Roczna dyskwalifikacja pięściarza i... olimpijski medal

Memoriał Błażyńskiego
 fot. Leszek Błażyński  /  źródło: newspix.pl

Mój tata w Montrealu wywalczył brązowy medal, ale wrócił niepocieszony - wspomina Leszek Błażyński junior, dziennikarz "Sportu".

- Zanim wystartował w Kanadzie, miał spore problemy z dostaniem się do kadry olimpijskiej. W 1974 roku, kiedy był jeszcze pięściarzem Włókniarza Bielsko-Biała, poturbował jednego z trenerów. Polski Związek Bokserski zdyskwalifikował go na dwa lata! Pomogli mu jednak działacze Szombierek Bytom. Przeprowadził się na Górny Śląsk, został zawodnikiem „Szombrów”, a jego dyskwalifikacja została skrócona o rok.

 

Dwanaście miesięcy przerwy wcale nie odbiło się na jego formie, bo bez problemów wywalczył miejsce w kadrze olimpijskiej, a w Kanadzie w drodze do półfinału pokonał między innymi wicemistrza świata Alfredo Pereza z Wenezueli. W pojedynku decydującym o awansie do finału zmierzył się z Amerykaninem Leo Randolphem, który miał wtedy zaledwie 18 lat. Sędziowie punktowali 4:1 dla rywala. Tata opowiadał później, że po walce trenerzy z innych reprezentacji podchodzili do niego i składali gratulacje za pojedynek oraz pocieszali go, twierdząc, że półfinałowego starcia nie przegrał. Nastolatek z USA triumfował też w finale, został mistrzem olimpijskim, a później przez krótki czas był też zawodowym czempionem.

 

W Kanadzie mojemu ojcu Amerykanie proponowali też przejście na zawodowstwo. Były to luźne rozmowy, ale w tamtym czasie polscy bokserzy nie mogli podpisywać profesjonalnych kontraktów. Jedynym wyjściem była ucieczka z kraju, a na taki krok tata nigdy by się nie zdecydował. Ojciec rok później został mistrzem Europy, ale zawsze najwyżej cenił dwa brązowe krążki olimpijskie, w tym medal z Montrealu.

 

W 1992 roku tata, w wieku zaledwie 43 lat, popełnił samobójstwo. Od 2005 roku pomagam w organizacji pięściarskiego memoriału na jego cześć, który odbywa się cyklicznie w Bytomiu.

 

Z tej samej kategorii