Piotr Przybecki: Byłem zaskoczony, ale zbudowany

Polska - Rumunia
 fot. Piotr Matusewicz  /  źródło: Pressfocus

Ja chcę tak grać - szybko, non stop do przodu. Każdy ma swój styl i podejście, ale innej drogi dla nas nie widzę - mówi trener reprezentacji mężczyzn i Orlenu Wisły Płock.

TOMASZ MUCHA: Zaraz po meczu z Rumunami, pierwszym wygranym w pana krótkiej pracy z reprezentacją (32:31), mówił pan, że chciałby się wyspać. To jak – nadrobił pan zaległości?

PIOTR PRZYBECKI: - No tak, ktoś sobie zażartował, nie było aż tak źle. Ale fakt, to był intensywny czas, bo wszystko się na siebie nałożyło – graliśmy finał Pucharu Polski z Vive, czekały nas finały superligi, a jednocześnie musiałem zdecydować, czy biorę kadrę. A potem zaraz zgrupowanie reprezentacji, turniej w Norwegii, a następnie mecze z Serbią i Rumunią. To wszystko zajmowało głowę. Dużo zajęć, dużo rozmów, ale też wielka przyjemność.

 

Więc zarywał pan noce, czy jednak wstawał skoro świt?

PIOTR PRZYBECKI: - W różnych porach rozmawialiśmy razem z moimi współpracownikami, Pawłem Nochem, Sławkiem Szmalem i Łukaszem Piwkowskim, trenerem przygotowania motorycznego. Nic nowego, wszyscy tak robią. W Norwegii zagraliśmy z fajnymi, mocnymi drużynami (Szwecją, Islandią, Norwegią - przyp. red.) i poza boiskiem chciałem wykorzystać ten czas na wymianę doświadczeń. A tam na ławkach sami moi znajomi praktycznie w każdym zespole. To było miłe, a że dawno się nie widzieliśmy, więc było o czym gadać.

 

Z kim najciekawiej?

PIOTR PRZYBECKI: - Przez długie lata grałem z Borge Lundem, w Norwegii teraz drugim trenerem, a z pierwszym, Christianem Berge, rywalizowałem, gdy grał we Flensburgu. Z kolei z trenerem bramkarzy Steinarem Ege bardzo dobrze się znamy, to mój rocznik, też graliśmy razem. Na ławce Szwedów siedział Martin Boquist, z którym występowałem w THW Kiel, z ich trenerem bramkarzy też się dobrze znam, to wszystko ludzie z mojej generacji. Tak mógłbym wymieniać dalej.

 

Ale Norwegowie potraktowali pana bardzo serio i dostaliśmy straszne baty - aż 22:41...

PIOTR PRZYBECKI: - Trudno, wiedziałem, że to będą bolesne doświadczenia, trzeba było to wziąć na karb tego, że to był turniej. Dałem pograć wszystkim, których zabrałem, nie mogłem żyłować składu, pamiętając, że za cztery dni gramy eliminacyjny mecz w Serbii. A nie mamy jeszcze na każdej pozycji tylu zawodników, żeby po rezygnacji dotychczasowych gwiazd nie spadł poziom gry. Ciężko pracowaliśmy jak na koniec sezonu - na zgrupowaniu we Władysławowie trenowaliśmy dużo atletycznie, a już w Norwegii po dwóch pierwszych meczach, nawet jak w sobotę nie graliśmy, to mieliśmy dwa treningi.

 

Po meczu z Rumunami przyznał pan jednak, że w drugiej połowie z każdą minutą zespół gasł. Trener żeńskiej reprezentacji Leszek Krowicki też podkreślał, jak w eliminacyjnym dwumeczu o mistrzostwa świata Rosjanki fizycznie zdominowały jego zawodniczki. O co w tym chodzi?

PIOTR PRZYBECKI: - Może i trenujemy dużo, ale pytanie, jak efektywnie. Podam przykład - w Norwegii na prawym rozegraniu grał Magnus Roed, 20-latek, który na tle rówieśników z Polski wygląda jak atleta. Haruje w obronie, potrafi pobiec do kontry i po 20 minutach nie widać po nim, że ledwo dycha. Ja akurat wiem, jak pracują Norwegowie, bo z połową grałem w Bundeslidze. Ale chciałem, żeby zobaczyli to jeszcze nasi kadrowicze. To bardzo cenne, bo inaczej zobaczyć coś na własne oczy, czegoś dotknąć, a inaczej gdy tylko się mówi i potem chce wymagać.

 

Przecieramy oczy? Aż tak odstajemy od Europy?

PIOTR PRZYBECKI: - Przygotowanie atletyczne, a więc dynamika, siła, szybkość to fundament. Nie da się go wypracować w miesiąc czy dwa, ale bez niego dziś nie ma sukcesu. To się u nas poprawia, ale wymaga systematyczności i efektywności. Mówimy nie o jednostkach, ale o przekroju zawodników, nie tylko w piłce ręcznej. Wziąłem do sztabu chłopaka, z którym przez dwa lata współpracowałem w Śląsku Wrocław. Chcemy zawodników monitorować, zachęcać. Wyciągamy do nich rękę, ale oni muszą też dać coś od siebie, sami chcieć, żeby swój poziom podnosić. Nie chcę ingerować w pracę trenerów klubowych, ale chcę dodać coś od siebie. Sama nazwa „reprezentant” też powinna zobowiązywać.

 

Proszę szczerze – pan nie był zaskoczony, że po rekordowej porażce z Norwegią, cztery dni później drużyna w eliminacyjnym meczu nagle przejdzie taką metamorfozę i omal nie wygra z Serbią (skończyło się remisem 34:34)?

PIOTR PRZYBECKI: - Zawsze się wierzy w swój zespół, ale faktycznie, trochę byłem zaskoczony, jak to fajnie wyszło. Umówmy się, polska superliga to jeszcze nie jest poziom międzynarodowy, pewne nawyki, jak choćby w sposobie poruszania się po boisku, musimy dopiero wypracować. Ale zagraliśmy dwa mecze w takim samym stylu – non stop do przodu, każdą możliwą akcję. Chcieliśmy wyzwolić w zawodnikach nawyk pójścia do kontry po każdej obronionej piłce lub nawet po straconej bramce. I to się udało. Zdobyliśmy bardzo dużo szybkich, stosunkowo prostych bramek - choć łatwych pozornie, bo wymagały dużo zdrowia, siły i biegania tam, gdzie przeciwnik źle zmienia.

 

Ale jedno to narysować i poćwiczyć na treningu, a drugie to zrobić w ważnym meczu i to w tak gorącej – dosłownie - hali, jak ta w Niszu.

PIOTR PRZYBECKI: - To prawda, tam był siwy dym przecież. Dla tych młodych chłopaków nie mogło być lepszego startu - ja bym też tak chciał, być młody, grać jak równy z równym na Bałkanach i mieć piłkę w kontrze na zwycięstwo. A nam przecież na dodatek z powodu kontuzji wypadło pięciu graczy - bracia Gębalowie, Michał Daszek, Paweł Paczkowski, Marek Daćko. Świadomość, że potrafimy podołać, była chyba najważniejsza - to było widać na twarzach tych chłopaków. Z boku patrząc, bardzo mnie to budowało.

 

Polska reprezentacja kojarzyła się ostatnio z mozolnym i powtarzanym do znudzenia podawaniem piłki wszerz boiska. Mecze z Serbią i Rumunią to była zupełnie inna gra - szybko do przodu, nie nadążali nie tylko rywale, ale też operatorzy kamer. Tak Polska ma teraz grać?

PIOTR PRZYBECKI: - Ja tak chcę grać, tak staramy się w Płocku, w miarę możliwości oczywiście. Każdy ma swój styl i podejście, ale ja innej drogi nie widzę. Oczywiście, fajnie się mówi, bo nie zawsze tak się da "na hurra!", wiele zależy od przeciwnika. Patrząc na Norwegów, oni zawsze tak biegają - mają we krwi, że każdą piłkę pchają do przodu. Wracamy do tego, o czym mówiliśmy - taka gra wymaga żelaznego przygotowania i siły. Norwescy skrzydłowi – Jondal i Bjoernsen – grają przez 60 minut w całym turnieju. Proszę więc sobie wyobrazić, jaką muszą mieć wytrzymałość.

 

Nas jeszcze na to nie stać?

PIOTR PRZYBECKI: - Ale do tego trzeba dążyć. Taki Arek Moryto, 19 lat, przy kontuzji Michała Daszka, wytrzymał na prawym skrzydle obydwa mecze. Fakt, faktem, że pod koniec z Rumunią łapały go już skurcze, podobnie zresztą jak Rafała Przybylskiego, ale i tak wypadli ponadprzeciętnie. Problem w tym, że nasi zawodnicy są na różnym poziomie, który trzeba wyrównywać.

 

Wracając do momentu wyboru pana na selekcjonera po rezygnacji Tałanta Dujszebajewa. Nie żachnął się pan w duszy – było mi dać kadrę rok temu, a teraz prosicie, jak już wszystko pozamiatane i nie ma szans na awans?!

PIOTR PRZYBECKI: - No co ja mam panu powiedzieć? Tak po ludzku to gdzieś tam przez chwilę z tyłu głowy pewnie tak, ale szybko to wyparłem. Po pierwsze, to było wyzwanie i propozycja z tych najważniejszych i nie do odrzucenia, a po drugie trzeba było podjąć szybką decyzję, a nie zastanawiać się, „co by było gdyby”. Problemem było, że ja dopiero od roku pracuję w Płocku i jak to wszystko poukładać. Są też własne zdrowie, rodzina - to są koszty.

 

Pomimo obiecującego początku, czeka pana z kadrą dużo pracy. Tymczasem przez najbliższe dwa lata i czas umowy w Płocku zamierza pan jednak godzić pracę w Orlen Wiśle. Więc chyba musi pan założyć częstsze braki snu...

PIOTR PRZYBECKI: - No tak, zatoczyliśmy koło w tej rozmowie. Trzeba to jakoś poukładać i rozłożyć pracę na więcej barków, bo sam nikt tego nie uciągnie. Na pewno to nie będzie proste, na szczęście są ludzie, którzy mi pomogą i w klubie, i w kadrze.

 

Nareszcie czas na odpoczynek?

PIOTR PRZYBECKI: - Jeszcze nie, czekają mnie rozmowy w Płocku w klubie, musimy poukładać drużynę. Może za kilka, kilkanaście dni uda się odpocząć, tradycyjnie wyjechać na Majorkę do starego znajomego z Niemiec. Mała wioska, dwie ulice, jakiś fort i to wszystko. Tam się zaszywamy, wynajmujemy samochód i nas nie ma.

Z tej samej kategorii