpowiedzialności. Wielu uważa, że na misje latamy głównie dla pieniędzy, ale dla mnie było to coś więcej. Chciałem się sprawdzić w innych warunkach, przekonać, jak zadziała w nich moja psychika. Poza tym, było to wielkie przeżycie - mówi Mariusz Jędra, który jest jedynym przedstawicielem podnoszenia ciężarów odznaczonym Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Z tej samej kategorii