Robert Lis: Musimy poprawić bicepsy

- Mamy drużynę z olbrzymim potencjałem, w dużej mierze opartą na młodych zawodniczkach. Za mniej więcej dwa, trzy lata ta reprezentacja okrzepnie i powinna być bardzo mocna - uważa trener MKS-u Selgros Lublin, który przez wiele lat grał we Francji.

Trening MKS Lublin
 fot. Wojciech Szubartowski  /  źródło: Pressfocus

TOMASZ MUCHA: Spotkał się pan z lubelskimi kadrowiczkami - Kingą Achruk, Joanną Drabik, Weroniką Gawlik - po powrocie z mistrzostw świata? Były bardzo zawiedzione?

ROBERT LIS: - Nie byłem w Niemczech, ale rozmawialiśmy zaraz po porażce z Węgrami, która ostatecznie zamknęła nam awans z grupy. Oczywiście, były bardzo rozczarowane, mocno trafione. Teraz dziewczyny trenują indywidualnie, a ja jestem w Cetniewie na kursie trenerskim mastercoach. Ale pewnie przyjdzie wkrótce czas, że porozmawiamy bardziej analitycznie o ich występach. Parę rzeczy było bardzo fajnych, widać naszą półroczną pracę, kilka rzeczy na pewno można poprawić, zwłaszcza w technice indywidualnej.

 

Po meczu z Angolą na twarzy Drabik malowały się wszystkie kolory tęczy i wróciła ze złamanym nosem. Kolejny kłopot dla pana przetrzebionej drużyny, bo przecież jesienią miał pan do dyspozycji siódemkę zawodniczek w polu?

ROBERT LIS: - Nie nazywajmy tego kontuzją, to raczej uraz. Oczywiście na początku serce zabiło mi mocniej, ale wszystko groźniej wyglądało niż jest naprawdę. Najważniejsze, że nie ma przemieszczenia kości, nie był potrzebny zabieg. Jestem dobrej myśli. Jeżeli nie będzie powikłań i wszystko szybko się zrośnie, to Asia już w styczniu na 98 procent będzie do gry.

 

Czy pozostałe zawodniczki z klubu miały obowiązek oglądać mistrzostwa?

ROBERT LIS: - Przymusu nie było, ale myślę, że na tyle na ile mogły, oglądały.

 

Co z pana perspektywy pokazał turniej w Niemczech? W jaką stronę podąża żeńska piłka ręczna?

ROBERT LIS: - Kobieca i męska piłka ręczna niewiele się różnią. Fundamentem jest obrona, nieprawdopodobnie twarda, ale to już było wiadomo od zawsze, nie jest odkrywcze. To jest fundament. Jeżeli chcesz osiągnąć sukces, obrona całej drużyny musi być bardzo mocna. Sposób rozegrania ataku, to już kwestia potencjału ludzkiego i wyboru odpowiedniej taktyki, która albo zdaje egzamin, albo nie.

 

Czego brakuje polskiej drużynie, która zajęła dopiero 17. miejsce w mistrzostwach?

ROBERT LIS: - Nie czuję się jeszcze na tyle kompetentny, żeby oceniać naszą reprezentację, pracuję z kobietami dopiero pół roku. Ale generalnie mamy zdecydowanie do poprawy atletykę, przygotowanie fizyczne i motorykę. Bicepsów Norweżek nie powstydziliby się mężczyźni, zachowując odpowiednie proporcje. Francuzki to z kolei siła ich multikulturowości, one po prostu są z natury sprawniejsze, szybsze, skoczniejsze, a Holenderki były wyższe od Norweżek, ale też wyrzeźbione. Za wszystkim stoi przygotowanie atletyczne. My pod tym względem jeszcze odstajemy.

 

Trener kadry nie zbuduje siły i motoryki w dwa tygodnie przed mistrzostwami, wiele zależy od was, trenerów klubowych...

ROBERT LIS: - Zgadza się, za siebie mogę powiedzieć, że dobrze współpracuję z selekcjonerem, jesteśmy w bieżącym, roboczym kontakcie. Jeżeli będę miał zalecenia indywidualnej pracy z którąś z zawodniczek, będę się stosował. Zresztą taka jest też moja filozofia trenerska, w której baza siłowa musi być duża, a obrona bardzo twarda. Staramy się to w klubie realizować.

 

Ale Polki nie potrafią wytrzymać dwóch mocnych spotkań dzień po dniu – po odprawieniu Szwedek, później czwartej drużyny globu, niespodziewanie przegrały z Czeszkami. Ile nas więc dzieli od czołówki?

ROBERT LIS: - Ja bym aż tak nie dramatyzował. Mamy naprawdę drużynę z olbrzymim potencjałem, w dużej mierze opartą na młodych zawodniczkach. W kadrze jest sporo dobrych zmienniczek, które z czasem nabiorą doświadczenia i ogrania. Za mniej więcej dwa, trzy lata ta reprezentacja okrzepnie i powinna być bardzo mocna. Ale czy tak będzie faktycznie, to już zupełnie inna rzecz.

 

Dla kogoś, tak jak pan, obeznanego z piłką ręczną nad Sekwaną wygrana francuskich piłkarek ręcznych w finale z Norwegią (23:21) zapewne nie była niespodzianką?

ROBERT LIS: - Z perspektywy jednego meczu to była niespodzianka, bo w przekroju całego turnieju Norweżki grały efektowniej, rozbijały kolejne rywalki kilkunastoma bramkami. Teraz można się wymądrzać, że w takim turnieju, nawet jak drużynie idzie, musi przyjść przynajmniej jeden słabszy mecz i Norweżkom trafił się taki akurat w finale. Ale nie ma co szukać przyczyn porażki faworytek w ich postawie.

 

To bardziej „trójkolorowe” wygrały niż Norweżki przegrały?

ROBERT LIS: - Francuzki zdobyły złoto dzięki fenomenalnej obronie. Doskonale wiedziały, że gdyby doszło do szybkiej nawalanki, nie miałyby ze Skandynawkami szans. Dlatego to one „zabiły mecz”, regulowały jego tempo, nie wdały się w wymianę ciosów, czym zniwelowały norweską dynamikę. Zupełnie zamknęły norweskie skrzydła, stawiając jednocześnie mur dla rozgrywających. Norweżki w całym turnieju grały głównie trójką na środku, Mork – Oftedal – Kristiansen, którym, mam wrażenie, w decydującym meczu zabrakło nieco sił. Gdy trener Francji Olivier Krumbholz w całym turnieju więcej rotował składem drugiej linii, miał do dyspozycji 6-7 rozgrywających.

 

Norweżki rzucały po 30 kilka bramek w turnieju, a w finale ledwie 21...

ROBERT LIS: - Nie chcę się wymądrzać, ale na 99 procent Krumbholz powiedział swoim zawodniczkom, że jeżeli pozwolimy Norweżkom przeprowadzić 60 akcji i rzucą z tego połowę, to nie mamy szans, ale jeżeli ograniczymy ich aktywność do 45 ataków, to nawet jak trafią te 20 parę razy, to już możemy wygrać. I tak było, a Francuzki grały długo, do pewnej piłki. Do tego doszła postawa bramkarek, Leynaud obroniła dwa rzuty karne, Darleux jednego. Norweskie bramki odbiły w sumie tylko 4 rzuty, a francuskie 11. Na tym poziomie te kilka piłek więcej robi różnicę.

Z tej samej kategorii