Bawcie się dobrze!

Salvador Hidalgo Oliva
 fot. Magda Kowolik  /  źródło: Pressfocus

W przeszłości w Jastrzębskim Węglu grało mnóstwo gwiazd. Rozmaitych Abramowów, Konstantinowów czy Kubiaków. Ale czy kiedykolwiek istniała drużyna, którą - bez wyjątków - dało się lubić? - pyta Jakub Kubielas.

Od dwóch dekad Jastrzębie-Zdrój jest ważnym miejscem na siatkarskiej mapie Polski. Ale kilkanaście miesięcy temu nad klubem zawisły czarne chmury i niewiele brakowało, aby hala przy al. Jana Pawła II stała pusta. Tymczasem dziś wypełni się ponownie. Do ostatniego miejsca. Nie można powiedzieć, że jak za dawnych lat, bo minęło raptem kilkanaście miesięcy, ale wszyscy zgromadzeni będą mieć świadomość, że to zło, które coraz głębiej zaglądało w oczy, odeszło. Przynajmniej na jakiś czas, a miejmy nadzieję, że na zawsze. Stało się tak dzięki władzom i pracownikom klubu, kibicom, ale przede wszystkim dzięki niezwykle fajnej grupie ludzi, ze skromnym Australijczykiem na czele. To on wyczarował z kapelusza Salvadora Hidalgo Olivę, którego pokochała całą PlusLiga. To Mark Lebedew zbudował drużynę, która zagra o medale, co niedawno wydawało się mało realne.


W przeszłości w Jastrzębskim Węglu grało mnóstwo gwiazd. Rozmaitych Abramowów, Konstantinowów czy Kubiaków. Ale czy kiedykolwiek istniała drużyna, którą - bez wyjątków - dało się lubić? To pytanie należy skierować do tych, którzy dziś stoją, jednakowo ubrani, za jedną z linii końcowych i dopingują zespół. Byli zawsze i pozostaną. Są wśród nich ludzie, którzy wraz z zespołem wykuwali złoto w 2004 roku, a ich głównym sprzymierzeńcem była ciasnota słynnej hali w Szerokiej. Kiedy kończyłem rozmowy z Maciejem Muzajem, a chwilę później z Kubą Popiwczakiem, widziałem w ich oczach błysk i pasję. I jako rodowity jastrzębianin życzę im jednego: - Panowie, cokolwiek się zdarzy, bawcie się dobrze.

Z tej samej kategorii