Minuta ciszy przy Cichej dla zamordowanego premiera

Miklos Mitrovits jest pracownikiem Instytutu Historii Węgierskiej Akademii Nauk, a przy okazji - zapalonym kibicem również polskiej piłki. Pod koniec ub. roku gościł z kamerą m.in. w Chorzowie. Pretekstem była 60. rocznica powstania węgierskiego, krwawo stłumionego przez czołgi Armii Czerwonej. Ekipa szukała przy Cichej świadków i uczestników towarzyskiego meczu Ruch - Honved z 1958 roku.

miklos mitrovits
 fot. archiwum miklosa mitrovitsa  /  źródło: SPORT

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Historia to pana zawód i pasja. A skąd w pańskim życiu piłka nożna?
MIKLOS MITROVICS: Grałem w nią jako 6-8 letni chłopak, w mieście Szekszard, na południu Węgier. Zainteresowanie futbolem zostało mi do dziś; kiedy mam czas, zaglądam na stadiony jako kibic. Kiedyś byłem fanem Honvedu, dość regularnie staram się bywać na meczach reprezentacji mojego kraju. A że od mniej więcej 15 lat często - zawodowo - bywam w Polsce, bywam i na spotkaniach ligowych waszej ligi. Nie będę ukrywał - ponieważ w 2006 roku los rzucił mnie na pół roku do Warszawy, na Uniwersytet Warszawski, zostałem kibicem Legii, która wówczas zdobyła mistrzostwo Polski. Ta sympatia do niej została mi do dziś. Kiedy ostatnio w jej szeregach grał Nemanja Nikolić, często rozmawialiśmy na temat piłki, drużyny. Ale bywałem nie tylko przy Łazienkowskiej; Gdańsk, Gdynia, Kraków, Chorzów, Wrocław, Poznań - na tamtejszych stadionach też gościłem. Jakieś dwa lata temu z moimi węgierskimi znajomymi założyliśmy stronę ekstraklasa.hu, na której dużo piszemy o polskiej lidze. Została zauważona zresztą przez naszą krajową gazetę sportową, „Nemzeti Sport”. Wspiera nas również Instytut Polski w Budapeszcie.


Dla Węgrów nasza ekstraklasa jest atrakcyjna?!
MIKLOS MITROVICS: Myślę, że tak. Zniknęły co prawda dotychczasowe transmisje w kanale Eurosport, ale każdy mecz śledzić można na internetowym serwisie Dailymotion. I to w jakości HD. Węgrzy - sądzę - wiele się mogą nauczyć, przyglądając się polskiej ekstraklasie. Tu chodzi na mecze dużo więcej kibiców, zdecydowanie ciekawsze są oprawy, a przede wszystkim - sportowo wasza liga jest mocniejsza, niż nasza. Grają w niej lepsi piłkarze, gra jest szybsza, bardziej kontaktowa - to się może podobać. Widzę też konkretną strategię w działaniach spółki „Ekstraklasa”. Marketing, promocja, rozwój - i to bez ingerencji z zewnątrz. U nas, niestety, w futbol za mocno wtrąca się polityka. W bardzo wielu klubach prezesami bądź wiceprezesami są ludzie związani z rządzącym Fideszem. Duże pieniądze państwowe, płynące do niektórych klubów - jak Videoton czy Ferencvaros - wypaczają prawdziwą rywalizację.


I w ten sposób - płynnie - przeszliśmy do polityki w sporcie, która była powodem pańskiej niedawnej wizyty w Chorzowie. Przygotowuje pan książkę - ale i film - poświęcony piłkarskim kontaktom polsko-węgierskim, w których znalazł się i akcent polityczny: rzekoma demonstracja kibiców na stadionie przy Cichej w czerwcu 1958 roku, przy okazji meczu Ruch - Honved. Skąd ogóle wiedza na ten temat?
MIKLOS MITROVICS: Po pierwsze - żyje jeszcze jeden z węgierskich uczestników tego meczu, Isztvan Törőcsik. Spotkałem się z nim, opowiedział mi kilka historii z tamtych lat. W owym czerwcu nasza reprezentacja brała udział w finałach mistrzostw świata w Szwecji. Tam parokrotnie przy okazji jej spotkań odbywały się demonstracje przeciwko reżimowi Janosza Kadara, który stanął na czele kraju po stłumieniu rewolucji 1956. Dosłownie parę dni po powrocie kadry ze Skandynawii - bo odpadła w fazie grupowej - Honved wybrał się na zagraniczne tournée, m.in. do Polski. Pan Törőcsik brał w nim udział. Wspomina, że on i jego koledzy odczuwali wielką sympatię waszych kibiców. Potwierdzeniem tych jego słów są esbeckie dokumenty, świadczące o przygotowywaniu przez kibiców chorzowskich próby uczczenia minutą ciszy pamięci Imre Nagya (premier rządu węgierskiego w czasie inwazji sowieckiej w 1956 - dop. red.), który został stracony dwa dni przed spotkaniem Ruch - Honved. Z dokumentów nie wynika, czy to się udało; pan Törőcsik twierdzi, że tak. Mało tego; był pomysł, by piłkarze wyszli na murawę z czarnymi opaskami na ramieniu. Jak wynika z fotografii z tego meczu, tego zrealizować się nie udało. Myślę, że na przeszkodzie mógł stanąć sprzeciw prezesa - a może trenera - Honvedu wobec takiej demonstracji.

 

POLAK - WĘGIER DWA BRATANKI: JAK CHORZOWIANIE DO HUNGARII WPADALI NA SMAKOWITE DESERY


Ponad rok wcześniej - w lutym 1957 roku - na Śląsku gościł też Csepel Budapeszt. A przecież było to ledwie parę miesięcy po krwawym stłumieniu węgierskiej rewolucji!
MIKLOS MITROVICS: I nie było w tym żadnego przypadku! Polacy w czasie rewolucji solidaryzowali się mocno z Węgrami. Csepel to wyspa na Dunaju, w Budapeszcie, na której zlokalizowana była fabryka. Partnerskim miastem Csepelu był Szczecin, którego mieszkańcy w 1956 roku - w trakcie walk w naszej stolicy - bardzo pomagali robotnikom z tejże fabryki. Oddawali krew, organizowali transport - najpierw samolotem, potem pociągiem - odzieży, obuwia; przesyłali pieniądze. Nota bene parę miesięcy temu w Szczecinie odsłonięto pomnik małego Węgra - na wzór „Małego Powstańca” z Warszawy. Ma upamiętniać nie tylko powstanie węgierskie, ale także wydarzenia szczecińskie z tego okresu. W budynku, w którym dziś mieści się siedziba oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, 60 lat temu był konsulat Związku Radzieckiego. W grudniu 1956 grupa mieszkańców zaatakowała ten konsulat, zajmując go i podpalając.... Kiedy więc w lutym 1957 Csepel wyjeżdżał do Polski, wiedział, że spotka się tu z gorącym przyjęciem!

 

 

Z tej samej kategorii