Zabrakło tylko zwycięstwa

Polska - Serbia
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Wiara i wsparcie ponad 60 tysięcy kibiców tym razem nie wystarczyły. - Ale jeszcze będzie przepięknie - fani nie stracili nadziei po gładkim 0:3 z Serbią, ale nutę goryczy w glosie było słychać.

Kilka dobrych lat temu idea organizacji meczu siatkarskiego na stadionie piłkarskim wydawała się irracjonalna i niemożliwa do realizacji. O tym, że jednak można i warto to zrobić przekonaliśmy się w 2014 roku, gdy nasz kraj organizował mistrzostwa świata. Ówczesny prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, Mirosław Przedpełski, był wizjonerem i choć inni pukali się w głowę, uparcie dążył do zorganizowania otwarcia mundialu na Stadionie Narodowym. I cel zrealizował! Na obiekcie stawił się komplet ponad 60 tysięcy kibiców. Malkontenci musieli więc zwrócić honor organizatorom. Ceremonia otwarcia oraz inauguracyjny mecz Polska - Serbia zachwycił wszystkich, przeszedł do historii i... pozostawił żal, że zaplanowano tam tylko jeden mecz. - Najchętniej zostałbym w Warszawie do końca turnieju. Gra w takim miejscu jak Stadion Narodowy to coś magicznego - powiedział wówczas Karol Kłos, który kilkanaście dni później został wraz z kolegami mistrzem świata.
Trzy lata później Stadion Narodowy znów stał się siatkarską areną. I znów był to strzał w dziesiątkę.
Atmosferę wielkiego sportowego święta czuć było w Warszawie od samego rana. Kibiców ubranych w biało-czerwone barwy i śpiewających nieśmiertelne „Polska, biało-czerwoni” słychać i widać było w całym mieście. Im bliżej Stadionu Narodowego, tym tłum gęstniał. Już trzy godziny przed meczem mosty Poniatowskiego i Świętokrzyski zamieniły się w biało-czerwoną rzekę. A mimo to na kilkanaście minut przed rozpoczęciem ceremonii otwarcia frekwencja na trybunach była zaskakująco niska. Kibice wybrali atmosferę ogródków piwnych okalających stadion.
Gdy jednak zaczął się show - ceremonia była krótka i treściwa, co zdecydowanie odpowiadało publiczności - a następnie siatkarze wyszli na rozgrzewkę, trudno było już znaleźć wolne miejsce. Fani nie szczędzili gardeł, witając głównych bohaterów wieczoru. Tumult był już tak duży, że trudno było usłyszeć nazwiska wyczytywanych zawodników Ferdinando De Giorgiego. Nic jednak nie przebije Mazurka Dąbrowskiego. Gdy ponad 60 tysięcy kibiców zaśpiewało a'capella hymn Polski po plecach przechodziły ciarki. - No, teraz to Serbowie na pewno się zdeprymowali. Nie mają żadnych szans - słychać było na trybunach.
Niestety, później już było tylko smutniej - entuzjazm gasł. To nie Serbowie byli zdeprymowani, ale nasi gracze. W niczym nie przypominali dobrze naoliwionej maszyny, która miażdży wszystko po drodze do złota. I nie pomagały doping, wiara, deprymowanie rywali gwizdami. Coraz głośniej było jedynie słychać jęki zawodu po kolejnych nieudanych zagraniach biało-czerwonych. Iskierka nadziei pojawiła się na chwilę jedynie w trzecim secie, gdy nasi gracze z 11:16 doprowadzili do remisu 18:18. Znów stadion „zapłonął” i na parkiecie, i na trybunach. Jak jednak entuzjazm szybko się pojawił, tak równie szybko zgasł. Asy serwisowe Serbów i błędy Polaków skutecznie wybiły z głowy marzenia o wygraniu choćby seta.
Zawód postawą naszych zawodników był ogromny. W 2014 roku Narodowy po meczu długo pustoszał. Teraz wystarczyło tylko kilkanaście minut, by był pusty. Kibice przenieśli się na warszawskie ulice i - jak to zwykle bywa - zamienili się w siatkarskich ekspertów. „Co to za trener, który nie dokonuje zmian?”, „De Giorgi się nie nadaje”, „Kurek zapomniał jak się gra”, „Za dużo zepsutych zagrywek”, „Już po mistrzostwach” - wszędzie było słychać narzekania. Ale słychać było też bardziej optymistyczne opinie: „Przecież to dopiero pierwszy mecz”, „Nic nie jest stracone i na pewno zagramy jeszcze o medale”. I wreszcie niosło się po okolicy: „Polacy nic się nie stało”. Wiara w kibicach wciąż jeszcze się tli, choć mocno została nadwyrężona.

 

Z tej samej kategorii