Lider nie zwalnia tempa, GieKSa nie zawodzi, ale MKS Będzin tak...

MKS Bedzin - ZAKSA Kedzierzyn Kozle
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Rozpoczęła się runda rewanżowa w rozgrywkach PusLigi. Lider tabeli nie zawiódł swoich kibiców i kolejny raz notuje zwycięstwo. Kolejny raz zawiedli siatkarze z Częstochowy i Bielska-Białej.

Nie popisali się siatkarze AZS-u Częstochowa. Przed własną publicznością w ostatnim meczu roku przegrali gładko z rywalami z Radomia. Zespół z Radomia dobrze spisywał się w polu zagrywki i „zafundował” miejscowym 6 asów. To był pierwszy mecz rundy rewanżowej. Porażka, podobnie jak w pierwszym meczu nie może cieszyć. Po cichu liczono w Częstochowie, że punkty do zdobycia są możliwe. Nic z tego.

 

Bardzo dobry mecz zespołu z Kędzierzyna Koźla. W spotkaniu z Espadonem Szczecin, rozgrywanym w ramach 16. kolejki PlusLigi, ZAKSA wygrała 3:0. MVP meczu wybrany został Mateusz Bieniek. Po dwóch łatwo wygranych setach przez gospodarzy po 10-minutowej przerwie nic nie wskazywało, że końcowe fragmenty będą emocjonujące dla miejscowych kibiców. Gospodarze prowadzili 20:16, ale zrobiło się po 22:22. Trzy kolejne udane akcje Mateusza Bieńka oraz Dominika Witczaka zakończyły ten mecz. Gospodarze wystąpili w mocno zmienionym składzie, bo kilku czołowych zawodników odpoczywało. Kędzierzyn Koźle nadal z przewagą prowadzi w tabeli PlusLigi.

 

Wbrew pozorom dwa pierwsze sety były wyrównane, ale w końcowych fragmentach doświadczenie gospodarzy wzięło górę. W trzecim już nikt nie miał wątpliwości kto zostanie zwycięzcą, ale przy stanie 22:11 gospodarze niepotrzebnie stracili 6 pkt. Dobre spotkanie rozegrał środkowy Marcus Boehme, który był skuteczny na siatce, ale również w polu zagrywki.

 

Po czterech porażkach z rzędu siatkarze beniaminka PlusLigi w końcu się przełamali. Idealną okazją do tego było starcie z jednym z najsłabszych zespołów ekstraklasy - Łuczniczką. Lepiej spotkanie rozpoczęli gospodarze, którzy mieli w swoich szeregach Igora Yudina. Przyjmujący zespołu znad Brdy swoją zagrywką w pierwszym secie zbudował solidną przewagę i dał Łuczniczce prowadzenie. Katowiczanie długo wchodzili w mecz, ale swoją siłę pokazali w drugim secie. Dobra gra Rafała Sobańskiego oraz Gerta Van Walle dała wysokie zwycięstwo GieKSie.
W kolejnych setach trwała wyrównana i wojna nerwów. Drużynie Piotra Gruszki udało się doprowadzić do tie-breaka, w którym katowiczanie okazali się minimalnie lepsi i po raz drugi w tym sezonie ograli bydgoski zespół.

 

Przed meczem wydawało się, że miejscowi stoją na straconej pozycji. Skra w Sosnowcu miała wygrać łatwo i pewnie. Jej potencjał bowiem znacznie przekracza MKS-u, co zresztą ma odzwierciedlenie w ambicjach obu zespołów. MKS walczy o miejsce w górnej części tabeli, w Bełchatowie marzą o odzyskaniu mistrzowskiego tytułu.
Na parkiecie różnicy w umiejętnościach widać jednak nie było. Jedynie pierwszy set toczył się po myśli przyjezdnych. Nicolas Uriarte, rozgrywający Skry, umiejętnie prowadził grę, często wykorzystując swoich środkowych Srećko Lisinaca i Jurija Gładyra. Jak zwykle nie zawodził też Mariusz Wlazły, który mocnymi atakami raz za razem zdobywał punkty dla gości. Sporo punktów dołożył też na zagrywce.
Wysoko przegrany set wcale jednak nie obniżył morale gospodarzy. Od drugiej partii na parkiecie zaczęły się dziać przedziwne rzeczy. Gracze MKS-u, nie mając nic do stracenia i grając bez presji, całkowicie zaskoczyli faworyzowanych rywali. Spisywali się nadspodziewanie dobrze. Ich fani raz za razem podrywali się ze swoich miejsc, świętując kolejne udane akcje. Okazało się, że nawet z takimi gwiazdami, jak Wlazły, Michał Winiarski czy Bartosz Kurek, można nawiązać walkę. Gospodarzy do coraz lepszej gry napędzali przede wszystkim Marcin Waliński oraz Rafael Rodriguez Araujo. W ataku praktycznie się nie mylili. Mieli przy tym sporo szczęścia. Wielokrotnie piłka po ich zbiciach odbijała się od bloku Skry i wychodziła poza pole gry.
Mecz przybrał niespodziewany przebieg. Philippe Blain robił co mógł, prosił o przerwy, wymieniał zawodników – m.in. w trzeciej partii Wlazłego zastąpił Kurek – ale efektów nie było. Do tego jego podopieczni coraz bardziej się denerwowali i zaczęli popełniać proste błędy. Dotykali siatkę, mylili się w ofensywie i na zagrywce. I zamiast łatwej wygranej, zajrzało im w oczy widmo porażki. Dopiero wtedy zdołali otrząsnąć się z przewagi gospodarzy. Największy udział w tym miał Lisinac. Reprezentant Serbii pokazał, że w Plus Lidze na środku siatki, niewielu może się z nim równać. Poderwał kolegów do walki. Po twardym boju bełchatowianie zdołali wyrwać wygraną w czwartym secie.
O tym kto wygra decydował więc tie-break. Zmęczeni będzinianie nie byli już w stanie przeciwstawić się większej sile rywali. Od początku musieli gonić. I choć w końcówce zdołali zbliżyć się na dwa „oczka” (10:12), w końcówce nie znaleźli sposobu na zatrzymanie Lisinaca, Winiarskiego i Kurka.

 

 

AZS Częstochowa - Cerrad Czarni Radom 0:3 (13:25, 21:25, 15:25)

 

ZAKSA Kędzierzyn Koźle - Espadon Szczecin 3:0 (25:18, 25:12, 25:22)

 

Cuprum Lubin - BBTS Bielsko-Biała 3:0 (25:22, 25:18, 25:17)

 

Łuczniczka Bydgoszcz - GKS Katowice 2:3 (25:22, 17:25, 25:21, 23:25, 15:17)

 

MKS Będzin - PGE Skra Bełchatów 2:3 (18:25, 28:26, 25:22, 23:25, 10:15)

 

Z tej samej kategorii