MKS Dąbrowa Górnicza nad przepaścią!

Czy są jakieś przesłanki, by siatkarki uratowały się przed degradacją? - Trzeba o tym zapomnieć i opracować plan naprawczy - twierdzi jeden z sympatyków siatkówki.

MKS Dabrowa Gornicza
 /  fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Zaledwie 4 punkty, 11 zdobytych setów i 39 straconych; na koncie 13 porażek i - niestety - końca nie widać - to szara rzeczywistość siatkarek MKS-u Dąbrowa Górnicza. Tegoroczny regulamin Ligi Siatkówki Kobiet jest dobrze znany: dwie ostatnie drużyny spadają, zaś dwie kolejne czekają baraże. Nikt nie ma wątpliwości, że zespół stanął nad przepaścią, bo - na tę chwilę - nie ma żadnych przesłanek, by sytuacja się poprawiła. Nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczaliśmy, że zagłębiowska ekipa będzie się tak prezentowała i stanie się głównym kandydatem do spadku.

 

Budowanie marki
Tak się składa, że mieliśmy okazję - przez wiele lat - śledzić budowanie zespołu na miarę najpierw I ligi, a potem na poziomie obecnej LSK oraz radować się z sukcesów. Z przyjemnością przychodziło się do nowo wybudowanej hali przy Alei Róż, a grono entuzjastów snuło plany na przyszłość. Nie, na pewno nie były to sny o potędze, bo nikt nie zdawał sobie sprawy, że nie tylko wybuchnie boom na siatkę pań, zaś późniejsze sukcesy przerosną najśmielsze oczekiwania. Dlaczego po latach prosperity notuje się taki bolesny spadek? Ba, może dojść do czarnego scenariusza, że po ewentualnej degradacji drużyna seniorek przestanie istnieć! Mieliśmy okazję spotkać się z wieloma rozmówcami, ale ani jeden z nich - jak na ironię losu - nie chciał się wypowiadać pod nazwiskiem. - Za długo żyję w tym mieście, by potem mnie wytykano palcem, że kalam własne gniazdo. A ponadto i tak wszystkie moje wypowiedzi będą wygładzone, bo na usta cisną się znacznie mocniejsze słowa - tłumaczy swoją anonimowość jeden z nich.
- Tworzyliśmy wspólnotę i wszyscy mieliśmy jeden cel: zbudować markę, którą będziemy mogli się pochwalić w kraju - dodaje po chwili i ciężko wzdycha. - Najłatwiej mieć bogatego sponsora, kupić miejsce w lidze (tak było z Treflem Sopot - przyp.red.), a potem - gdy zabraknie darczyńcy (najczęściej spółki skarbu państwa - przyp.red.) - zniknąć ze sportowej mapy. Na sukcesy pracowało wiele osób, na dodatek przez lata i towarzyszyła temu świetna atmosfera. Gdy awansowaliśmy na najwyższy szczebel, grało kilka wychowanek (m.in. Sieczka, Strasz czy Urban - przyp.red.), a teraz wystarczy spojrzeć na skład i widzimy pustkę. To wszystko brzmi jak truizm, ale tak właśnie było.

 

Kość niezgody
Pojawienie się sponsora sprawiło, że drużyna rosła w siłę i zaczęła odgrywać jedną z wiodących ról w ówczesnej Orlen Lidze. Na finiszu sezonu 2012/13 zabrakło zaledwie trzech, może czterech piłek (!) i zespół zdobyłby mistrzostwa Polski, a przecież nieco wcześniej dwa razy meldował się na podium. A ponadto dwa razy zdobył Puchar Polski i Superpuchar.
- Wbrew niektórym opiniom, nasz klubowy budżet nie należał do najwyższych w lidze. Był raczej na średnim poziomie - przekonuje kolejny rozmówca. Nadrzędnym zadaniem było stworzenie ekipy, która byłaby monolitem na parkiecie oraz poza nim. Może nie było gwiazd, ale dziewczyny ambitnie walczyły o każdy punkt. Atmosfera - to takie wyświechtane słowo - ale bez niej ani rusz.
Budżet był na tyle wysoki, że pozwalał sprowadzać zawodniczki z coraz bogatszym CV. O ile trener Waldemar Kawka miał wpływ na układanie kadry, to po jego odejściu więcej do powiedzenia mieli menedżerowie niż klubowi działacze. Ci pierwsi rozwodzili się nad cudownymi umiejętnościami zawodniczki, która lądowała w kwadracie dla rezerwowych lub też - o zgrozo - na trybunach, ze względu na kontuzję. Taka polityka kadrowa musiała przynieść opłakane skutki.

 

Odwrócenie zwrotnicy
Chaos decyzyjny, niezbyt roztropna polityka finansowa (delikatnie rzecz ujmując) oraz rosnące długi sprawiły, że siatkarska spółka ledwo dyszała. Już na finiszu rozgrywek prezes Robert Koćma zapowiedział szeroko idące zmiany, które miały uzdrowić klubowe finanse i pozwolić zespołowi przetrwać najtrudniejszy okres. - Jeżeli sprowadza się Kubankę, która wchodzi na dwie czy trzy zmiany w sezonie, to o czym to świadczy? Jeżeli sprowadza się Brazylijkę z potężną nadwagą, która nie potrafi się oderwać od parkietu, to o czym to świadczy? Jeżeli zupełnie nieprzygotowaną drużynę zgłasza się do Ligi Mistrzyń i pragnie się fruwać po Europie, to czym świadczy? Takie przykłady mógłbym mnożyć... A wszystko dowodzi niekompetencji prezesa klubu i koło się zamyka - irytuje się nasz rozmówca. - Prezes jest również winny, że kibice odwrócili się od siatkarek - dodaje na zakończenie rozmowy.
Odwrócenie zwrotnicy w drugim kierunku przyszło za późno. Stworzono zespół, który - tylko teoretycznie - dawał gwarancję gry o bezpieczne miejsce. Pierwsze niepowodzenia sprawiły, że zmieniono trenera. Magdalenę Śliwę zastąpił Andrzej Stelmach, ale i on nie odmienił drużyny. Czy są jakieś przesłanki, by siatkarki z Dąbrowy Górniczej uratowały się przed degradacją? - Trzeba o tym zapomnieć i zacząć myśleć o przyszłości. Jeżeli już teraz nie zbuduje się planu naprawczego, trzeba się zastanowić nad rozwiązaniem zespołu seniorskiego i zaczynać od najniższego szczebla rozgrywek, najlepiej z juniorkami.
A jak będzie? Tego nie wiemy. Jedno jest pewne - w poniedziałek siatkarki MKS-u rozegrają kolejny mecz ligowy. Tym razem z Piłą.

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Zatroskany kibicUżytkownik anonimowy
~Zatroskany kibic :
No photo~Zatroskany kibicUżytkownik anonimowy
Sama prawda. Wszyscy odeszli ( może przez prezesa ) a prezes trzyma się twardo.
29 sty 15:17
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii