„Spodek” też wtedy odleciał. Sprawił to człowiek z Jastrzębia

O Andrzeju Biegalskim pisaliśmy w "Sporcie" kilka lat temu.
 źródło: Informacja prasowa

Wspominamy Andrzeja Biegalskiego, jedynego polskiego mistrza Europy w wadze ciężkiej. Ten tytuł wywalczył w Katowicach. Dzisiaj odbyły się uroczystości pogrzebowe.

Nazywanie Andrzeja Biegalskiego „bokserem jednego sezonu”, a takie określenie pojawia się w stosunku do niego nawet w biogramie na stronie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, jest głęboko niesprawiedliwe. Dziś, w przeddzień ostatniego pożegnania zmarłego we wtorek byłego pięściarza m.in. GKS-u Jastrzębie na łamach „Sportu”, który z ogromnym entuzjazmem relacjonował wspaniałą drogę Polaka po złoty pas czempionatu „Starego Kontynentu” w 1975 roku, pora raz na zawsze rozprawić się z tą kłamliwą oceną. Szkoda, że zbyt często w taki sposób traktujemy swoich mistrzów, a sztandarowym przykładem jest chociażby Wojciech Fortuna. Obu dżentelmenów łączy jedno. Przede wszystkim dokonali czegoś niezwykłego, czegoś pierwszego. A Andrzej Biegalski – po dziś dzień – ostatniego.

 

Miał być Komarem

Pochodził z Gierczyna, w dawnym województwie jeleniogórskim, gdzie przyszedł na świat 5 marca 1953 roku. Sam doskonale wiedział - i zwrócił na to uwagę podczas długiej rozmowy z niżej podpisanym przed kilkoma laty - że dokładnie tego dnia zmarł Józef Stalin. Ojciec Andrzeja Biegalskiego przebył cały szlak bojowy I Armii Wojska Polskiego. Syn już w wieku szkolnym wyrósł na postawnego młodzieńca, ale ze sportem zetknął się dopiero po przyjeździe na Śląsk, a konkretnie do Radlina. Zaczął od lekkoatletyki. Pchał kulą, rzucał dyskiem, a jego nauczyciel wychowania fizycznego z górniczej „zawodówki”, magister Jan Jardecki, widział w nim następcę Władysława Komara.
Później było dżudo, aż wreszcie boks, do którego namówił Biegalskiego kolejny ważny pedagog w jego życiu, opiekun pięściarzy Górnika Radlin, Marian Mrula. Początkowo trenował oba sporty walki. Ostatecznie został przy pięściarstwie i bardzo szybko pojawiły się pierwsze sukcesy. Brązowy medal mistrzostw Polski seniorów zdobył już w 1972 roku w Nowej Hucie, oczywiście w wadze ciężkiej. Rok później, po porażce w ćwierćfinale MP z Januszem Gerleckim, trafił pod skrzydła Antoniego Zygmunta, który szkolił zawodników w Górniku Pszów. „Krwawy Wasyl”, bo taki pseudonim nosił ten trener, który wychował wielu znakomitych pięściarzy, to chyba najważniejsza postać w sportowym życiu Biegalskiego. Niestety, niejednoznaczna.

 

Legendarna przemowa

20-latek był wówczas zdolny do nadludzkiego wręcz wysiłku, którego zwolennikiem był trener o rzeczonym przydomku. Biegalski traktował Zygmunta jak ojca i nie narzekał. Bardzo szybko został najlepszym „ciężkim” w kraju. Pojechał na mistrzostwa świata do Hawany w 1974 roku i dotarł do ćwierćfinału. Rok później mistrzostwa Europy odbywały się w katowickim „Spodku”. W międzyczasie o Biegalskiego upomniało się wojsko i trafił do sekcji pięściarskiej Legii Warszawa, trenowanej przez Henryka Niedźwieckiego, medalistę IO Melbourne w 1956 roku. Nieco wcześniej trenerem kadry narodowej został docent Wiktor Nowak i to przemowa tego szkoleniowca, przed ćwierćfinałową walką na katowickim czempionacie, przeszła do historii polskiego boksu. Polak miał skrzyżować rękawice utytułowanym i szalenie mocno bijącym Niemcem z Zachodu, Peterem Hussingiem. Wcześniej Biegalski pokonał jednogłośnie niezłego Czechosłowaka Petera Sommera.
Nowak zabrał swojego podopiecznego, gdy ten miał już założone rękawice, na spacer wokół „Spodka”. - Andrzej, on się wiesza na rywali. Jak ci wysiądą nogi, to się połóż - Biegalski nie wyobrażał sobie, że mógłby się poddać. W pierwszej rundzie strzelił potężnym prawym, a miał z czego uderzyć. Rywal nie wstał z maty ringu.

 

Do szatni na rękach

Rumun Mircea Simon, młodszy od Biegalskiego o roku, w 1976 roku został wicemistrzem olimpijskim. W Katowicach nie miał jednak z naszym reprezentantem najmniejszych szans w walce półfinałowej. Dotrwał do drugiej rundy. W finale rywalem naszego zawodnika był Wiktor Uljanicz, pięściarz radziecki, obrońca mistrzowskiego tytułu. Zawodnik, który na krajowym podwórku toczył wyrównane, częściej zwycięskie, boje z Igorem Wysockim, jedynym człowiekiem, który z kolei dwukrotnie pokonał legendarnego Teofilo Stevensona. Biegalski z Wysockim też wygrał, w 1974 roku, na turnieju „Czarne diamenty”.
Uljanicz był najtrudniejszym rywalem dla polskiego pięściarza podczas katowickich mistrzostw, ale ten był w niesamowitym gazie. Wygrał na punkty 4:1, a w „Spodku” zapanowała euforia podobna do tej, jaka rok później towarzyszyła naszym hokeistom po pokonaniu 6:4 ZSRR. Albo też trzy lata temu, kiedy mistrzami świata zostali polscy siatkarze. Biegalski nie wiedział, jak znalazł się w szatni. Zanieśli go do niej na rękach kibice. Zasłużenie. Został bowiem pierwszym – i jedynym do dziś – mistrzem Europy amatorów w wadze ciężkiej. Były gratulacje, chwila chwały, czwarte miejsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego za rok 1975, pomiędzy 3. Władysławem Kozakiewiczem, a 5. Wojciechem Fibakiem. Do dziś wyżej sklasyfikowanym od Biegalskiego pięściarzem w tym plebiscycie był tylko w 1978 roku Henryk Średnicki!

 

Kibicował Rybickiemu

Nadzieje na kolejne sukcesy były ogromne. Tym bardziej, że trenerem kadry został Antoni Zygmunt. Dopiero po latach zawodnik zorientował się, w czym tkwił problem, kiedy sam studiował na AWF-ie we Wrocławiu. Zmotywowany chęcią odniesienia sukcesu nadal biegał tyle samo, co Henryk Średnicki, lżejszy od niego o połowę, który w ringu zasypywał rywalami ciosami i był nie do zdarcia pod względem kondycyjnym. Ale czy w wadze ciężkiej było to tak bardzo potrzebne? W każdym razie Biegalski nadal ślepo wierzył trenerowi. Na igrzyska do Montrealu pojechał bardzo źle przygotowany i jego pobyt ograniczył się w zasadzie do kibicowania Jerzemu Rybickiemu, który szedł po złoto. Bo o walce z Johnnym Tatem nie ma co opowiadać. W Katowicach prawdopodobnie zmiótłby Amerykanina z ringu, chociaż ten następie pokonał Hussinga i uległ w półfinale Stevensonowi. W Polsce, po losowaniu olimpijskiej drabinki turniejowej, marzono o starciu kubańskiej legendy z Biegalskim w walce o finał. Niestety, obaj panowie nigdy naprzeciw siebie w ringu nie stanęli.

 

Na plecach z Heńkiem

Olimpijskie niepowodzenie nie spowodowało, że w głowie zaświeciła się czerwona lampka. Biegalski ciągle wierzył Zygmuntowi i przywędrował za nim do Jastrzębia-Zdroju, chociaż za pozostanie w Legii oferowano mu mieszkanie M-6. Zamieszkał na ul. Katowickiej, gdzie żył do ostatnich dni. Miał 23 lata i wielką chęć odnoszenia kolejnych sukcesów. Owszem, w Polsce ciągle był czołowym „ciężkim”. Dla GKS-u Jastrzębie, który na tamte czasy był prawdziwym pięściarskim „dream teamem”, zdobył w latach 1977-83 niezliczoną liczbę ligowych punktów. Zdobył z drużyną mistrzostwo, Puchar i kilka medali mistrzostw Polski. Ale sukcesów międzynarodowych już nie odnosił. Pojechał jeszcze na ME do Kolonii w 1979 roku, ale głównie... pozwiedzać. Przegrał w pierwszej walce, ale miał swój „udział” w złocie Henryka Średnickiego. Dzień przed walką finałową zmarłego w zeszłym roku kolegi z kadry i klubu Biegalski – w tajemnicy przed trenerami – wniósł zupełnie niedysponowanego mistrza świata na plecach ukradkiem do hotelu. Kilkanaście godzin później Średnicki został mistrzem Europy...

 

Marzył o roli następcy

Sport wyczynowy stopniowo przestał odgrywać w życiu mistrza z 1975 roku duże znaczenie. Najpierw zdał maturę, później skończył studia. Chciał zostać trenerem, jednak dla niektórych był niewygodny. Jeszcze w czasie edukacji Antoni Zygmunt wyrzucił go z klubu, bo nie stawił się na treningu. Pojechał na egzamin z podstaw nauk politycznych. Urazy do „Krwawego Wasyla” jednak nie chował, bo po cichu marzył, że ten namaści go na swojego następcę. Od klubu jednak otrzymał propozycję „nie do odrzucenia” - łopatę. Przez rok pracował na dole, chociaż miał już dyplom magistra wychowania fizycznego. Mówił, że treningi były cięższe niż robota w kopalni.
Później przeniósł się na KWK „Jankowice”, gdzie pracował na powierzchni, na stanowisku maszynisty wyciągowego. Próbował również pracy z młodzieżą, w Boguszowicach i w Żorach. Jeszcze jako pracownik i po przejściu na emeryturę. Chciał pomagać w Jastrzębiu, ale nikt nie był tym zainteresowany. Nie potrafił jednak usiedzieć w miejscu. Kandydował m.in. do sejmu u Rady Miasta. Bez powodzenia.

 

Nie dostał nawet zegarka

Wiódł zatem spokojne życie. W miarę upływu lat kariera bokserska dawała jednak coraz bardziej znać o sobie. Poważniej na zdrowiu podupadł stosunkowo niedawno. Odszedł zaledwie dziewięć dni po ukończeniu 64 lat. Prawie zapomniany. W Jastrzębiu-Zdroju, gdzie żył przez 40 lat, bodaj najbardziej. Kiedy w 2015 roku minęła 40. rocznica zdobycia złota mistrzostw Europy, nikomu nie przyszło do głowy, aby uhonorować pięściarza chociażby pamiątkowym zegarkiem. Mimo to nie obrażał się. W 2013 roku przyszedł na galę boksu zawodowego, chociaż miał problem z zajęciem miejsca, bo słabo zorientowany w sytuacji pracownik... służby informacyjnej nie wiedział, z kim ma do czynienia.
Jakub Kubielas

 

Czy wiesz, że...
Johnny Tate, rywal Biegalskiego z IO w Montrealu, zginął w 1998 roku w wypadku samochodowym. Na świecie nie ma już także katowickich przeciwników naszego jedynego mistrza Europy w wadze ciężkiej. Peter Hussing zmarł na raka w 2013 roku. Wiktor Uljanicz odszedł w 2014 roku. W 2012 roku na atak serca zmarł Teofilo Stevenson...

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~EDEUżytkownik anonimowy
~EDE :
No photo~EDEUżytkownik anonimowy
Andrzeju drogi kolego ze szkolnej ławy w Gierczynie spoczywaj w spokoju na pamiątkę zostało mi zdjęcie z lat młodzieńczych ja jak i koledzy z klasy śledziliśmy Twoją karierę sportowa cieszyliśmy się z Twoich sukcesów.
Żegnaj kolego spoczywaj w spokoju. Edek A.
15 kwi 13:59
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~były spikerUżytkownik anonimowy
~były spiker :
No photo~były spikerUżytkownik anonimowy
Boksu ligowego w Jastrzębiu nie ma (jak z resztą w całym kraju) i to powoduje , że żegnamy starych mistrzów, a młodych nie ma.Byłych zawodników(już po sześćdziesiątce) można było spotkać ,którzy przybyli, by uczestniczyć w tej ostatnie ziemskiej drodze mistrza Europy sprzed czterdziestu dwóch lat.Niektórych z trudem można było rozpoznać Co chodzi o znanych pięściarzy, to rzadko się zdarza , by wybitny zawodnik został podobnym szkoleniowcem... Podobnie było i z Andrzejem Biegalskim.W stosunkowo niedługim czasie pożegnaliśmy związanych z Jastrzębiem - Średnickiego, Wijasa,Nowaka...
18 mar 23:09
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii