Niekończąca się przygoda Joanny Staniuchy-Szczurek

Joanna Staniucha-Szczurek i rodzina
 źródło: Materiał prasowy

Moje sportowe marzenia już się spełniły, pora więc na inne. Na przykład powiększenie rodziny. 5-letni Kuba powinien mieć brata lub siostrę. A potem? Kolejne zawodowe wyzwania... - wyznała siatkarka BKS PROFI CREDIT Bielsko-Biała, Joanna Staniucha-Szczurek, która w najbliższą niedzielę meczem z Toruniem kończy bogatą karierę.

Zaterkotał telefon: na wyświetlaczu pojawił się napis: Babcia. - Ucieszyłam się, że już nie będziesz grała w siatkę, może pomyślisz o powiększeniu rodziny? Chyba nie zamierzasz zmienić decyzji? - usłyszała nasza bohaterka zaniepokojony głos. A babcia, już uspokojona, snuła dalszą opowieść o rodzinie i większym gronie prawnuków. Tak mniej więcej mogła przebiegać rozmowa babci Marii (lat 85) z wnuczką Joanną Staniuchą-Szczurek, siatkarką BKS PROFI CREDIT Bielsko-Biała, która w niedzielnym meczu ligowym z Giacomini Budowlani Toruń po raz ostatni pojawi się na parkiecie. Jednak trudno przypuszczać, by z siatkówką wzięła rozbrat na stałe. Bo ona przecież towarzyszyła jej od kołyski. I nie ma w tym krzty przesady, bo...

 

Była skazana
Dom w rodzinnym Goleniowie był przesycony sportem. Mama Mirosława grała w siatkówkę, choć trudno powiedzieć, że profesjonalnie. Ale już tata Jan był trenerem tej dyscypliny, w tej więc sytuacji nie mogło być mowy o innym wyborze. Asia jako pierwsza złapała tego bakcyla, potem jej siostra Natalia i na końcu brat, Michał. Asia kończy karierę, Natalia jest na urlopie macierzyńskim i zajmuje się 3-miesięczną Emilką, zaś Michał sposobi do obrony pracy magisterskiej w gorzowskiej AWF i do pracy z najmłodszymi. Zresztą Jan, senior rodu, marzył, by któreś z dzieci przejęło po nim schedę trenerską w Goleniowie. Córki powychodziły za mąż i uwiły swoje gniazdka z dala od rodzinnego miasta, padło więc na Michała. Ten wcale się nie uskarża; przeciwnie - siatkówka przesłania mu świat.
Kiedyś tato zaprowadził Asię do sali gimnastycznej i już w niej została. Minęło 20 lat z okładem... - Nie przypuszczałem, że będę miała taką fajną przygodę, która - mam nadzieję - nie skończy się z chwilą niedzielnego pożegnania - śmieje się nasza bohaterka.

 

Płyną łzy
Asia od zawsze wyróżniała się wśród rówieśniczek. Nie tylko sprawnością fizyczną, ale również zmysłem i sprytem jakże potrzebnymi w sporcie. Jako 15-latka trafiła do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Sosnowcu-Milowicach. W 1996 roku w SMS-ie pojawiły się dziewczęta z dwóch roczników 1980 i 1981 r. W tym starszym m.in. Aleksandra Przybysz (dziś Jagieło), Izabela Bełcik czy Katarzyna Mroczkowska, zaś w młodszym, obok Asi Staniuchy, Katarzyna Biel (dziś Gajgał-Anioł) czy Sylwia Pycia. Z grupą młodszą pracowało małżeństwo Ryszarda i Krzysztof Leszczyńscy. Reprezentacja kadetek, składająca się w większości uczennic tych dwóch roczników, zdobyła brązowy medal na mistrzostwach Europy w 1997 roku w Czechach.
- Gdy w czasie ferii czy też przy innych okazjach pojawiałam się w domu, cieszyłam się na spotkanie z najbliższymi - wspomina „Stacha”, bo taki przydomek otrzymała, gdy tylko pojawiła się w SMS-ie. - A potem były łzy rozpaczy przy każdym rozstaniu. Gdy mama mnie odprowadzała na dworzec kolejowy, byłam zapłakana. To były bolesne rozstania. Dla 15-letniej dziewczyny taki wyjazd na drugi kraniec Polski był szokiem. Przy każdym przyjeździe ryczałam, ale potem pakowałam się i jechałam z powrotem. Wytrzymałam i dzięki temu zostałam siatkarką. Jak patrzę z perspektywy czasu, nie było żadnego odwrotu, siatkę miałam w genach...

 

Czas wyboru
SMS-u nie ukończyła, gdyż małżeństwo Leszczyńskich otrzymało ofertę pracy w BKS-ie Bielsko-Biała i namówiło Asię do przenosin na Podbeskidzie. Wówczas, jako 17-latka, nie przypuszczała, że właśnie z tym regionem zwiąże się już na dobre i złe. To tutaj zdobyła swoje dwa mistrzostwa kraju, Puchar Polski i debiutowała w reprezentacji kraju prowadzonej przez trenera Zbigniewa Krzyżanowskiego, późniejszego szkoleniowca m.in. BKS-u.
- Trochę się tego wszystkiego bałam, bo przecież znów musiałam wchodzić w nowe środowisko. Nie tylko sportowe, ale i szkolne, a matura była tuż, tuż - wspomina pierwsze kroki w Bielsku-Białej. - W tym klubie zawsze grało się o najwyższe cele. Pamiętam, jak za kadencji trenera Wiktora Kreboka zajęłyśmy 4. lokatę, to była „czarna rozpacz”. Trenera pożegnano, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienić środowiska. Osiem lat w jednym miejscu to spory szmat czasu i można popaść w rutynę, która nie sprzyja postępowi.

 

Dobry wybór
Waldemar Kawka, twórca siatkówki w Dąbrowie Górniczej, z roku na rok budował zespół, który – jak się później okazało – był jedną z głównych ligowych sił. Ba, otarł się o złoto, przegrywając finałową rywalizację z Atomem Treflem Sopot w niecodziennych okolicznościach. I to Kawka był sprawcą przenosin Asi.
- Kiedy otrzymałam propozycję z Dąbrowy Górniczej, miałam trochę wątpliwości, acz później transfer okazał się strzałem w „10”. Miałam szczęście, że trafiłam na trenera Kawkę i w ogóle - ludzi działających z pasją, głodnych sukcesu. Ten zespół był umiejętnie tworzony pod względem charakterów. To była grupa wojowniczek, która wychodziła na parkiet, obojętnie w jakiej konfiguracji personalnej, i walczyła do upadłego. O naszych sukcesach decydowały właśnie charaktery. I byłyśmy bardzo blisko złota... Kiedy poprosiłam o urlop macierzyński dąbrowscy działacze przystali na to bez chwili wahania. Po dzień dzisiejszy jestem im bardzo wdzięczna. Pomijając już to, że dla sportsmenki to niesłychanie trudny wybór, bo ciągle jesteśmy w biegu, żyjemy z dnia na dzień, a czas umyka błyskawicznie.
Zanim na świecie pojawił się Kuba, wcześniej w korytarzu siedział...

 

Ela – swatka
Mało kto wie, że urodziwa Asia miała grono swoich wielbicieli, ale do każdego z nich podchodziła z dystansem. Doszło nawet do tego, że koleżanki z drużyny mówiło pół żartem, pół serio: „Asiu, ty chyba nigdy nie znajdziesz męża, bo masz za duże wymagania”.
Aż pewnego razu w klubowym korytarzu pojawił się pewien przystojny młodzian. Wzajemna „lustracja wzrokowa” wypadła obiecująco. Tym sympatycznym młodym człowiekiem okazał się Wojciech Szczurek, piłkarz leczący kontuzję kolana u klubowej fizjoterapeutki, Elżbiety Handzlik.
- Kilka razy spotkaliśmy w korytarzu, ale nawet wówczas nie przypuszczałam, że Wojtek zostanie moim mężem - śmieje się „Stacha”. - Zapytałam Elę, co to za facet wysiaduje w korytarzu i dowiedziałam się, kto zacz.
W końcu poirytowana Ela, przy następnym naszym spotkaniu, powiedziała: „Spodziewaj się telefonu, podałam go Wojtkowi, strasznie już marudził”. Zadzwonił, pierwsza randka, kolejna i... został moim mężem. Dodaję: kochanym! Bo który z mężów zrezygnowałby ze swoich zawodowych ambicji, by zająć się małym zaledwie kilkumiesięcznym Kubą? Początkowo zastanawialiśmy się nad nianią, ale miałam wewnętrzne opory, by zatrudnić kogoś obcego. Wojtek z tej roli wywiązał się znakomicie i teraz szkoli synka na piłkarza. Mam nadzieję, że Kuba za parę lat świadomie wybierze ulubioną dziedzinę sportu, choć oczywiście nie mam nic przeciwko temu, by kopał w piłkę. Nie jesteśmy idealnym małżeństwem, mamy trudne charaktery, zdarzają się chmurne chwile; nawet czasami przechodzi burza z wyładowaniami. Ale potem jest dzień i znów jest super. W końcu jesteśmy ze sobą już prawie 14 lat, a od 11 lat małżeństwem.

 

Są pomysły
Nasza bohaterka zaliczyła 105 meczów w reprezentacji. Miała okazję pracować ze wspomnianym trenerem Krzyżanowskim, Marco Bonittą oraz Jerzym Matlakiem. Grała w mistrzostwach świata pod kierunkiem tego ostatniego.
- Cieszyła mnie gra w reprezentacji, nie stroniłam od zgrupowań i chciałam się wywiązać ze swojej roli jak najlepiej. Nie mam podstaw do żadnych kompleksów.
Największym jej sukcesem było jednak zdobycie z zespołem akademickim złota na Uniwersjadzie w Bangkoku w 2007 roku.
„Stacha” nosiła się z zamiarem zakończenia kariery już w poprzednim sezonie, będąc jeszcze w Dąbrowie Górniczej. Pojawiła się jednak propozycja z Bielska-Białej. Zgodziła się, ale to był już ten ostatni raz....
- Dla mnie siatkówka to jedna niekończąca się przygoda, więc moje pomysły na przyszłość z nią właśnie są związane. Ale najpierw kolejne macierzyństwo. Nasz 5-letni Kuba ma kuzynkę Emilkę, ale zapewne chciałby rodzeństwa. A potem pomyślę o kolejnych już zawodowych wyzwaniach...
Z karierą sportową „Stachy” wiążą się przyjaźnie - z Aleksandrą Jagiełą, Małgorzatą Lis czy Mariolą Wojtowicz. Serdeczne więzy utrzymuje także z wieloma innymi siatkarkami.
- Z Olą jesteśmy sąsiadkami, razem spacerowałyśmy, kiedy nasze pociechy, Kuba i Agnieszka, miały po kilka miesięcy. Ola gra jeszcze w Policach i w związku z tym nasz kontakt jest luźniejszy, ale niebawem przyjdzie do swojego rodzinnego domu.
No bo siatkarska rodzina zawsze trzyma się razem...

 

Z tej samej kategorii