Krzysztof Zwarycz: Od myślenia są inni, ja tylko dźwigam

- Jestem solidnie przygotowany, czuję się dobrze i pozostaje mi tylko czekać na niedzielny start – mówi nasz czołowy sztangista przed startem na mistrzostwach świata.

Krzysztof Zwarycz
 fot. Facebook  /  źródło: Facebook

Marek HAJKOWSKI: - Obserwując wrzucane do sieci filmiki, można było odnieść wrażenie, że ostatnie zgrupowanie w Spale przepracował pan bardzo solidnie. Widać prawidłowo zaliczane podejścia i zwyżkę formy przed najważniejszymi zawodami w roku. Czy to się przełoży na wynik na MŚ w Anaheim?
Krzysztof ZWARYCZ: - Jestem solidnie przygotowany, czuję się dobrze i pozostaje mi tylko czekać na niedzielny start. W Kalifornii jest ładna pogoda, świeci słońce, co ma wpływ na moje samopoczucie i pobudza do walki. Jestem dobrej myśli. Nic mnie nie boli i nic nie jest mi stanie przeszkodzić w rywalizacji z najsilniejszymi ludźmi świata w kategorii 85 kg.
Po prognozowanych wynikach widać, że Irańczyk Kianoush Rostami, rekordzista globu, mistrz olimpijski z Rio i wicemistrz z Londynu, oraz Chilijczyk Arley Mendez Perez są poza zasięgiem.

 

Obaj zgłosili w dwuboju 380 kg, pan 367 kg, a pozostali rywale zakładają uzyskać niewiele mniej...
Krzysztof ZWARYCZ: - Widziałem listę startową, ale specjalnie się w nią nie zagłębiałem, bo to nie ma większego sensu. Wychodzę z założenia, że papier nie dźwiga, a wszystko weryfikuje pomost. Perez na igrzyskach boliwaryjskich uzyskał 382 kg, ale to wcale nie znaczy, że nie jest w moim zasięgu. Wszystko rozstrzygnie się w bezpośredniej rywalizacji.

 

Jaki wynik pana usatysfakcjonuje?
Krzysztof ZWARYCZ: - Wszystko powyżej 365 kg, a start uznam za udany, jeśli zaliczę 5, 6 podejść. Zaliczając dwie próby, trudno myśleć o wysokim miejscu. Z drugiej strony, trzeba zrobić wszystko, by mieć poczucie, że dało się z siebie maksimum. Uwielbiam startować, ale na treningu więcej niż 360 kg nie atakowałem. Lubię czuć atmosferę zawodów, zwiększony poziom adrenaliny, krzyknąć, pobudzić się. W takich momentach sztanga sama się unosi, a ja ją tylko prowadzę...

 

Na początku listopada, podczas mistrzostw Polski w Zamościu, wygrał pan wynikiem 355 kg, mając 4 udane próby...
Krzysztof ZWARYCZ: - Tamte zawody potraktowałem jako mocny sprawdzian. Nie wszystko wyszło tak jak zakładałem. Do 160 kg w rwaniu i 195 kg w podrzucie musiałem podchodzić dwukrotnie, bo sędziowie dopatrzyli się dociskania sztangi w stawach łokciowych. Nie miałem więc okazji rozwinąć skrzydeł.

 

Ale przy 195 kg chyba się pan pośpieszył.
Krzysztof ZWARYCZ: - Sztanga była lekka i faktycznie jak najszybciej chciałem ją wybić nad głowę. Nie było sensu czekać. Za bardzo jednak okręciła mi się w barkach i spaliłem to podejście. W trzecim skorygowałem błędy i poszło gładko. Oby tak na mistrzostwach świata.

 

W Zamościu ważył pan 84,8 kg, a jak jest teraz?
Krzysztof ZWARYCZ: - W porządku. Po zmianie kategorii waga nie stanowi dla mnie problemu. Nic nie muszę zbijać, więc jeden problem mam z głowy. Gdy startowałem w 77 kg, to przed zawodami musiałem zrzucać po 6, 7 kg. Tak było na przykład na MŚ w 2013 roku we Wrocławiu, gdzie zająłem 5. miejsce i zdobyłem brązowy medal w rwaniu.

 

W niedzielę pewnie by pan nim nie pogardził...
Krzysztof ZWARYCZ: - Naprawdę nie chcę się napalać na nic konkretnego, bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Chcę w spokoju przeżyć te ostatnie dni, a w dzień zawodów przebrać się, przejść oficjalne ważenie i na świeżo zaliczać podejścia. Od myślenia będą Bartek Bonk i Krzysztof Siemion, którzy będą ze mną na starcie. Musimy współpracować.

 

Bartłomiej Bonk, brązowy medalista igrzysk olimpijskich w Londynie, Arkadiusz Michalski, trzykrotny medalista ME, który wystartuje w poniedziałek o 2.30 w kategorii 105 kg, i pan tworzycie team pod kryptonimem BMZ.
Krzysztof ZWARYCZ: - Działamy razem w Budowlanych Opole, ale chcemy zrobić coś ponadto. Skrzyknęliśmy się i zapraszamy chętnych do poznania tajników dwuboju olimpijskiego. Mamy za sobą pierwsze zgrupowanie we Władysławowie, a kolejne planujemy od 15 do 20 grudnia w Spale. Na tę chwilę zgłosiło się 9 osób, ale liczymy na więcej. Jest kolizja terminów, bo priorytetem są zawody, ale szukamy sposobów, byt to jakoś pogodzić. Dla nas najbliższe zgrupowanie będzie formą roztrenowania.

 

Przy zmianie strefy czasowej podstawą jest aklimatyzacja. Ma pan z nią problem?
Krzysztof ZWARYCZ: - Nie. Jestem starszy, bardziej doświadczony i wiem, w jaki sposób lepiej ją znieść. Gdy miałem 18 czy 19 lat i jechałem na zawody do Kolumbii, nie wiedziałem jak się zmierzyć z tym problemem. Zaciągałem więc żaluzje w hotelu, robiąc sobie noc. Teraz już wiem, jak się to robi. Przyleciałem w sobotę i "przeciągnąłem" do godzin wieczornych tamtejszego czasu i po dwóch, trzech dniach zacząłem normalnie funkcjonować.

 

To dla pana pierwszy raz w Stanach Zjednoczonych?
Krzysztof ZWARYCZ: - Nie, bo 4 czy 5 razy byłem w Nowym Jorku. W Kalifornii jednak jestem po raz pierwszy. Zachodnie wybrzeże USA robi na mnie ogromne wrażenie.

Z tej samej kategorii