Michał Adamuszek: Jesteśmy dojrzali

    Czy mi się to podoba, czy nie, dobro drużyny jest najważniejsze, osobiste ambicje trzeba czasem schować – mówi bohater meczu z Wybrzeżem Michał Adamuszek.

    Gornik Zabrze - Chrobry Glogow
     fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

    Tomasz MUCHA: Zacznijmy od niezwykłej bramki, jaką pan zdobył w sobotę z Wybrzeżem, trafiając bezpośrednio z rzutu wolnego. Takie akcje wcześniej w Zabrzu fundował tylko Mariusz Jurasik...
    Michał ADAMUSZEK: - Haha! To prawda, nie co dzień rzuca się takie bramki. Przez moment dostrzegłem miejsce nad murem, potem już go nie było, ale wiedziałem, gdzie chcę trafić. No i wpadło, super.

    Pamięta pan podobną bramkę w swoim wykonaniu?
    Michał ADAMUSZEK: - Być może w czasie swojej gry w MMTS Kwidzyn zdarzyło mi się, ale nie chcę kłamać, nie pamiętam. Trafienie z soboty na pewno zostanie w pamięci. No i dało nam kopa na drugą połowę. Bo skoro możemy zdobywać takie bramki, to znaczy, że możemy wszystko i dlaczego nie mielibyśmy odrobić trzech bramek do Wybrzeża, nawet jeżeli rywal prezentował się naprawdę dobrze.

    No i stało się. Pomógł pan zmobilizować kolegów w szatni.
    Michał ADAMUSZEK: - W przerwie nie było żadnych krzyków i nerwów. Była rzeczowa rozmowa na argumenty, szukanie pomysłu na zmianę obrazu gry. Zmieniliśmy system obrony, zamiast 4-2, gdzie Wybrzeże miało dużo miejsca z jednej strony, stanęliśmy płasko w linii i zadziałało. W 5 minut odrobiliśmy straty. Nasza maszyna ruszyła, a rywal nie mógł już grać tego, co chciał. Mamy kilka wariantów na takie problemy, jeden z nich wypalił. Nie zawsze gramy pięknie, ale jesteśmy dojrzali taktycznie, zdobywamy punkty, nawet, gdy mecze są na styku. Nie ma niczego „na hurra!”, każdy wie, co i jak ma robić na boisku.

    Zasługa trenera Trtika?
    Michał ADAMUSZEK: - Na pewno. Każdy trener ma swoje metody motywacji. To nie jest tak, że trener Trtik nie podniesie czasem głosu, ale wie, kiedy i po co. Jeżeli ktoś nadużywa mocniejszych słów i krzyku, to w końcu przestaje działać. Chodzi o to, żeby robić to inteligentnie, żeby trafiło do głów.

    Po kontuzji Aleksandra Tatarincewa to pan pociągnął zespół do walki, zdobył aż 10 bramek. Takiego meczu pan w tym sezonie nie miał...
    Michał ADAMUSZEK: - Nie miałem, bo nie było dla mnie za bardzo miejsca w ataku. Gdy w końcu dostałem szansę, chciałem ją jak najlepiej wykorzystać.

    Pobrzmiewa w pana głosie pewne rozczarowanie...
    Michał ADAMUSZEK: - Bo po części nie zgadzam się z rolą, jaką spełniam w zespole, ale to nie ja, lecz trener odpowiada za wynik i on ustala taktykę, sposób grania, dobiera zawodników. Fajnie byłoby pobiegać z przodu, porzucać, zwłaszcza, że wciąż czuję się na siłach, ale stanęło na tym, że mam głównie zadania obronne. I czy mi się to podoba, czy nie, dobro drużyny jest najważniejsze, osobiste ambicje trzeba czasem schować.

    Trener o tym wie?
    Michał ADAMUSZEK: - Oczywiście, trener zawsze chce poznać nasze zdanie. Rozmawialiśmy też, żebym dostawał więcej szans w ataku. Ale nie chcę się nad sobą użalać, robię, co do mnie należy. Bardzo cenię i lubię naszego trenera, tak jak chyba każdy w zespole, mamy normalne, dobre stosunki. Oby tak dalej.

    Macie znakomitą jesień. Z jakim nastawieniem zagracie w Płocku?
    Michał ADAMUSZEK: - To chyba historyczna runda, jakiej w Zabrzu dawno nie było. Wiemy, jaki ogrom pracy w to włożyliśmy. Ale Płock gra u siebie, będzie ciężko... Jakby się jednak mecz nie ułożył, postaramy się powalczyć, zmobilizować po raz ostatni w tym roku.

    Po meczu szybko rozjeżdżacie się na urlopy?
    Michał ADAMUSZEK: - W czwartek mamy jeszcze świąteczne spotkanie w klubie, a od soboty już wolne. Taka była umowa z trenerem, jeżeli wygramy serię meczów w listopadzie i grudniu.

    Coś lubicie się zakładać ze szkoleniowcem; poprzednio po serii zwycięstw wywalczyliście tydzień wolnego przed meczem z Vive...
    Michał ADAMUSZEK: - Czasem sam trener nas prowokuje, a czasem my jego. Ale nie zawsze się zgadza, niektóre propozycje ucina w zarodku. Jak trzeba, to pracujemy, ale trener wie, kiedy poluzować. A ostatnio graliśmy co trzy dni, dużo podróżowaliśmy, dopadło nas też zatrucie. No i raz na jakiś czas trzeba uciec z hali, przewietrzyć głowy, oderwać się od piłki, by potem wypoczętym wrócić z nową energią. Trener to rozumie.

    Gdzie spędzi pan święta?
    Michał ADAMUSZEK: - W tym roku w Kwidzynie, skąd pochodzi moja żona. Mamy taką umowę, że co dwa lata jedziemy do jej rodziny, a co dwa jesteśmy u mojej w Dąbrowie Górniczej. To będą fajne święta, oby jeszcze tylko trochę śniegu spadło.

     

    Z tej samej kategorii