„Kupi się dwa wieprzki” - jak ligowcy przetrwali stan wojenny zimą 1982

Z lamusa
 źródło: SPORT

Przełom 1981 i 1982 roku przyniósł wyjątkowo mroźną i wyjątkowo śnieżą zimę. Ale nie z tego powodu zapadła ona Polakom w pamięć. Jak piłkarze radzili sobie w pierwszych miesiącach stanu wojennego, gdy przyszło im szykować się do rundy wiosennej? Rundy - dodajmy - błyskawicznej; 15 kolejek rozegrano ledwie w 64 dni (między 6 marca a 9 maja), bo przecież biało-czerwoni szykowali się do mundialu.

Te przygotowania zresztą to zupełnie inny temat. Co prawda w grudniu 1981 roku władza wypuściła jeszcze grupę jego podopiecznych „na leczenie” do węgierskiego Miszkolca, ale pozostałe plany trzeba już było weryfikować. Upadł plan styczniowego wyjazdu do zachodnioniemieckiej miejscowości Winnenberg, kadrowicze zebrali się w ośrodku „Start” w Wiśle. Wtedy jeszcze wydawało się, że w lutym polecą na serię spotkań kontrolnych do Hiszpanii i Włoch. Z drużynami klubowymi, bo - wobec rządów junty wojskowej - Warszawie odmawiano oficjalnych spotkań międzypaństwowych. Ostatecznie jednak z planowanych potyczek w Maladze i Madrycie (z Rayo Vallecano) nic nie wyszło; trzeba się było zadowolić jedynie meczami na Półwyspie Apenińskim - z Modeną (1:2), AS Roma (2:2) i reprezentacją Mediolanu (2:1).

 

„Dekret o stanie wojennym” precyzyjnie regulował życie społeczne w kraju, de facto wygaszając je zupełnie (na niwie sportowej zawieszał wszelkie rozgrywki). Przerwane zostały w ten sposób wszelkie klubowe kontakty zagraniczne. Najwięcej stracili „górnicy” z Zabrza, którzy - za sprawą „agenta Magnozziego” lecieć mieli na killutygodniowe (8 meczów) tournée po Kolumbii, Ekwadorze i Boliwii. Ostatecznie 3 stycznia 1982 pojechali do... Zakopanego.

 

Każdemu wyjazdowi towarzyszyła jedna troska o warunki przygotowań i sportową dietę. „Jeden z klubowych działaczy powiedział nam - bynajmniej nie w przypływie radości, że robi obóz u siebie. - Kupi się dwa wieprzki i do ligowej premiery piłkarze nie zginą” - argumentował” - pisaliśmy jeszcze w grudniu 1981roku. Coś w tym było...

 

- Mieliśmy to szczęście, że w Bytomiu funkcjonowała największa w okolicy ubojnia, zaopatrująca w mięso cały Śląsk. Jej szef dystrybucji, pan Piątek, załatwiał nam specjalne przydziały. Standardowe wyżywienie w ośrodkach wczasowych nie gwarantowało wystarczającej dla zawodowego sportowca liczby kaloryczności, więc woziliśmy na zgrupowania własne mięso, szynki, kiełbasy - wspomina Hubert Kostka, który dzielnie trwał na posterunku w Szombierkach (półtora roku wcześniej sięgnął z nimi po mistrzostwo kraju). W styczniu 1982 bytomianie pojechali na obóz do Wisły, do ośrodka wypoczynkowego KWK Rozbark.

 

 

Więcej - w piątkowym papierowym wydaniu „Sportu”

Z tej samej kategorii