Leszek Krowicki: Jak zdradziłem dziennikarstwo

Gdy przeczytałem artykuł podpisany moim imieniem i nazwiskiem, którego nie napisałem, to był jasny sygnał. Propozycja objęcia zespołu w ekstraklasie była dla mnie zbawieniem - opowiada selekcjoner żeńskiej reprezentacji Polski, który dziś kończy 60 lat. Dziś pierwsza część rozmowy.

Polska - Rosja (Poland - Russia)
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Tomasz MUCHA: Będzie świętowanie?

Leszek KROWICKI: - Nie planuję żadnej fety, nie chcę, może na osiemdziesiątkę... Ale wyskoczymy z żoną do jakiejś dobrej knajpki w Oldenburgu wieczorem. Cztery dni później przylatuje córka, która mieszka w Ameryce z dzieckiem i mężem, a w weekend zawitają syn z rodziną, którzy mieszkają niedaleko, w Hamburgu, więc pewnie będzie okazja do jakiegoś skromnego świętowania. Teraz nie ma czasu na więcej, wkrótce przyjeżdżamy do Polski i rozpoczynamy przygotowania do udziału w mistrzostwach świata. A w innym terminie być może wybierzemy się z żoną na jakiś fajny urlop z tej okazji.

 

Czy zmiana „kodu” z piątki na szóstkę coś zmienia?

Leszek KROWICKI: - Może to zabrzmi śmiesznie, ale wciąż czuję się młody, pełen zapału, energii. Pewnie dzięki temu, że wybrałem sobie zawód, który pozwala mi wciąż pracować z czynnymi sportowcami, młodymi ludźmi, a nie moimi rówieśnikami. Ten kontakt sprawia, że człowiek nie czuje się stary. Pamiętam moją babcię, która w moim wieku chodziła o lasce, ciągle zgarbiona, w płaszczu do kolan bez względu na to, czy było zimno, czy ciepło. Nie wyobrażałem sobie nigdy, że jako 60-latek wciąż będę biegał za piłką. A jednak wciąż czuję się na siłach.

 

Cofnijmy się do czasów „słusznie minionych”, kiedy wcale nie było tak oczywiste, że Leszek Krowicki 30 lat później będzie uznanym trenerem. Są wczesne lata 80. i mistrzostwa Polski dziennikarzy w Opolu. W redakcji krążą o turnieju legendy...

Leszek KROWICKI: - Oczywiście! Drużyna dziennikarzy z Gdańska została mistrzem, a ja, dziennikarz „Wieczoru Wybrzeża”, w finale na pewno strzeliłem bramkę, a chyba nawet więcej niż jedną.

 

Lubił pan pokopać?

Leszek KROWICKI: - Chyba wszyscy lubią. Piłka nożna to ulubiony sport piłkarek i piłkarzy ręcznych. Gdyby pan zapytał moje dziewczyny z reprezentacji, co chcą robić na rozgrzewce, to jednogłośnie odpowiedziałyby, że grać w nogę. Zresztą bawią się ze mną i przekupują mnie tortami albo cukierkami. Kiedyś wymalowały piękny plakat w autobusie, jak to mnie kochają i żebym zwrócił uwagę, że same też chcą być kochane, a w związku z tym chcą grać w piłkę nożną. W Niemczech dziewczyny tak samo. Gdy grałem w Wybrzeżu Gdańsk, przychodziliśmy celowo wcześniej na trening, żeby pobiegać za piłką i gdy przychodził trener, byliśmy już w ruchu. Śmieszy mnie, jak niektórzy trenerzy mówią, że „u mnie w piłkę nożną to się nie gra”. Ja nie widzę w tym niczego złego, u mnie się kopie, i to dużo, sam kopałem chętnie, choć nie byłem wielkim „grojkiem”.

 

Pamięta pan swój pierwszy artykuł?

Leszek KROWICKI: - To chyba była relacja z meczu Wybrzeża właśnie...

 

Grał pan w Wybrzeżu i jednocześnie pisał o swojej drużynie?! Podpisany własnym nazwiskiem?

Leszek KROWICKI: - Nie, broń Boże! Ale potem już tak - albo inicjałami, albo jakimś skrótem. Z „Wieczorem”, jako popołudniówką, często przyjeżdżało się na trening i dyskutowaliśmy o tym, co było napisane. Koledzy jakiś czas nie wiedzieli, że to ja jestem autorem, dopiero po jakimś czasie, gdy już podpisywałem się z nazwiska, skojarzyli. Starałem się być bardziej informatorem niż komentatorem, o kolegach pozytywnie, a jeżeli komuś coś nie wyszło, to raczej się o tym nie wspominało. Inna rzecz, że Wybrzeże było wtedy zespołem dominującym w kraju, więc to było pisanie o zwycięstwach.

 

To wtedy pojawiła się „Krowa”?

Leszek KROWICKI: - Wcześniej, tak nazywano mnie już w szkole i wśród przyjaciół. Na mojego ojca też zawsze mówili „Krowa”. Ja nie lubiłem jej jako pędrak, ale gdy już stałem się dorosły, pogodziłem się z nią, ha ha! W drużynie mówili na mnie Leon. Było kilku Leszków, a przez jakiś czas trenował nas pan Leon Wallerand i kiedyś do mnie też przylgnęło Leon.

 

Skąd w ogóle to pana dziennikarstwo?

Leszek KROWICKI: - Ktoś kiedyś powiedział, że mam lekkie pióro. Nigdy nie miałem problemów z pisaniem, lubiłem, w szkole też. Dostawałem zawsze dwie oceny – jedną za to, co napisałem, a drugą za błędy ortograficzne, których robiłem co niemiara. Dziennikarstwo to było świetne hobby, w sumie trwało prawie 10 lat. Pisałem też dla krakowskiego „Tempa”, w 1986 roku wysłano mnie nawet jako korespondenta na mistrzostwa świata mężczyzn do Szwajcarii. To było kapitalne zajęcie i niezły sposób na zarabianie. Moi koledzy na studiach tyrali po nocach w stoczni, a ja chodziłem do redakcji, jeździłem na mecze w różne ciekawe miejsca i dostawałem za to całkiem przyzwoite pieniądze. Jak skończyłem grać w piłkę ręczną długo nie mogłem się zdecydować, w którą stronę pójść. Po okresie współpracy dostałem etat w „Wieczorze Wybrzeża”. Ale trwało to tylko kilka miesięcy, bo w wieku 28 lat dostałem propozycję pracy z żeńską drużyną Startu Gdańsk. I wróciłem do tego, co chyba było mi przeznaczone. Związana jest z tym trochę śmieszna historia...

 

Z tej samej kategorii