Joanna Łochowska: Moja radość jest ogromna

JOANNA LOCHOWSKA
 fot. PZPC  /  źródło: Materiały prasowe

Naprawdę nie spodziewałam się, że kiedykolwiek wystartuję w kategorii do 53 kg, nie mówiąc już o zdobyciu medalu - mówi mistrzyni Europy, licząc jednocześnie, że jej sukces przyczyni się do poprawy wizerunku dyscypliny.

Marek HAJKOWSKI: W poniedziałek na pomoście w Splicie została pani najlepszą sztangistką Starego Kontynentu. Jak się pani czuje?]
Joanna ŁOCHOWSKA: - A jak się mogę czuć? Moja radość jest ogromna, bo odniosłam wielki, ale też niespodziewany sukces. Wiem, że po opublikowaniu list startowych wielu widziało mnie na podium, ale ja tych list tak wnikliwie nie analizowałam. Wiedziałam natomiast, że każde podejście będzie na wagę medalu i liczyć się będzie ich skuteczność.
Do tego zachowała pani niezwykłą odporność psychiczną...
Joanna ŁOCHOWSKA: - Ale ja tak mam w każdym starcie. Wiem bowiem, po co wychodzę na pomost. Zawsze staram się podnosić ciężary jak najlepiej, jak najładniej technicznie i jak najlżej, zachowując przy tym chłodne myślenie. Nie zawsze się to udaje, bo czasem stres jest wysoki. Do tego byłam delikatnie przeziębiona. W dniu zawodów miałam podwyższoną temperaturę, dzięki czemu receptory stresogenne całkowicie ze mnie uleciały.
To pani pomogło?
Joanna ŁOCHOWSKA: - Chyba tak. Choć trochę brakowało mi sztywności mięśni, to czułam, że sztanga jest lekka. Postanowiłam więc - tak jak zresztą zwykle - wyłączyć myślenie i robić to, co najlepiej potrafię.
Niewiele brakowało, a w rwaniu ustanowiłaby pani rekord Polski. 89 kg miała pani nad głową, ale sędziowie dopatrzyli się docisku. Pozostał żal?
Joanna ŁOCHOWSKA: - Wiedziałam, że jestem w stanie zaliczyć ten ciężar, ale zabrakło wspomnianej sztywności przy samym poderwaniu sztangi, która została mi nieco z przodu i minimalnie musiałam ją docisnąć prawym łokciem. Sędziowie to zauważyli i mieli prawo zapalić czerwone światełka, oznaczające spalenie próby. Mimo wszystko, cieszę się, że się zmierzyłam z tym ciężarem. Pojawiła się szansa ustanowienia rekordu kraju, więc chciałam ją wykorzystać. Nie udało się, ale zabrakło niewiele. Zostawię to sobie na inną okazję (śmiech).
A podrzut? Rzadko się zdarza, by do złotego medalu wystarczyły dwa podejścia...
Joanna ŁOCHOWSKA: - Przez ostatnie dwa tygodnie borykałam się z kontuzją pachwiny. Niektóre treningi wyglądały nieciekawie, więc nie wiedziałam, jak się ułoży rywalizacja. Przy końcowych podejściach na rozgrzewce poczułam ból, który nasilił się przy pierwszej próbie do 104 kg. Po zaliczeniu 106 kg musiałam już uważać i delikatnie zejść z pomostu. Choć byłam nastawiona na trzecie podejście, to - po konsultacji z fizjoterapeutą i trenerami - uznałam, że nie ma ono sensu. Mamy początek sezonu, więc nie było co ryzykować pogłębienia urazu.
Poza tym już wtedy było pewne, że żadna z rywalek nie zaliczy w dwuboju więcej niż 192 kg, więc nie pozbawi pani złotego medalu... W ostatnich latach występowała pani w kategorii 58 kg. Co tak naprawdę zadecydowało o powrocie do 53 kg?
Joanna ŁOCHOWSKA: - Naturalny spadek masy ciała. Po przygotowaniach do igrzysk olimpijskich w Rio postanowiłam całkowicie zmienić trening. Chciałam trochę odpocząć od sztangi, bo miniony rok kosztował mnie wiele wysiłku. Zaczęłam trenować z grupą CrossFit Zielona Góra. Fundamentem były zajęcia ze sztangą, ale nie brakowało też ćwiczeń wytrzymałościowych i gimnastycznych, dzięki którym moja waga w naturalny sposób zaczęła spadać. W pewnym momencie stanęłam przed dylematem. Pomyślałam sobie, że jeśli nie spadnie zbyt drastycznie, to popracuję nad masą mięśniową i „dobiję” do 58 kg. Rozpoczynając przygotowania do mistrzostw Europy dostrzegłam jednak, że stanęła na pograniczu 54 kg, nie odbierając mi siły. Świadczyły o tym rekordy życiowe w poszczególnych ćwiczeniach, więc postanowiłam pozostać w lżejszej kategorii. To była słuszna decyzja. Gdyby jeszcze pół roku temu ktoś mi kazał zbić do 53 kg, to bym się na to nie zdecydowała.
Zdobyty w poniedziałek medal jest dziewiątym złotym krążkiem wywalczonym przez Polki w mistrzostwach Europy i z pewnością doda motywacji. Co teraz?
Joanna ŁOCHOWSKA: - Muszę nieco zwolnić obroty i do końca wyleczyć uraz pachwiny. W maju czekają mnie zawody ligowe, w październiku mistrzostwa Polski, a w listopadzie mistrzostwa świata w Stanach Zjednoczonych. Na nich postaram się coś dorzucić do wyniku ze Splitu. Najpierw jednak będę musiała powalczyć, by znaleźć się w kadrze na te zawody. Liczba miejsc będzie bowiem ograniczona...
Przez takie ograniczenie ostatecznie „uciekł” pani start w igrzyskach, na które mogliśmy wysłać tylko jedną zawodniczkę. Mimo sukcesu, jakim był brąz mistrzostw Europy w Forde, do Rio pani nie pojechała.
Joanna ŁOCHOWSKA: - Nie chcę już do tego wracać, zamknęłam ten rozdział. Wiem, że robiłam, co mogłam. Dałem z siebie więcej niż 100 procent, walcząc przy tym z kontuzjami kręgosłupa i biodra. Przede mną nowe cele. Bardzo się cieszę, że znowu mam motywację, że zdobyłam złoty medal, bo całkiem niedawno nie miałam pewności, czy kiedykolwiek wyjdę na pomost.
Czy pani medal może mieć wpływ na odzyskanie zaufania do podnoszenia ciężarów w naszym kraju?
Joanna ŁOCHOWSKA: - Mam nadzieję, że tak. Liczę, że krok po kroku uda nam się poprawić wizerunek dyscypliny i wspólnymi siłami ją odbudujemy.
Jest ktoś, komu chciałaby pani zadedykować złoty medal?
Joanna ŁOCHOWSKA: - Długo bym musiała wymieniać, bo wiele osób przyłożyło do niego rękę... W tym gronie są na pewno moi bracia, rodzice, trenerzy klubowi z UKS-u Zielona Góra i zawodnicy wspomnianej grupy crossfitowej. Dziękuję, że byli ze mną. To też ich sukces.

 

Z tej samej kategorii