Paweł Pęczak: „Waleczność musi być!”

Paweł Pęczak
 fot. Łukasz Grochala  /  źródło: newspix.pl

Paweł Pęczak jest jednym z piłkarzy najczęściej wspominanych przez tych kibiców katowickich, którzy pojęcie „GieKSiarski charakter” znają z autopsji, a nie tylko - z opowieści starszych kolegów, weteranów „Blaszoka”. Życiowe losy rzuciły „Pękiego” do Trójmiasta, ale w rozmowie ze „Sportem” raz za razem pojawiają się „katowickie wtręty”...

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Dziś pytanie z Katowic - dziś odpowiedź z Gdańska: co porabia Paweł Pęczak?
PAWEŁ PĘCZAK: Z wolna oswaja się z myślą, że zaraz (w czerwcu 2017) „czterdziestka” na karku (śmiech). A na poważnie - układam sobie zawodowe życie po życiu zawodowego piłkarza. Trzy miesiące temu dostałem od Sławka Wojciechowskiego propozycję pracy w Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk; pomagam Dominikowi Czajce w zajęciach z grupą juniorów młodszych. Czynnie pomagam - biegam z chłopakami, udzielam się w treningach. Czasem nawet niektórzy pytają: „Czemu jeszcze nie pograsz w jakiejś lidze?”.


No właśnie: czemu? Sylwetka wciąż bardzo piłkarska...
PAWEŁ PĘCZAK: Już bym się chyba dzisiejszemu reżimowi treningowemu nie dał rady poddać. Zresztą mam też inną - poza akademią - pracę. Jestem „trenerem personalnym” w siłowni Aquarius na Suchaninie.


Skąd ten pomysł?
PAWEŁ PĘCZAK: Cztery lata temu, gdy podjąłem decyzję o końcu boiskowej przygody z piłką, wciągnął mnie w to mój gdański przyjaciel i „mój master” w tej dziedzinie, Krzysiek Kozłowski. Namówił na stosowny kurs, przekazał całą wiedzę.


Ale o piłkarskiej „trenerce” pan nie zapomniał...
PAWEŁ PĘCZAK: Nie. Przez trzy lata szkoliłem dzieciaki w Sparcie Gdańsk.


Czemu nie w Lechii? Przecież ma pan swoją gablotkę w klubowym muzeum; czyli cenią pana....
PAWEŁ PĘCZAK: Długo by o tym mówić. Jakoś nie było klimatu przez trzy lata do wspólnej pracy. Teraz jednak w Lechii jest wielu byłych piłkarzy: ze wspomnianym „Wojciechem” pieczę nad akademią trzyma Jarek Bieniuk, zaś zajęcia z młodymi prowadzi m.in. Marek Zieńczuk. Dla dzieciaków to fajna sprawa: być blisko gwiazd. Dla nas - to ciężka robota. Jak patrzę na dzisiejsze pokolenie młodych piłkarzy, to sobie myślę, że nasi trenerzy z nami... bajkowe życie mieli.


Skąd te wnioski?
PAWEŁ PĘCZAK: 30 lat temu nastolatek całe dnie spędzał na podwórku. Do klubu przychodził już „gotowy”: trenerzy tylko doskonalili go technicznie i wpajali umiejętności taktyczne. O zaangażowaniu, cechach wolicjonalnych nawet nie wspominam. A ja dziś 15-latka uczę przewrotu w przód, koordynacji ruchowej...


I „gry łokciami” też?
PAWEŁ PĘCZAK: Waleczność musi być (śmiech). Dziś rodzice chuchają na swe pociechy. Ja dzięki piłce dostawałem szkołę życia. Jako nastolatek jeździłem sam autobusem 22 kilometry na treningi z Tychów do Katowic.


Zanim pan „się rozwinie” z opowieścią, wejdę w słowo: pański ojciec był kibicem Górnika. Dlaczego syn trafił do GKS-u?
PAWEŁ PĘCZAK: Namówił mnie Sławek Mogilan. W Tychach, gdzie trenowałem wcześniej, nie chcieli się zgodzić na moje przenosiny, więc... przez rok nie grałem w ogóle, tylko trenowałem - ale postawiłem na swoim. A tato? Zaakceptował mój wybór, choć w jednej kwestii był bardzo konsekwentny. „Świadectwo ma być z czerwonym paskiem - mówił mi w podstawówce. - W przeciwnym wypadku - koniec z treningami”. No więc musiałem się dobrze uczyć, żeby grać w piłkę.


A tato się w końcu kibicowsko „przerzucił” na synowską GieKSę?
PAWEŁ PĘCZAK: Nie miał wyjścia, choć wymagało to niemałej odwagi. GKS miał wtedy „kosę” z Górnikiem.

Z tej samej kategorii