Nikomu już się nie chce śmiać, czyli trenerska telenowela

Wybór selekcjonera reprezentacji Polski mężczyzn zawsze budził emocje. I tym razem działacze PZPS wystawiają cierpliwość wszystkich na próbę.

Raul Lozano
 /  fot. Paweł Andrachewicz  /  źródło: Pressfocus

Od 13 lat fotel selekcjonera mężczyzn okupują obcokrajowcy. Jedni byli wybierani na drodze konkursów, inni z nominacji. Jedno się nie zmieniało - niemal za każdym razem wybór trenera przypominał południowoamerykańską telenowelę, której głównymi aktorami byli raczej działacze Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Od zwolnienia Ferdinando De Giorgiego minęło ponad cztery miesiące. Nowego selekcjonera mieliśmy poznać w listopadzie, potem do końca 2017 r. Wiadomo już, że decyzja zapadnie na jutrzejszym posiedzeniu zarządu PZPS, a do obrony mistrzostwa świata reprezentację Polski poprowadzi ktoś z trójki: Piotr Gruszka, Andrzej Kowal, Vital Heynen. Jak zatem wyglądały nominacje od 2005 r.?

 

Ten, który zapoczątkował erę
Pierwszym zagranicznym trenerem biało-czerwonych był Raul Lozano. Argentyńczyk zdobył zaufanie działaczy PZPS, którzy po średnio udanych igrzyskach w Atenach chcieli tchnąć coś nowego w polską siatkówkę. W tym celu piastujący od niedawna stanowisko prezesa Mirosław Przedpełski zorganizował konkurs, w którym wystartowało wielu zagranicznych szkoleniowców. W tym gronie znalazło się kilka tuzów, jak chociażby Serb Zoran Gajić czy Rosjanin Boris Kolczins. Był również Lozano, choć media nie widziały w Argentyńczyku faworyta, to w styczniu 2005 r. pieczę nad zespołem powierzono właśnie jemu. Kontrakt podpisał 7 lutego. - Jedyne, co mogę obiecać, to ciężką pracę - powiedział po podpisaniu umowy [Raul Lozano]. Podczas konferencji prasowej Mirosław Przedpełski zapowiedział, że nowy trener ma doprowadzić zespół do medalu na igrzyskach w Pekinie.
Efekty pracy Lozano przyszły bardzo szybko. W 2005 r. Polska zajęła 4. miejsce w Lidze Światowej, a rok później zdobyła wicemistrzostwo świata. To był pierwszy od wielu lat sukces biało-czerwonych. Później było gorzej. Nieudane mistrzostwa Europy w 2007 r. w Rosji i kolejne 5. miejsce na igrzyskach w Pekinie zaważyły na pożegnaniu z Argentyńczykiem.

 

Przygoda okraszona złotem
Następcę Lozano również miał wyłonić konkurs, jednak jego zasady nie były już tak klarowne, jak 4 lata wcześniej. Wśród faworytów byli Włoch Ferdinando De Giorgi oraz Argentyńczyk Daniel Castellani. Prezes i pozostali działacze PZPS skłaniali się ku temu drugiemu, bo z powodzeniem trenował przez 3 lata Skrę Bełchatów, doprowadzając ją do trzech tytułów mistrza Polski, dwóch Pucharów Polski i brązowego medalu Ligi Mistrzów. Castellani długo wahał się ze złożeniem oferty, ale gdy to się stało, szybko został wybrany. Wiadomość o podpisaniu kontraktu ukazała się w styczniu 2009 r.
I znów na sukces nie trzeba było długo czekać. Castellani w kilka miesięcy doprowadził Polskę do historycznego, bo pierwszego - i do tej pory jedynego - tytułu mistrzów Europy. Wszystko posypało się 12 miesięcy później, podczas mistrzostw świata we Włoszech. W drużynie coś nie zagrało i z kretesem odpadliśmy z mundialu. Wkrótce po tym rozwiązano kontrakt z Castellanim, który podobno nawet nie próbował powalczyć o przedłużenie umowy.

 

„Krasnal”, który dał medale
Po sukcesach z 2006 i 2009 r. siatkarska koniunktura w naszym kraju jeszcze bardziej się poprawiła, dlatego pod koniec 2010 i na początku 2011 r. mieliśmy klęskę urodzaju, jeśli chodzi o kandydatów na selekcjonera. Włosi - Andrea Anastasi, Daniele Bagnoli czy ponownie De Giorgi; także Polacy - Alojzy Świderek czy Włodzimierz Sadalski. Przez pewien czas faworytem nr 1 był Jacek Nawrocki, który też osiągał sukcesy ze Skrą. Gdy nie podjął się wyzwania, media kreowały De Giorgiego. Tymczasem zarząd PZPS postawił na Anastasiego, który w swojej zawodniczej i trenerskiej karierze sięgnął po medale wszystkich imprez. Teraz miał być gwarantem kolejnych sukcesów. - Andrea Anastasi został wybrany jednogłośnie na mój wniosek. Cieszę się, że moje zdanie znalazło uznanie - skomentował wybór selekcjonera [Mirosław Przedpełski]. - Mam nadzieję, że Anastasiemu uda się kontynuować sukcesy, bo mieli je zarówno Lozano, jak i Castellani. Myślę, że dokonaliśmy dobrego wyboru, bo ten utytułowany trener łączy w sobie cechy Lozano i Castellaniego - argumentował prezes PZPS.
Podobnie jak poprzednicy trener, który jako zawodnik nazywany był „Krasnalem”, osiągnął z kadrą spore sukcesy. W 2011 zdobył pierwszy medal Ligi Światowej - w Gdańsku brąz. Kilka tygodni później medal z tego samego kruszcu udało się zdobyć na ME w Czechach i Austrii, a następnie srebro Pucharu Świata. Przełomem miał być 2012 r., w którym po raz pierwszy udało się wygrać Ligę Światową. Polacy jechali na igrzyska do Londynu jako główni faworyci. Skończyło się na kolejnym 5. miejscu. Mimo wszystko Anastasi miał duży kredyt zaufania wśród działaczy i pozostał na posadzie. Czarę goryczy przelały ME w 2009 r. w Polsce i Danii. Odpadnięcie w barażach przypieczętowało los „Krasnala”.

 

Szalony pomysł prezesa
Inaczej wybór selekcjonera wyglądał w 2013 r. Oczywiście media znów podawały nazwiska potencjalnych trenerów. Wymieniany był Rosjanin Władimir Alekno, Andrzej Kowal czy już „tradycyjnie” De Giorgi. W październiku wszystkich zszokowała jednak informacja, ze selekcjonerem może zostać Stephane Antiga, a więc... czynny wciąż gracz Skry. Jego asystentem miał być jednak trenerski autorytet, jego rodak Philippe Blain. Dziennikarze i część siatkarskiego środowiska pukała się w czoło, ale prezes PZPS był nieugięty. - Szukaliśmy czegoś innego, bo ten zespół potrzebuje czegoś innego. Ten pomysł zrodził się w mojej głowie i muszę wziąć odpowiedzialność, jeśli się to nie uda. Antiga będzie bardziej selekcjonerem, a reszta będzie na głowie Blaina - zapewniał Przedpełski.
Jaki był efekt zatrudnienia duetu Antiga-Blain pamiętamy wszyscy. Fantastyczny występ na mistrzostwach świata okraszony złotym medalem zdobytym w „Spodku". Dzięki temu Antiga na zawsze zapisał się w annałach polskiego sportu, ale więcej sukcesów nie osiągnął. Porażka w ćwierćfinale ME, awans na igrzyska w Rio de Janeiro uzyskany rzutem na taśmę i piąte - jakżeby inaczej - miejsce na olimpiadzie dały działaczom znak, że trzeba poszukiwać nowego selekcjonera.

 

Kilkumiesięczny niewypał
Po igrzyskach w Rio ruszyła kolejna giełda kandydatów, ale szybko wykrystalizowała się trójka. Znajdowali się w niej ponownie Daniel Castellani, Bułgar Radostin Stojczew i po raz kolejny Ferdinando De Giorgi. Tym razem Włoch był faworytem, bowiem miał za sobą świetne wyniki z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. Działacze PZPS szybko zdecydowali się właśnie na popularnego „Fefe”, podpisując z nim czteroletni kontrakt z możliwością weryfikacji po dwóch sezonach, a więc po MŚ w 2018 roku. Słabe wyniki w Lidze Światowej i ME w Polsce spr

 

Z tej samej kategorii