Liczby w służbie klubów. Jak pracują statystycy siatkarscy?

Blok
 fot. Maciej Gocłoń  /  źródło: Pressfocus

Godzinami rozbierają każdą drużynę PlusLigi na czynniki pierwsze. Przyglądamy się pracy statystyków siatkarskich.

 

Siatkówka to jeden z najszybszych sportów drużynowych. Pojedynczy zawodnik nie może, jak w innych dyscyplinach, samodzielnie zrobić kilku rzeczy w jednej akcji – przyjąć piłki, wystawić ją i zaatakować. Zadanie komplikuje fakt, że na relatywnie małym boisku musi ze sobą ściśle współpracować sześciu zawodników. By się ze sobą nie zderzyć, są zmuszeni wypracować automatyzmy i dokładność, co do centymetra. Nic więc dziwnego, że tym sportem zawładnęli statystycy, którzy w skomplikowanych sekwencjach zagrań próbują zaprowadzić porządek. Każda drużyna najwyższej klasy rozgrywkowej ma dziś w sztabie szkoleniowym taką osobę. - W polskiej lidze od kilku lat jest taki wymóg. Modę na statystyków w sztabach wprowadził do Polski trener Raul Lozano, prowadząc reprezentację kraju - tłumaczy Tomasz Rakoczy, statystyk grającego w męskiej PlusLidze BBTS-u Bielsko-Biała. Jednak sprowadzenie tej pracy wyłącznie do liczb malowałoby niepełny obraz tego zawodu.

 

Pewne jest, że nikt nie wie o polskiej lidze tyle, ile właśnie statystycy. Ich praca w dużej mierze polega na nieustannym oglądaniu meczów. - Przed kolejnym spotkaniem musimy zebrać jak najwięcej materiałów o przeciwniku. Potrzebujemy do tego nagrań około pięciu ostatnich meczów rywali. Są one udostępniane na serwerze ligi, gdzie statystycy każdej drużyny wrzucają swoje spotkania. Oglądam je wszystkie po kilka razy, a także przystosowuję pliki ze statystykami - tzw. „scout” - do swojego systemu pracy. Dane z tych plików pobieram do przygotowanych przed sezonem arkuszy w programie Data Volley, które przypominają arkusz kalkulacyjny w Excelu. Oglądam rozgrywającego rywali oraz poszczególnych zawodników, jednocześnie analizując dane, które znalazły się w arkuszach - tłumaczy statystyk BBTS-u. Choć pod jego lupą znajduje się każdy siatkarz rywali, szczególną uwagę zwraca na rozgrywającego. - To pod niego ustala się taktykę, bo w każdej akcji dotyka piłkę. Patrzymy przykładowo na to, jak gra w poszczególnych ustawieniach, strefach, jak rozgrywa, zależnie od strefy, w której przyjmowana jest piłka, jak się zachowuje, jeśli środkowy biegnie przy nim, a jak w sytuacji, gdy idzie na przesuniętą krótką. Każdy wariant jest zsumowany. Na tej podstawie muszę wyciągnąć odpowiednie wnioski - zdradza.

 

Odbiorcami efektów analizy, zależnie od specyfiki sztabu, są trenerzy albo bezpośrednio siatkarze. - Na odprawie technicznej, w dniu meczu lub dzień przed nim, zawodnicy otrzymują wydrukowane plany gry. Znajdują się w nich najważniejsze informacje o przeciwniku - prawdopodobna wyjściowa szóstka rywali, strategia, czyli to, w jaki sposób gra rozgrywający, a także inne kluczowe informacje - kierunki ataków poszczególnych przeciwników i to, jak przy nich blokujemy i bronimy, kierunki zagrywek rywali. Niektórzy mają swoje ulubione kierunki zagrań, charakterystycznie nabiegają do ataku czy układają przy nich dłonie. Są tacy, którzy - mając piłkę wystawioną do antenki - atakują tylko po prostej, a gdy lekko „niedociągniętą”, po skosie. Musimy takie rzeczy zauważyć i przekazać zawodnikom wskazówki, które mogą im ułatwić grę - tłumaczy Rakoczy.

 

Przekazanie informacji to jedno, a praktyczne wykorzystanie ich podczas meczu co innego. Dlatego są zawodnicy, którzy sami dbają o swoje merytoryczne przygotowanie do najbliższego spotkania. - Niektórzy na kilka dni przed meczem przychodzą do nas i proszą o wideo, bo chcą wcześniej samodzielnie zobaczyć rywala i wychwycić jak najwięcej szczegółów, które przydadzą im się podczas meczu. Przyjmujący dostają często nagrania zagrywek przeciwnika, by wiedzieć, gdzie się ustawiać i jaki ruch robić, by oszukać rywala. Analizują, czy przeciwnik często zagrywa skróty. Są tacy, którzy po asie serwisowym zawsze grają skróty albo nigdy nie zagrywają do samej linii, dzięki czemu przyjmujący może się w ostatnim momencie przesunąć do przodu i być lepiej przygotowanym. Zwiększają w ten sposób szanse na dokładne przyjęcie. Przygotowujemy jednak zespół nie tylko indywidualnie. Pokazujemy też całej drużynie przykłady dziesięciu-piętnastu zagrań potwierdzających nasze wnioski, by je sobie utrwalili i zaufali nam, że to prawda. Pokazujemy też zwykle jeden wyjątek, ale skupiamy się na tendencji - podkreśla statystyk klubu z Bielska-Białej.

 

Takie przygotowanie jest niezbędne, bo siatkówka na wysokim poziomie jest zbyt szybka, by po prostu reagować na to, gdzie poleci piłka. Często trzeba przewidywać już przed zagraniem. - Czasem musimy iść w ciemno. To tzw. gra opcją - wybieramy jedną opcję, środkowy odpuszcza asekurowanie skrzydła, gdzie zostajemy z pojedynczym blokiem, bo wiemy, że jest - przykładowo - sześćdziesiąt procent prawdopodobieństwa, że piłka zostanie zagrana do środkowego. Drugi system to czytanie gry, czyli tzw. 'lettura' - nasz środkowy czeka do ostatniego momentu na ruch rozgrywającego rywali i dopiero wtedy podejmuje decyzję, co robić - zaznacza Rakoczy. Przygotowanie niezbędnych informacji przed najbliższym meczem zajmuje statystykom lwią część pracy.

 

Kibice widzą ich jednak zwykle podczas meczów, gdy nie siedzą na ławkach obok trenerów, ale z komputerami ustawionymi za boiskiem. W trakcie spotkania od statystyków wymagana jest niezwykła koncentracja na grze. Muszą bowiem zarejestrować i zapisać w specjalnym programie każde dotknięcie piłki po obu stronach siatki. - Oprócz tego opisuję specjalnymi kodami ruchy środkowych, każde rozegranie, atak, blok czy obronę. Mam na bieżąco połączenie z drugim trenerem, któremu przekazuję, czy nasza taktyka ma przełożenie na boisku. Może się czasem okazać, że rywale robią coś innego niż przewidywaliśmy i wtedy muszę szybko wyciągnąć wnioski, by móc ustalić nową strategię. Muszę też zauważyć, jak w poszczególnych ustawieniach zachowuje się rozgrywający, czy środkowy rywali czyta grę, czy gra opcją. Podpowiadam także, kiedy warto wziąć challenge. Analizuję również, jak wygląda nasze przyjęcie czy skuteczność ataku. Dzięki temu, trenerowi łatwiej podjąć decyzję o zmianach - wylicza Rakoczy. Wydaje się to niemożliwe do uchwycenia w ciągu kilku sekund przez jedną osobę. Analityk BBTS-u twierdzi jednak, że to wszystko da się zrobić. - Pomaga mi wykształcenie informatyczne i szybkie pisanie. Zawsze jednak mam też włączone nagranie meczu i do następnego dnia mam czas, by skorygować statystyki robione na żywo - podkreśla. Gdy to zrobi, praca nad przygotowaniem analizy kolejnego rywala, zaczyna się od nowa.

 

Biorąc pod uwagę fakt, że w bardzo podobny sposób działa, przed każdym meczem, szesnaście klubów, trudno w PlusLidze mówić o elemencie zaskoczenia. - Większość rozgrywa się na poziomie realizacji taktyki. Nie ma możliwości, by wszystko kompletnie się różniło. Zwłaszcza że korzystamy też z archiwów z poprzednich sezonów. Z każdym kolejnym rokiem znamy się coraz lepiej - uśmiecha się Rakoczy. Na dobrą sprawę jedynym, który może rywalom zgotować coś nieprzewidzianego, jest rozgrywający rywali. - Ci z górnej półki, jak Paweł Zagumny, Michal Masny, Benjamin Toniutti czy Paweł Woicki, sami ustalają plan własnej gry konkretnie pod danego przeciwnika, myślą taktycznie i potrafią wyprowadzać statystyków w pole, grając co innego niż w poprzednich meczach. Zdarzają się rozgrywający, którzy żartobliwie pytają trenerów rywali, co przygotowali na nich tym razem, a po meczu dopytują, czy się sprawdziło. Szukamy prawidłowości, ale nie jest nigdy powiedziane, że sprawdzi się to w stu procentach w konkretnym meczu - zaznacza statystyk.

 

Choć w każdym klubie osoba odpowiedzialna za analizę musi być, nie ma centralnych szkoleń czy licencji dla siatkarskich statystyków. - Trzeba się uczyć na własną rękę. Robią to głównie pasjonaci, byli zawodnicy, czy osoby, które od dziecka miały do czynienia z siatkówką, jak synowie trenerów - Iwo Wagner czy Jakub Krebok, gdy jeszcze był statystykiem. Wszyscy działamy głównie na programie włoskiej firmy Data Project, na którym opiera się 3/4 siatkarskiego świata. W kraju są przedstawiciele jej producenta i to oni najczęściej przeprowadzają szkolenia. Często też statystycy szkolą sobie pomocników w swoich klubach - tłumaczy Rakoczy. Dzięki temu każdy klub ma do dyspozycji fachowca, którego żmudna, rzadko zauważana praca, stoi za każdym wygranym meczem, setem, a nawet pojedynczą akcją.

 

Z tej samej kategorii