Zygmunt Anczok: Garrincha, Jaszyn i... granat

ANCZOK
 źródło: Armpower.net

Znakomity lewy obrońca, mistrz olimpijski z 1972 roku, skończył 70 lat.

Zygmunt Anczok, zdaniem wielu fachowców, do dziś najlepszy lewy obrońca w historii polskiej piłki, 14 marca skończył 70 lat.

DARIUSZ CZERNIK: Wielu pana rówieśników mówi, że to piękny wiek.
ZYGMUNT ANCZOK: - Jak jest zdrowie, to nie można narzekać. Bywało z tym różnie, ale właśnie wracam z kolejnych badań i jest dobrze.
To cofnijmy się, powiedzmy o 55 lat. Zygmunt Anczok ma 15 lat i...
ZYGMUNT ANCZOK:- Czyli wracamy do początku lat 60? Niech będzie. Mieszkamy w Lublińcu, gram w tamtejszej Sparcie, w zasadzie koncentruję się już tylko na piłce, choć wcześniej było inaczej. W szkole podstawowej byłem naprawdę dobry w szczypiorniaka, czyli w piłkę ręczną, niezły w gimnastyce i chyba najlepszy w lekkiej atletyce. W szkołach było coś takiego jak „czwórbój”. Skok w dal, bieg na 60 metrów, skok wzwyż i rzut piłeczką palantową. Przez dwa lata w każdej z tych dyscyplin miałem najlepszy wynik w szkole. Wystąpiłem nawet w zawodach na stadionie Górnika Zabrze, ale nie na trawie, tylko na bieżni. Wygrał jednak futbol.
Urodził się pan w mieście, które przed wojną było blisko niemieckiej granicy.
ZYGMUNT ANCZOK: - Ojciec pochodził z Łagiewnik Wielkich, które przed wojną były w granicach Niemiec, a mama z polskiego Lublińca. To była granica. W trakcie wojny ojciec - jako obywatel Niemiec - został powołany do Wermachtu, gdzie obsługiwał karabin maszynowy w samolotach Luftwaffe. Był też w artylerii. Potrafił mieć „ciężką” rękę. Kilka razy po tyłku od niego dostałem. Wielkich problemów ze mną nie było, ale byłym „żywym” dzieckiem. Podwórko i sport były ważniejsze od szkoły. Inna rzecz, że bardzo szybko wszystko zdominowała piłka i wyjechałem z domu. Mając 17 lat byłem już w Polonii Bytom.
Klub pierwszego wyboru?
ZYGMUNT ANCZOK: - Jedną, a nawet dwiema nogami byłem w Odrze Opole. W zasadzie spakowany. Zostałem jednak przekonany przez Helmuta Cichonia, naszego trenera w Lublińcu, do tego, by przenieść się do Bytomia. Był początek roku 1963. Polonia była mistrzem Polski i miała chyba najlepszy skład w historii. Zamieszkałem w internacie. Szkoła i treningi zajmowały w zasadzie cały dzień. Wtedy jeszcze nie byłem lewym obrońcą. W Lublińcu i w juniorach Polonii, z którymi zostałem mistrzem Polski juniorów - w finale wygraliśmy z Zagłębiem Sosnowiec z Jarosikiem w składzie - grałem jako prawy łącznik. Wtedy była na boisku taka pozycja. Józef Wieczorek, nominalny obrońca pierwszego składu Polonii, złamał jednak nogę, więc trener Hubert Skolik powiedział, że mam go zmienić. I tak już zostało. Dopiero w Norwegii, 15 lat później, zmieniłem pozycję. W Skandynawii grałem na środku pomocy.
Anczok był wielkim talentem.
ZYGMUNT ANCZOK: - Wielkim talentem to był Włodek Lubański. Spotykaliśmy się na obozach organizowanych dla zdolnych dzieciaków, na które on jechał z Sośnicy, a ja z Lublińca. Włodek przerastał wszystkich o klasę. Nasze losy potem często się splatały. Pożegnalny mecz Lwa Jaszyna, pożar w Dusznikach, kiedy niemal nie spłonęliśmy w hotelu, poważne kontuzje w tym samym roku, mistrzostwa świata w Niemczech, które oglądaliśmy w telewizji...
Do tego przejdziemy. Wróćmy do Polonii. Dlaczego po 1963 roku już nigdy nie została mistrzem Polski?
ZYGMUNT ANCZOK: - Potem lepiej graliśmy w Europie i Ameryce niż w lidze. Część starszych zawodników powoli schodziła ze sceny. Przełomowy był jednak czerwiec 1966 roku, kiedy przed meczem ze szwedzkim Norrkoeping - w ramach rozgrywek Pucharu Intertoto - trzech naszych piłkarzy zdecydowało się pozostać na Zachodzie. Bajger, Pogrzeba i Janek Banaś, z którym potem grałem w Zabrzu. Miał do nas przyjść Joachim Marx, ale wybrał Ruch Chorzów, więc w ofensywie w zasadzie przestaliśmy się liczyć. Poza tym rosła potęga Górnika, silny był Ruch, bardzo mocna Legia. Polonia nie wytrzymywała tej konkurencji.

Plebiscyt PS
Z tej samej kategorii