Wojciech Nowiński: Gdzie tam nam do Hiszpanii...

Rozmowa z Wojciechem Nowińskim, trenerem i ekspertem telewizyjnym

Hiszpania - Szwecja
 źródło: Pressfocus

Zbigniew CIEŃCIAŁA: Gdyby przed najważniejszymi meczami zakończonego w niedzielę w Chorwacji turnieju o mistrzostwo Europy wytypowano Francję i Danię, to większość stwierdziłaby, że jest to para, która powalczy o złoto. Piłka ręczna, jak i sport w ogóle, jest nieprzewidywalna, więc w finale w Zagrzebiu spotkały się reprezentacje Hiszpanii i Szwecji, zaś Francuzi z Duńczykami zagrali o najniższy stopień podium.

Wojciech NOWIŃKI: - Zgadza się, zestaw finałowy był niespodzianką. O ile bowiem Hiszpanie byli jednym z faworytów turnieju, choć może nie głównym, to Szwedzi typowani byli na pierwszą szóstkę, może ósemkę, tymczasem ich miejsce w finale było wielką niespodzianką. Tym bardziej, że w trakcie turnieju kontuzjowanych zostało dwóch prawych rozgrywających, a potem zachorował jeszcze jeden z zawodników. I bez trzech podstawowych graczy, z jednym tylko rozgrywającym, Szwedzi ograli w półfinale Duńczyków i dzielnie stawiali czoła Hiszpanom w finale. To duże zaskoczenie i wielkie brawa dla nich.

 

Czym Hiszpanie zdominowali Europę?
Wojciech NOWIŃKI: - Mieli dziesięciu zawodników, którzy rozegrali ponad sto meczów w reprezentacji, więc kiedy, jak nie teraz? Oni wykorzystali to doświadczenie, ale najbardziej zaimponowało mi ich przygotowanie fizyczne. Nie było w ogóle widać po nich zmęczenia. Najlepsze mecze rozgrywali pod koniec turnieju. W walce o półfinał pokonali Niemców, o finał Francuzów, o złoto Szwedów. Takie rozkręcanie się z meczu na mecz budzi respekt i świadczy o wielkiej klasie.


Rozczarowanie mistrzostw numer jeden, to pewnie mistrzowie świata znad Sekwany.
Wojciech NOWIŃKI: - Na ich nieszczęście rozegrali jedno słabsze spotkanie i to wystarczyło, by nie zagrać o złoto. Wcześniej wygrywali wszystko pewnie i bezdyskusyjnie. I tylko ta jedna wpadka... Ale cieszyli się bardzo z brązu, co widać było podczas ceremonii dekoracji. W przeciwieństwie do najbardziej smutnego teamu na świecie - Szwedzi stali na „pudle” ze zwieszonymi głowami, jakby zajęli czwarte miejsce. Nie docierało do nich, że są aż srebrnymi medalistami.

 

Sfrustrowani byli także Duńczycy.
Wojciech NOWIŃKI:- To największa porażka turnieju. Mając w składzie doskonałych zawodników, gwiazdy europejskiego handballu grające w najlepszych europejskich klubach, uczestnikach Ligi Mistrzów, z Mikkelem Hansenem na czele, to możemy mówić o zawodzie. Mam jeszcze w zanadrzu dwa kolejne wielkie rozczarowania.

 

Mianowicie?
Wojciech NOWIŃKI:- Chorwacja. Gospodarze liczyli na medal. Po to zatrudnili znakomitego trenera Lino Cervara, ściągnęli doświadczonego Igora Voriego, Marko Kopljara, a nie sięgnęli po medal u siebie. Zadecydowała grupowa porażka ze Szwecją, która zamknęła im drogę do półfinału, a Skandynawom otwarła. To była katastrofa. Podobnie Niemcy. Zmienili trenera, dokonali wielu roszad w kadrze - wszystko bez efektów. W Niemczech przelała się ogromna fala krytyki i słusznie.

 

Jakie nowinki taktyczne zapamięta pan z tych mistrzostw?
Wojciech NOWIŃKI:- W momencie, gdy zespół ma karę, to bramkarz schodzi z parkietu i gra się sześciu na sześciu. Wszystkie zespoły tak grały, zmieniały bramkarza na zawodnika. Druga sprawa - coraz częściej wprowadza się do gry dodatkowego zawodnika nie tylko w sytuacji, gdy goni się wynik. Wtedy gra się siedmiu na sześciu. Jak na razie - według mnie - taka sytuacja nie przynosi oszałamiających efektów, ale tych prób jest coraz więcej. Wreszcie reprezentacje zaczynają stosować to, co do tej pory w większości robiono w klubach - np. w THW Kiel - czyli gdy normalnie w przewadze grało się sześciu na pięciu, teraz wycofuje się bramkarza i gra siedmiu na pięciu. To moim zdaniem ciekawa innowacja taktyczna.

 

Na tle najlepszych teamów ME, można pokusić się o ich porównanie z aktualną reprezentacją Polski, która nie sprostała niedawno Portugalii w prekwalifikacjach przyszłorocznych MŚ?
Wojciech NOWIŃKI:- Ci, którzy trochę się znają na handballu, wiedzieli, że czeka nas trudne zadanie z Portugalią, a szanse na awans oceniali 50 na 50. Szkoda jednak, że gdy mecz z Portugalczykami nam się już ułożył i mieliśmy sytuacje na trzybramkowy odjazd, straciliśmy na własne życzenie przewagę. Stąd tak wielka gorycz. No cóż, poziom reprezentacji jest taki, jak poszczególnych zawodników. Jeszcze niedawno mieliśmy w drużynie narodowej światowe gwiazdy wybierane do All Stars.

 

Dziś ze średnich zawodników nie będzie gwiazd.
Wojciech NOWIŃKI:- Nie zanosi się na to. Z całym szacunkiem za dokonania dla Wyszomirskiego, Chrapkowskiego, Gieraka, Gębali - nie biją się o nich najlepsze europejskie kluby z Ligi Mistrzów. Wydawało się, że grający w Barcelonie Syprzak, dziś najbardziej rozpoznawalny z naszych zawodników, pociągnie reprezentację, ale on gra na pozycji, która wymaga dogrywania piłek, a kto mu je ma podać? Dlatego ten atut jest niewykorzystany. Mamy też silniejszą pierwszą linię, niż drugą. Z tyłu nie mamy żadnego pola manewru. A przecież trener Piotr Przybecki wybrał najlepszych zawodników w kraju.

 

Coś jeszcze można zrobić na tym bezrybiu?
Wojciech NOWIŃKI:- Skoro indywidualnie mamy problemy, to kierunkiem jest stworzenie kolektywu opartego na grze kombinacyjnej. Oczywiście to kwestia czasu i organizacji, ale tylko stwarzając coś takiego, możemy być groźni jako zespół. To mój punkt widzenia.

 

Żal ściskał serce, gdy widziało się w najlepszych reprezentacjach 37-38-letnie gwiazdy, wciąż oddające umiejętności i serducho drużynie narodowej. Tymczasem z gry w biało-czerwonych barwach zrezygnowali nawet młodsi, ale uznani zawodnicy.
Wojciech NOWIŃKI:- To osobny temat. Jesteśmy takim krajem, gdzie nad dobrem reprezentacji przeważyły indywidualne decyzje. Przecież można było powiedzieć, że czuję się już zmęczony, zdrowie nie to, ale jak będzie taka potrzeba, jak chociażby mecz z Portugalią, to jeszcze pomogę reprezentacji. Tak się nie stało, a ja nie chcę wchodzić w jakąkolwiek polemikę.

 

Ale po nieszczęsnym remisie z Portugalią nie zostawiono suchej nitki na szkoleniu w Polsce. Zgadza się pan, że to główna przyczyna niemocy polskiej piłki ręcznej?
Wojciech NOWIŃKI:-Mam po prostu dosyć, gdy słyszę o słabym szkoleniu w Polsce. Nagle uaktywniło się tysiąc ekspertów od szkolenia. A ja zapytam kogo mamy trenować? Kogo szkolić? Jeśli w wojewódzkich ośrodkach są raptem jeden, dwa zespoły, to kogo szkolić - zawodników, a może trenerów? Prawda jest taka, że mamy bardzo dobrych trenerów, superwykształconych, odpowiednio wyedukowanych, ale nie mamy zawodników.

 

Akcje „Handbal na Orlikach”, „Szczypiorniak w szkołach” tej popularyzacji miały właśnie służyć. Nie przyniosły liczby o jakiej marzyliśmy. O ile jeszcze mamy dzieci chętne do piłki ręcznej, to potem je tracimy w juniorach młodszych i dalej.
Wojciech NOWIŃKI:-Piramida robi się coraz węższa. Masakra. Na tym etapie nie możemy już robić selekcji, tylko musimy brać tych, którzy są. Może przerysowuję, ale szukanie zawodników powinno być oparte o kluby, a nie Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Na całym świecie szkolenie i selekcja są oparte o kluby, tymczasem okazuje się, że połowa klubów PGNiG Superligi nie spełnia kryteriów, bo nie prowadzi szkolenia!

 

Otwiera pan puszkę Pandory...
Wojciech NOWIŃKI:- Z pełną świadomością mówię to, co mówię. Po to, byśmy zastanowili się nad tym, co dzieje się w klubach. Zastanowili się, co trzeba zrobić, by przyciągnąć dzieci do piłki ręcznej. Bez tego nie będzie przyszłości.

 

Z tej samej kategorii