Podróż za horyzont. Azjatyckie przygody Patryka Strzeżka

Noc w dżungli to nie było najprzyjemniejsze przeżycie. W nocy panuje totalna ciemność. Nie wiadomo, co się w niej kryje. A przerażające odczucie potęgują jeszcze różne, dziwne odgłosy. Naszą ochronę stanowił jedynie bambusowo-foliowy szałas – opowiada Patryk Strzeżek, chyba największy podróżnik pośród siatkarzy PlusLigi.

Patryk Strzeżek, siatkarz Jastrzębskiego Węgla, przez większość swojej kariery prowadził życie typowego sportowca. Treningi, mecze, dieta, odpoczynek i znów treningi. I tak przez cały sezon. W lecie zasłużony odpoczynek, zwykle nad ciepłym morzem, czyli Egipt, Wyspy Kanaryjskie, Cypr, itp. Trzy lata temu coś w nim jednak pękło. Zapragnął innych podróży, z plecakiem, bez planu. - W sumie nie wiem skąd we mnie wzięła się pasja podróżowania. Wakacje typu dobry hotel, pełny pakiet all inclusive, drineczek w ręce po prostu mi się znudziły. Chciałem czegoś nowego. Poznawać ludzi i czuć, że jestem w drodze - przekonuje.

 

Łatwy początek

Na pierwszą podróż wybrał Azję południowo-wschodnią: Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. - To nie była jeszcze typowa włóczęga. Jechałem wraz z moją byłą dziewczyną, więc zależało mi na jak największym komforcie. Przeloty, transport na miejscu i noclegi zarezerwowałem przez internet. Byliśmy więc trochę uwiązani. Na nagłe zmiany nie było miejsca - opowiada.

 

Początek to lot do Bangkoku, stolicy Tajlandii. - Wybrałem Tajlandię, bo to bezpieczny i łatwy do podróżowania kraj, a przy tym ludzie są bardzo mili i życzliwi. A do Kambodży chciałem jechać, bo bardzo pragnąłem zobaczyć świątynie Angkor - wyjaśnia Patryk. Nie zawiódł się. Angkor zrobił na nim ogromne wrażenie. - Ten gigantyczny kompleks świątyń, który wyrasta w środku dżungli jest fantastyczny. A jeszcze te potężne drzewa i krzewy wyrastające wprost z fundamentów... Coś kapitalnego! - zachwyca się na wspomnienie o Angkor Watt.

 

W Kambodży jedną z wiodących dyscyplin jest siatkówka. Gra się w nią praktycznie wszędzie. Wystarczą dwa słupki i sznurek przewieszony między nimi. - Oczywiście, że grałem z miejscowymi. Zresztą, zawsze biorę ze sobą piłkę do siatkówki. Wspólna gra z miejscowymi pozwala nawiązać kontakty. Ludzie się cieszą, że mogą zmierzyć się z obcokrajowcem, jeszcze tak wielkim jak ja, pogadać i pośmiać się - mówi.

 

Krzyk w dżungli

Podróżowanie z całym dobytkiem na plecach bardzo przypadło do gustu Patrykowi. W kolejnym roku, zaraz po zakończeniu sezonu ligowego, ale już bez planu, wyruszył znów do Azji. Tym razem były to Singapur, Malezja, Indonezja i Filipiny. Problemem był jednak brak towarzyszy. - Mało kto może sobie pozwolić na tak długi urlop jak siatkarze - śmieje się Patryk. Ale i na to znalazła się rada. Pomocne okazały się portale podróżnicze. - Napisałem na kilku z nich, że interesuje mnie wyjazd do Indonezji i krajów ościennych i jeśli ktoś chce się dołączyć to zapraszam - mówi. Odzew był. Ku zaskoczeniu siatkarza odpisały tylko dziewczyny. Wybór padł na Agnieszkę i Karolinę. Były najbardziej zdeterminowane i zdecydowane. - To był dobry pomysł. Jeśli jedziesz ze znajomymi musisz iść na kompromisy. Nie zostawisz przecież gdzieś w obcym kraju swojej dziewczyny i nie pojedziesz sam. Z nieznajomymi jest łatwiej. W każdej chwili mogliśmy sobie powiedzieć cześć i iść w swoją stronę. I tak właśnie było. Rozłączaliśmy się na kilka dni. Każdy robił co chciał i potem znów jechaliśmy razem - przekonuje siatkarz.

 

Umówili się na lotnisku w Singapurze. - Tam zobaczyliśmy się pierwszy raz w życiu. Oczywiście coś tam o sobie wiedzieliśmy. One wiedziały, że gram zawodowo w siatkówkę. Karolina z kolei przez kilka lat mieszkała w Grecji i wracała do Polki, ale postanowiła jeszcze pozwiedzać. Agnieszka natomiast była dziennikarką Polsatu - opowiada Patryk. Singapur na podróżniku nie wywarł pozytywnego wrażenia. - Miasto nowoczesne, ładne, ale wszędzie mnóstwo zakazów. To nie dla mnie - przyznaje.

 

Nowe znajome okazały się doskonałymi towarzyszkami podróży, pomimo, że stresujących i trudnym sytuacji nie brakowało. Na jednej z indonezyjskich wysp, Sumatrze, np. gdy wybrali się do rezerwatu orangutanów, przyszło im nocować w dżungli. - Nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. W dżungli w nocy panuje totalna ciemność. Nie wiadomo, co się w niej kryje. A przerażające odczucie potęgują jeszcze różne, dziwne odgłosy. Naszą ochronę stanowił jedynie bambusowo-foliowy szałas. I coś nam weszło do niego. Ostatecznie skończyło się na krzyku i strachu - śmieje się Patryk.

 

W szczytnym celu

Kolejna, tegoroczna wyprawa to już było prawdziwe wyzwanie. Plan - autostopem do Indii. Na wyjazd namówił rywala z boiska, siatkarza MKS-u Będzin Mateusza Przybyłę. Podróż miała też szczytny cel. Zbierali pieniądze dla chorego Kacpra. - Od dłuższego czasu chodziło mi coś takiego po głowie. Kacper ma wodogłowie oraz zespół wad wrodzonych. Kilka miesięcy temu przeszedł dwie operacje. Niestety choroba postępowała i konieczny stał się zakup wózka inwalidzkiego. Chcieliśmy zebrać fundusze na niego i na rehabilitację. Pomimo że Kacpra życie nie oszczędza, to bardzo pogodny chłopiec. I do tego uwielbia sport. Uprawia pchnięcie kulą, rzut oszczepem i dyskiem, dostał się teraz do kadry narodowej niepełnosprawnych. - mówi Patryk.

 

źródło: Instagram

 

Jak miała wyglądać pomoc? Sponsorzy płacili siatkarzom za każdy pokonany kilometr. Do tego podróżnicy zobowiązali się do wysłania kartki każdemu, kto wpłacił 30 złotych na specjalne konto. W sumie udało się uzbierać 12 tysięcy złotych.

 

Mistrzowska feta

Siatkarze podróż rozpoczęli na autostradzie w Jastrzębiu. Na pierwszą okazję długo nie czekali. Od razu dojechali do Wiednia. Potem Serbia, Bułgaria i Turcja. - Mieliśmy sporo szczęścia, bo do Stambułu dotarliśmy w 64 godziny. To mega wynik - z uznaniem kiwa głową Patryk. - Za Sofią, gdy już rozłożyliśmy namiot i kładliśmy się spać usłyszeliśmy, jak ktoś się nas pytał. - Jestem zmęczony, możesz poprowadzić? - Okazało się, że gość jechał do Stambułu. Od razu dopowiedziałem OK i tak dojechaliśmy nad Bosfor - mówi Patryk.

 

źródło: Instagram

 

W Stambule zaczęła się prawdziwa przygoda. I to od pierwszego dnia. Akurat szli ulicą, gdy „porwał” ich tłum fanów Besiktasu idących na mecz. Spotkania na żywo nie zobaczyli, ale… - Kibice zaprosili nas do knajpy na wspólne oglądanie - opowiada. Mecz miał ogromne znaczenie. Besiktas wygrał i został mistrzem Turcji. Zaczęła się feta. - Pierwszy raz coś takiego przeżyłem. Wszędzie masa ludzi. Race, śpiewy. Lider grupy wszedł na podwyższenie i intonował wszystkie przyśpiewki. Nie mógł jednak zejść. Z Matim chcieliśmy mu pomóc. A on zamiast zejść usiadł mi na ramionach. I tak z „Matim” znaleźliśmy się w samym centrum wydarzeń - opowiada Patryk.

 

W Turcji spotkali też byłego piłkarza Wisły Kraków. - Szliśmy sobie ulicą, a tu nagle stoi auto na krakowskich numerach. Totalne dziwienie. Wyszedł z niego czarnoskóry gość. Pytam się więc, czemu jeździ na krakowskich „blachach”. - Bo grałem w Wiśle Kraków - odparł. Okazało się, że był to Wilde-Donad Guerrier. Zresztą, superfacet. Zaprosił nas na imprezę. Byli na niej chłopaki z Alanyasporu.

 

Pobudka w promieniach słońca

Podróżowanie autostopem po Azji okazało się nadspodziewanie łatwe. Kierowcy chętnie zabierali dwóch dryblasów z dalekiego kraju. Nie wybrzydzali. Jechali ekskluzywnymi limuzynami, motorami, rozklekotanymi ciężarówkami, a nawet wozami. - Pewnego razu jechaliśmy luksusowym BMW. Kierowca był szalony. Cały czas jechał ponad 200 km/h, a gdy zobaczył, że filmujemy tę jazdę, to jeszcze przyspieszył. Ciarki przechodziły nam po plecach - przypomina sobie siatkarz. W Iranie z kolei podróżowali w czterech w szoferce ciężarówki. Nie byłoby o czym wspominać, bo było po prostu ciasno, gdyby nie jeden szczegół. - W ciężarówce mieli palnik. Myślałem, że gotują na nim jedzenie. Nic z tego. Palili hasz. Było dziwnie. Przy pierwszej okazji poprosiliśmy o zatrzymanie, bo chcielibyśmy coś zjeść i zniknęliśmy - dodaje Patryk.

 

źródło: Instagram

 

Kierowcy nie tylko podwozili. Proponowali nocleg i jedzenie. - Pierwsze pieniądze na spanie wydałem dopiero po 1,5 miesiąca, w Bombaju - uśmiecha się Patryk. - Schemat był taki: osoba, u której akurat spaliśmy, dzwoniła do znajomych i mówiła, że gości dwóch Polaków i czy mogą przyjechać też do niego. Nie było odmowy. I tak trafiliśmy do różnych miejsc, których nie mieliśmy w planie - dodaje. - Spaliśmy w namiocie albo u ludzi, którzy pomagali nam zorganizować nocleg, w pustostanach, meczetach, w centrach miast i na totalnym pustkowiu lub po prostu pod chmurką. - Wstajesz, kiedy budzą cię promienie słońca, nie ma nic piękniejszego - zapewnia Patryk. - Najbezpieczniejsze noclegi były w meczetach. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Rano budził nas człowiek, który przychodził otworzyć meczet. I mało tego, że nas nie wyganiał, ale jeszcze wpuszczał do środka i przynosił jedzenie. Z kolacją też nie było problemu, bo wieczorami wokół meczetów zawsze było mnóstwo ludzi. Spędzaliśmy z nimi czas i zwykle ofiarowali nam swoją kolację, więc najedliśmy się za darmo.

 

źródło: Instagram

 

Bez tlenu

W Iranie siatkarze przeżyli też jedną z najbardziej dramatycznych przygód. Zapragnęli zdobyć najwyższy szczyt kraju, Demawend, wznoszący się na wysokość 5610 m n.p.m. - Byliśmy totalne nieprzygotowani. Ale co my „kozacy”, nie damy rady? Jesteśmy przecież zawodowymi sportowcami. I podołaliśmy, ale po raz pierwszy w życiu odcięło mi prąd. Nie mogłem oddychać, zrobić nawet kroku. Swoje po prostu zrobiła wysokość - mówi Patryk. - W czasie wspinaczki popełniliśmy kilka głupich błędów. Myśleliśmy, że idąc swoim tempem wszystko będzie dobrze. Ale to tak nie działa. Nie było czym oddychać. Co pięć minut padałem. Musiałem odpocząć. I tak w kółko. Byłem wyczerpany. Do tego jeszcze te porywy wiatru, który nas przewracał. A na koniec zgubiliśmy najłatwiejszy szlak i minęło trochę czasu, nim go odnaleźliśmy. Ale zawzięliśmy się. Natura sportowca wzięła górę. W trzy i pół dnia weszliśmy na szczyt i zeszliśmy. Mało kto wierzył, że zdołamy tego dokonać. Uwierzyli, gdy pokazaliśmy im zdjęcia ze szczytu - dodaje.

 

Przygnębiające miasto

Do Bombaju drogą podróżnikom nie udało się jednak dotrzeć, tak jak zamierzali. Okazało się, że z Iranu nie ma jak dostać się drogą lądową do Omanu. Nie pozostało nic innego jak kupić bilet lotniczy do Dubaju. Stamtąd ruszyli do Maskatu - stolicy Omanu. Już w trójkę, bo dołącza do nich koleżanka - Monika. - Odwiedziliśmy chyba wszystkie porty w tamtej okolicy. Okazało się, że na przełomie czerwca i lipca łódkami do Indii nikt nie pływa. Zbyt złe warunki. - Moja wina, bo powinienem to sprawdzić - bije się w pierś Patryk. - Szukaliśmy stopa na zwykłych statkach. Dostaliśmy się do miejsc, do których zwykli ludzie nie wchodzą. Prosiliśmy kapitanów, ale wszystko na nic. Mogliśmy płynąć do Chin, ale do Indii nie było się jak dostać - dodaje. Alternatywny plan też nie wypalił, bo nie do przejechania okazał się Pakistan. - W Iranie spotkaliśmy się z konsulem Polski i przy jego wsparciu liczyliśmy, że dostaniemy wizę do Pakistanu. Ale on kategorycznie stwierdził, że nic z tego. Pakistan jest obecnie zbyt niebezpieczny na taką jazdę - wyjaśnia Patryk.

 

A czas uciekał. Po dziewięciu dniach grupka podróżników poddała się. Znów musiała skorzystać z samolotu. Polecieli do Kochin na południu Indii. Stamtąd pociągami i stopem dostali się do Bombaju. Metę osiągnęli po 53 dniach.

 

- W Indiach widzieliśmy takie miejsca, że… Ludzie żyją wszędzie gdzie się da, na dworcach, chodnikach, ulicach i rynsztokach. Bieda jest ogromna i ogromnie dołująca. Ludzie leżą dosłownie wszędzie. Całe rodziny mieszkają pod folią. Na ulicy jedzą, myją się, po prostu żyją. Cały ich dobytek to to, co mają na sobie. A z drugiej strony ogromne bogactwo. Drapacze chmur, luksusowe samochody. Bieda i bogactwo z jednej strony się przenikają, a z drugiej to dwa odrębne światy. I jeszcze ten kompletny chaos. Wytrzymałem w Bombaju dwa dni i nie dałem rady dużej - opisuje swoje spotkanie z Bombajem Patryk.

 

Słoń na ulicy

Choć cel został osiągnięty, dla Patryka podróż się jeszcze nie skończyła. Mając kilka dni w zapasie wybrał się na Sri Lankę. - Niczego nie miałem ze sobą, tylko to co na sobie, bo mój bagaż w czasie lotu zaginął. Kupiłem sobie tylko dwie pary spodenek i dwie koszulki. I dało się przeżyć - mówi.

 

źródło: Instagram

 

Sri Lanka zrobiła na nim piorunujące wrażenie. - To wspaniałe miejsce na popływanie na „desce”. A do tego poznałem świetną ekipę. Codziennie deska, plaża, dobra zabawa. Co więcej trzeba? A i jeszcze dzika przyroda. Uwielbiam ją. Siedzisz np. w knajpie, a tu drogą przechodzi słoń. Innym razem gość, który zarabia jeżdżąc tuk-tukiem - to taka miejscowa taksówka - zaproponował, że pokaże nam dzikie zwierzęta. I pokazał krokodyle.

 

Z tej samej kategorii