Kamila Ganszczyk: Prowadzimy życie na walizkach!

Kamila Ganszczyk
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Siatkarki Tauronu MKS Dąbrowa znalazły się w oku siatkarskiego cyklonu, grając co trzy dni i na pewno odczuwając zmęczenie. Ciągle cieszą się z każdego zdobytego punktu, jak podczas ostatniego meczu Ligi Mistrzyń z Fenerbahce Stambułu. Czasami się budzę i zastanawiam się, jestem we własnym łóżku czy hotelowym - wyjawia Kamila Ganszczyk.

WŁODZIMIERZ SOWIŃSKI: Siatkarki ze Stambułu były zaskoczone waszą postawą. Podziela pani te opinię?
KAMILA GANSZCZYK: - Zespół z Turcji przybył do Dąbrowy Górniczej być może z przekonaniem, że będzie to mecz z serii godzina z prysznicem i do domu. My jednak z każdym przeciwnikiem walczymy o każdy punkt i seta. Ten wygrany z Fenerbahce nas ucieszył i... wywołał uczucie niedosytu. Szkoda nam bowiem pierwszej partii, którą też mogłyśmy wygrać. Mogłyśmy sprawić sobie oraz kibicom miłą niespodziankę. Ale przed nami runda rewanżowa i liczymy, że zapiszemy ją po stronie plusów.
W meczu Fenerbahce zanotowały panie mniej błędów własnych i gra była stabilniejsza.
KAMILA GANSZCZYK: - Zmęczenie sprawia, że nasza gra mocno faluje i zdajemy sobie z tego sprawę. Z Fenerbahce tych błędów było mniej, ale zanotowaliśmy pewien paradoks. W meczu w Łodzi miałyśmy statystyki po naszej stronie, niewymuszonych błędów było mniej, a przegrałyśmy z ŁKS. Trzeba przyznać, że ta drużyna wybitnie nam nie leży. I nie potrafię powiedzieć dlaczego. Widać po tej potyczce, że takie rzeczy się zdarzają.
Meczowa karuzela kręci się w zawrotnym tempie. Jak panie to wytrzymują?
KAMILA GANSZCZYK: - Oj pędzi, pędzi jak szalona (śmiech). Mecz ligowy gramy w niedzielę i stąd też po meczu z Fenerbahce dostałyśmy dzień wolnego. Co za rozkosz znaleźć we własnym mieszkaniu. Bo czasami się budzę i zastanawiam się, jestem we własnym łóżku czy hotelowym. To poważne obciążenia dla naszych organizmów, bo przecież jesteśmy kobietami, niektóre wysokimi, ale zawsze... Dużo znosimy i wytrzymujemy, ale dawka meczów jest końska. Do obciążenia fizycznego dochodzi również psychiczne. Siłownia, treningi w hali, podróże autokarowe lub samolotowe, mecz i powrót. Teraz przed nami w sobotę podróż do Torunia. Prowadzimy życie na walizkach, bo nie zdążymy się przepakować, a już trzeba ruszać dalej. Trzeba to jakoś wytrzymać.
Na dodatek po kwadracie rezerwowych waszej drużyny "hula wiatr".
KAMILA GANSZCZYK: - To prawda, trenujemy w mocno uszczuplonym gronie. Jednak, mamy nadzieję, że niedługo będzie nas więcej. Po operacji i rehabilitacji kolana ma wrócić Ania Miros. Jednak na Dominikę Sobolską musimy jeszcze poczekać, może na ligowy finisz zdąży. Mówiło się, że pozyskamy nową przyjmującą, ale na razie ani widu ani słychu.
Pytałem prezesa o ten transfer, ale przekonuje, że sprawa jest skomplikowana.
KAMILA GANSZCZYK: - Chyba trochę za późno na taki ruch transferowy, bo rynek jest mocno przebrany. Z tego co się orientuję poszukiwania przyjmującej były poza granicami naszego kraju, ale jak widać - na razie - bezskuteczne. Okno transferowe powoli dobiega końca i kto wie czy nie przyjdzie nam dokończyć sezonu w takim gronie, jak obecnie. Ta sytuacja wszystkim mocno doskwiera, bo nie mamy prawie żadnego pola manewru.
Cel chyba się nie zmienił, czyli gra w czołowej czwórce?
KAMILA GANSZCZYK: - Zbliża się najgorętszy okres w lidze i kto teraz będzie tracił punkty, to będzie miał pod górkę. Przed nami mecze z wymagającymi rywalkami i musimy być niezwykle skoncentrowane. Ciągle ten walkower z Rzeszowem odbija nam się czkawką. Ze swej strony mogę obiecać, że żadnego seta nie oddamy za darmo. Teraz musimy przywieźć punkty z Torunia, w środę zaś we Wrocławiu z Impelem gramy w ćwierćfinale Pucharu Polski. Dzieje się więc wiele.

 

Z tej samej kategorii