Mocno rozczarowani sezonem

Lotos Trefl Gdansk - BBTS Bielsko Biala
 /  fot. Piotr Matusewicz  /  źródło: Pressfocus

To był najgorszy sezon klubu spod Klimczoka w historii jego występów w PlusLidze. Celem było miejsce w dziesiątce, a skończyło się na 14. lokacie.

- Jesteśmy rozczarowani. Na szczegółową analizę i podsumowania przyjdzie jeszcze czas, natomiast już teraz możemy powiedzieć, że liczyliśmy na więcej - mówi Piotr Pluszyński, prezes BBTS-u

 

Słowak za... Słowaka
Bielszczanie wystartowali w znakomitym stylu. Wygrali w Radomiu z Cerrad Czarnymi 3:1, ale były to miłe złego początki. Przegrali bowiem 11 razy z rzędu. Najbardziej zabolała porażka 0:3 z MKS-em Będzin. Po niej władze klubu zmieniły szkoleniowca, Miroslava Palguta zastąpił Rostislav Chudik. Czyli Słowak zluzował... Słowaka. Wyniki się poprawiły, ale nie na tyle, by można było mówić o zaspokojeniu ambicji kibiców czy też sponsorów. Szczególnie fani bielskiej drużyny byli mocno zaniepokojeni, czemu wyraz dali w liście otwartym do zarządu klubu. „Panie prezesie, oczekujemy działań! Decyzji oraz wyrazistych planów ukazujących kierunek, w którym ma zmierzać BBTS w przyszłości. Tak dalej być nie może!” - grzmieli kibice, którzy musieli ostatecznie przełknąć gorzką pigułkę. 6 zwycięstw i 24 porażki w sezonie zasadniczym, to była kiepska wizytówka bielskiej siatkówki męskiej. Do tego doszły dwie porażki w walce o 13. miejsce z Effectorem Kielce
Jak postawę zespołu ocenia trener Chudik? - Zawsze lubię wygrywać. Chłopcy mieli problemy. Młodzi zawodnicy nie posiadali tyle doświadczenia, by wziąć na swe barki ciężar gry. Mieliśmy też kłopoty zdrowotne. Liga zweryfikowała nas wszystkich, również tych zawodników, którzy się nadają i są w stanie walczyć o punkty w następnych rozgrywkach - zaznacza Chudik, który uważa, że zmiana trenerska w trakcie sezonu wyszła zespołowi na dobre.

 

Miejsce adekwatne do budżetu
- Przede wszystkim starałem się szybko ustabilizować pierwszą szóstkę. To miała być pewna szóstka, pewni gracze i wyszło to zespołowi na plus. Po tych zmianach drużyna zaczęła grać, punkt w Rzeszowie, wygrana w Warszawie czy z Radomiem. Przyszły też mecze z Częstochową i Bydgoszczą, które przegraliśmy w głowach. To mnie bardzo boli. Później nasiliły się kontuzje. Musieliśmy grać trzema atakującymi na przyjęciu. Kamil Kwasowski był w bardzo wysokiej formie. Szkoda, że uraz barku nie pozwolił mu pokazać swoich możliwości od początku sezonu. Kontuzje wpłynęły też na dyspozycję Milosza Vemicia. To wszystko trzymało nas w negatywnym dołku. Ostatnie cztery mecze w sezonie zasadniczym zagraliśmy bardzo dobrze. Żałuję tylko, że nie graliśmy tak wcześniej - dodaje słowacki szkoleniowiec.
Zarówno trener, jak i działacze w swoich podsumowaniach bardzo często wskazują na kontuzje, które mocno przetrzebiły drużynę. - W ostatnim starciu z Effectorem z konieczności za rozgrywanie musiał się zabrać Kwasowski. Wcześniej był taki mecz, że w szóstce było trzech atakujących, bo przyjmujący nie mogli wybiec na parkiet - wylicza prezes Pluszyński. - Trener nigdy nie wiedział, z kogo będzie mógł skorzystać. Szczególnie dotkliwy był dla nas uraz barku naszego rozgrywającego Dmytro Storożyłowa. Mimo wszystko nie potrafię zrozumieć, że mieliśmy znakomity początek, a potem przyszło 11 porażek z rzędu. Zajęliśmy jednak miejsce adekwatne do posiadanego budżetu. Klub ma wspaniałe tradycje, Puchar Polski i 3. miejsce w ekstraklasie, ale co ma powiedzieć taka Częstochowa... - pociesza się prezes Pluszyński.

 

Myślą o przyszłości
Pod Klimczokiem jeszcze nie zapadły decyzje kadrowe dotyczące nowego sezonu. Być może wkrótce zarząd zdecyduje się na przedłużenie współpracy ze słowackim szkoleniowcem. Chudik musi jednak przedstawić satysfakcjonującą drugą stronę wizję rozwoju sportowego drużyny. Wygląda jednak na to, że klub zaufa Słowakowi, który ma za sobą m.in. pracę w Kędzierzynie-Koźlu i Bydgoszczy. Trudno jednak przypuszczać, by gra i wyniki zmieniły się diametralnie. - Nie jesteśmy najbogatszym klubem i to trzeba zrozumieć. Dla nas znane nazwiska są niedostępne. Czasami zawodnicy, nawet mało znani, żądają 200-300 tysięcy złotych za podpisanie kontraktu. Na takich na pewno nas nie stać - podkreśla Bogdan Lindert, dyrektor bielskiego klubu.

 

Z tej samej kategorii