Krzysztof Zwarycz: Po zdobyciu medalu... zjadłem pizzę

- Tego roku nie zapomnę, bo na podium mistrzowskich zawodów stanąłem po raz drugi – mówi świeżo upieczony wicemistrz świata w kategorii 85 kg.

Krzysztof Zwarycz
 fot. Facebook  /  źródło: Facebook

Marek HAJKOWSKI: W późny niedzielny wieczór czasu polskiego został pan srebrnym medalistą mistrzostw globu. Serdeczne gratulacje, bo to pański życiowy sukces...
Krzysztof ZWARYCZ: - Dziękuję bardzo. Tego roku nie zapomnę, bo na podium mistrzowskich zawodów stanąłem po raz drugi. Brązu mistrzostw Europy nie da się jednak porównać ze srebrem mistrzostw świata, ale cieszę się bardzo, bo tegoroczny wysiłek udało mi się spiąć piękną klamrą.

 

Kilka godzin przed startem wrzucił pan do sieci piosenkę zespołu Złe Psy „Urodziłem się w Polsce”. Jaki miał pan w tym cel?
Krzysztof ZWARYCZ: - To utwór patriotyczny, pobudzający do walki i - jak widać - zrobił swoje. To była jedyna piosenka, jaka znalazła się w moim repertuarze przed wyjściem z hotelu, więc leciała na okrągło. Warto się wsłuchać w jej słowa i wziąć sobie je do serca.

 

A same zawody? Obserwując pana na pomoście, można było odnieść wrażenie, że jest pan bardzo dobrze przygotowany i skupiony na robocie.
Krzysztof ZWARYCZ: - Faktycznie, wszystko było w porządku, dopóki na rozgrzewce nie strzeliło mi lewe kolano. Nie przejąłem się tym jednak. Musiałem tylko mocniej je związać bandażem, robić swoje i wykorzystać okazję, jaka się nadarzyła.

 

Na liście startowej zajmował pan 3. miejsce i wydawało się, że więcej niż brązowy medal trudno będzie panu wywalczyć.
Krzysztof ZWARYCZ: - Rywalizacja potoczyła się tak, że długo byłem trzeci i właściwie już cieszyłem się z brązu. Tymczasem Irańczyk Rostami - jakkolwiek by patrzeć faworyt kategorii 85 kg - spalił podrzut, dzięki czemu przesunąłem się na 2. pozycję, czego zupełnie się nie spodziewałem.

 

A sam wynik? Kilka dni przed zawodami mówił pan, że satysfakcję da panu 365 kg i więcej. Zabrakło 6 kg...
Krzysztof ZWARYCZ: - Bo na tyle byłem przygotowany, ale do 162 kg w rwaniu - choć sztanga była lekka - musiałem podchodzić dwukrotnie. Za pierwszym razem sędziowie dopatrzyli się docisku w stawie łokciowym i spalili je 1:2.

 

Zaskoczył pana ten werdykt?
Krzysztof ZWARYCZ: - Już się przyzwyczaiłem. Praktycznie na każdych zawodach, niezależnie od tego czy odbywają się w kraju, czy za granicą, sędziowie w moich podejściach dopatrują się błędów. Nie wiem, z czego to wynika... Przed trzema laty - na mistrzostwach Europy w Kazaniu - w ten sposób pozbawiono mnie medalu, zrzucając z 3. na 5. miejsce. Teraz to sobie odebrałem i to z nawiązką.

 

Co się działo w podrzucie?
Krzysztof ZWARYCZ: - Również czułem się bardzo dobrze. Wiedziałem na co mnie stać oraz to, iż moim głównym konkurentem do medalu jest Włoch Pizzolato. Zacząłem od 194 kg, a gdy zobaczyłem, że on dopiero za trzecim razem zaliczył 196 kg, wiedziałem, że do medalu wystarczy mi 197 kg. Podrzuciłem ten ciężar, byłem pewny brązu i mogłem czekać, co zrobią rywale.

 

Ale miał pan jeszcze jedno podejście, przy którym zaprezentował pan swego rodzaju show...
Krzysztof ZWARYCZ: - Mogłem zrezygnować, lecz zadysponowałem 202 kg i wyszedłem na pomost, ale tylko po to, by podziękować publiczności za wsparcie. Ukłoniłem się, pomachałem i wskazałem na bolące kolano.

 

A gdyby to podejście decydowało o miejscu na podium?
Krzysztof ZWARYCZ: - To na pewno bym się podjął próby podrzucenia tego ciężaru i pewnie bym zaliczył, bo czułem się mocny. 202 kg i więcej zostawię sobie jednak na następny raz, choćby na przyszłoroczne mistrzostw Europy. Może w końcu zaliczą mi wszystkie podejścia.

 

Jak pan oceni mistrza świata, Chilijczyka Mendeza?
Krzysztof ZWARYCZ: - Potwierdził, że jest naprawdę silny. Wyrwał 175 kg, podrzucił 203 kg, ale w trzecim podejściu atakował 221 kg, chcąc pobić rekord świata. Dobry zawodnik. Mój sztab skupił się jednak na Włochu, bo on mi najbardziej zagrażał. Na szczęście udało się go upilnować.

 

Mając w sztabie dwóch medalistów olimpijskich, Krzysztofa Siemiona i Bartłomieja Bonka, a także Roberta Dołęgę, dwukrotnego medalistę mistrzostw Europy, to chyba nie ma się czego obawiać.
Krzysztof ZWARYCZ: - To prawda. Spisali się bardzo dobrze i mam nadzieję, że na tych mistrzostwach nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Czekamy na start Arka Michalskiego, trzeciego członka BMZ Team (Bonk, Michalski, Zwarycz - przyp. red.). Jest dobrze przygotowany, więc mam nadzieję, że też da radę i powtórzy się historia z tegorocznych mistrzostw Europy w Splicie, gdzie Arek też zdobył brąz.

 

Poza medalami za podrzut i dwubój otrzymał pan też pluszową maskotkę, Myszkę Miki. Przekaże pan ją komuś?
Krzysztof ZWARYCZ: - Najpierw się muszę zastanowić, kto na nią zasłużył (śmiech).

 

A w jaki sposób uczcił pan wicemistrzostwo świata?
Krzysztof ZWARYCZ: - W Stanach Zjednoczonych królują steki i burgery, ale ja jadłem pizzę i wypiłem zimą coca-colę. Bardzo mi smakowało.

 

Z tej samej kategorii