Pożegnać się zwycięstwem

W gdańskiej Ergo Arenie biało-czerwoni kończą nieudane eliminacje mistrzostw Europy 2018. - Nie mamy szans na awans, ale chcemy wreszcie wygrać - zapewnił trener biało-czerwonych Piotr Przybecki.

POLSKA - RUMUNIA
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Po remisie Polaków z Serbią i porażce Rumunów z Białorusią obaj rywale gdańskiej konfrontacji nie mają już o co walczyć, jeśli chodzi o kwestię awansu do chorwackich finałów. Z zespołów z trzecich miejsc na Euro pojedzie ten z najlepszym bilansem i praktycznie pewne jest, że taka ekipa zgromadzi 3 punkty w starciach z dwoma lepszymi rywalami w grupie (mecze z czwartym zespołem się nie liczą). Rumuni i Polacy mają tylko po 2 pkt w takiej klasyfikacji.

 

Wreszcie w domu
Nie oznacza to jednak, że będzie to mecz przyjaźni z wynikiem obojętnym dla wszystkich. Dotyczy to zwłaszcza biało-czerwonych. Ekipa trenera Piotra Przybeckiego po sensacyjnym remisie z Serbią (bo to nie była tylko niespodzianka, lecz właśnie sensacja) musi udowodnić, że w Niszu nie doszło do jakiegoś wybryku natury, lecz do narodzin nowej, walecznej reprezentacji Polski.
Kolejnym ważnym argumentem przemawiającym za walką do upadłego o zwycięstwo jest debiut tej drużyny przed własną publicznością. To samo odnosi się rzecz jasna do Przybeckiego. Po czterech czerwcowych meczach wyjazdowych Polacy wreszcie zagrają w domu i powinni wykorzystać nadarzającą się okazję na pierwsze zwycięstwo.

 

Nie będzie kompletu
Pierwsze nie tylko pod wodzą nowego selekcjonera, ale także w ogóle w tych eliminacjach – po dwóch porażkach i dwóch remisach. Pora też przywrócić miano szczęśliwej Ergo Arenie, w której po pięciu zwycięstwach z rzędu w meczu o punkty przegraliśmy w listopadzie z Serbami.
Wiadomo na pewno, że trójmiejska hala się w niedzielę nie wypełni. - Sprzedaż biletów przebiega przeciętnie. Nie mogę powiedzieć ile poszło do tej pory, ale spodziewamy się około sześciu tysięcy widzów. Na pewno nie będą udostępnione najwyższe kondygnacje trybun - mówi Arkadiusz Jagodziński z Ergo Areny. Okazało się, że pomimo dobrej gry Polaków w Serbii sprzedaż wejściówek nie ruszyła z kopyta.

 

Robota dla rezerwowych
Z pewnością trener Rumunów Xavi Pascual będzie musiał zapoznać się z nazwiskami Polaków, o których nigdy w życiu nie słyszał, jak Michał Potoczny, Marek Szpera czy Adrian Kondratiuk. Zresztą o czym my w ogóle mówimy - ze składu, który jesienią przegrał w Klużu, w niedzielę możemy zobaczyć na boisku raptem... dwóch zawodników (!): Kamila Syprzaka i Rafała Przybylskiego. To najlepiej świadczy o skali przebudowy naszej reprezentacji.
O ile kilku młodych graczy zwłaszcza w Niszu udowodniło lub potwierdziło przydatność do kadry, o tyle są też tacy, którzy wciąż muszą jeszcze tego dokonać. Dotyczy to szczególnie rezerwowych, bo w Serbii z 34 goli dla Polski aż 32 strzelili ci, którzy wyszli w podstawowym składzie (Chrapkowski, Potoczny, Przybylski, Krajewski, Moryto i Syprzak). Pozostałe dwa były dziełem Patryka Walczaka (regularnie wchodził do obrony) i skrzydłowego Jana Czuwary. Jeśli w przyszłości biało-czerwoni mają rzeczywiście stanowić mocny zespół, rezerwowi muszą dawać z siebie więcej.

 

Z tej samej kategorii