Wirus hawański, czyli El Comandante i selekcjoner

Jak zapamiętamy rok 2016? Wielkich sportowych - i piłkarskich - emocji z udziałem biało-czerwonych oczywiście nie brakowało. Spośród wydarzeń natury pozasportowej z pewnością odnotować wypada śmierć Fidela Castro, sprawującego na Kubie władzę dyktatorską przez blisko pięćdziesiąt lat (1959-2008).

Od sportu „caudillo” (tym terminem określano w Ameryce Łacińskiej wielu wojskowych, którzy objęli władzę w wyniku zamachu stanu) był mocno odległy - takie przynajmniej można było odnieść wrażenie przez owe pół wieku jego rządów. Ale to nieco mylna opinia; podobnie jak wiele krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w pewnym momencie i on - próbując zmienić wizerunek Kuby (jako kraju totalitarnego) na arenie międzynarodowej - postawił na sport. Z igrzysk w Rzymie (1960) Kubańczycy wrócili bez medali; 12 lat później, z Monachium, przywieźli ich aż 22 (w tym trzy złote). Nazwiska Alberto Juantoreny czy Teofilo Stevensona poznał cały świat. My w tym miejscu wspominamy trzy symboliczne epizody na styku sportu polskiego i kubańskiego - również z udziałem samego El Comandante.

 

Przy pingpongowym stole

W 1972 roku Fidel Castro po raz pierwszy - i jedyny - odwiedził Polskę. 6 czerwca przybył na Okęcie samolotem z Budapesztu, poza Warszawą odwiedził m.in. Śląsk, Trójmiasto i Kraków. Po naszym regionie - to jeden z niewielu wyjątków w trakcie jego licznych podróży zagranicznych - poruszał się ubrany nie w tradycyjny oliwkowy mundur wojskowy, ale w strój górniczy, jaki otrzymał w Katowicach (obok innych insygniów górnika: lampki, kilofa i czaka z czarnym pióropuszem).

 

„Na wysokości zadania” stanęły też załogi innych zakładów pracy i branż na tym terenie. Od pracowników kopalni doświadczalnej „Jan” w Janowie otrzymał herbarz śląskich miast wykonany w węglu; władze Rudy Śląskiej ofiarowały mu węglowy puchar, a hutnicy tego miasta - miniaturę kadzi wielkiego pieca. Hutnicy zabrzańscy z kolei zbudowali dlań elektryczny piec łukowy. W Sosnowcu odebrał Honorową Odznakę XXX-lecia PRL.

 

Podobnie gorące przyjęcie - choć oczywiście mocno „reżyserowane” przez PRL-owskie władze - spotykało go w innych ośrodkach. A El Comandante czuł się w tych okolicznościach znakomicie. „Dużą uciążliwością była realizacja przez delegację własnego programu w porze nocnej, często do rana” - głosiły raporty szefa polskiej ochrony osobistej Castro, które można znaleźć w Instytucie Pamięci Narodowej. Do legendy - choć trudno znaleźć dziś uczestników tego wydarzenia... - przeszedł mecz tenisa stołowego, którego zorganizowania dyktator zażyczył sobie o... 2.00 w nocy, podczas pobytu na Śląsku!

 

Ze „Smokami” pod koszem

Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że kubański przywódca w Polsce zagrał w koszykówkę. To była jedna z jego ulubionych dyscyplin, w której czuł się mocny. „Zagrajmy w kosza, sam się przekonasz” - miał zaproponować korespondentowi Reutersa, który podczas wizyty w żoliborskiej szkole im. Che Guevary zapytał go o stan zdrowia. Pytanie owo zweryfikować miało plotkę, jakoby Castro w samolocie z Budapesztu do Warszawy miał przejść zawał serca. Do starcia ostatecznie nie doszło, ale być może właśnie ten incydent natchnął Kubańczyka do zorganizowania meczu koszykarskiego w Krakowie. I tu już nie ma wątpliwości: fakt takiego spotkania odnotował m.in. „Sportowiec” z 12 czerwca 1972, fragmenty gry można znaleźć także w kubańskim filmie, dokumentującym pobyt Fidela w Polsce.

„Sportowiec” z 12 czerwca 1972


8 czerwca kilka tysięcy widzów przyszło do hali Wisły, by oglądać naprędce zorganizowane - i niemieszące się w początkowym planie wizyty - pokazowe spotkanie dwóch teamów, złożonych z ligowych graczy „Białej gwiazdy”. „Fidel wybrał „niebieskich” i poprowadził ich do zwycięstwa 76:60” - relacjonował wspomniany tygodnik. „Premier zdobył 21 punktów, przy czym ani razu nie opuścił parkietu dla odpoczynku. Potem uścisnął dłoń przeciwnikom i pozował do wspólnego zdjęcia” - pisano.


Podwodne safari

Sześć lat później Hawana stała się „największym w świecie forum młodych ludzi” - jak określano u nas zorganizowany na wyspie XI Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. „Festiwal zgromadzi blisko 17 tysięcy zagranicznych gości, 5 tysięcy turystów i 75 tysięcy Kubańczyków” - pisał „Sport” 28 lipca 1978 roku, w dzień rozpoczęcia imprezy. „Dla festiwalowych gości z krajów Trzeciego Świata wizyta w kraju, gdzie wszyscy mają pracę i ubranie, gdzie wszyscy są porządnie ubrani, gdzie wszystkie dzieci mają buty, książki i zeszyty oraz szkoły z basenami olimpijskimi i plantacjami pomarańczy - musi być szokiem” - oto cytat z „Przyjaciółki”, reklamujący „socjalistyczną Kubę”.


Do Hawany polskie władze wysłały silną reprezentację młodzieży. Na niwie muzycznej w rodzimej delegacji znaleźli się m.in. Maryla Rodowicz, Czesław Niemen, zespół „Gawęda” oraz duet „Andrzej i Eliza”. Towarzyszył im - jako reprezentant sportowców - pewien młody piłkarz krakowskiej Wisły. Właśnie wrócił z mundialu w Argentynie, gdzie był jednym z najmłodszych biało-czerwonych, by miesiąc później znów polecieć za ocean. I całkiem godnie włączyć się w ową imprezę... „Bezpośrednio po przylocie na Kubę zawieziono nas do Santiago, gdzie odbywały się obchody święta narodowego republiki (...). Głównym punktem programu wiecu było przemówienie Fidela Castro. Dzięki słuchawkom rozumiałem każde słowo. Sugestywny sposób gestykulacji, żarliwość i temperament kubańskiego przywódcy robiły na mnie duże wrażenie” - nawet jeżeli dziennikarz co nieco dołożył od siebie, fragmenty wywiadu udzielonego „Piłce Nożnej” po powrocie przez... Adama Nawałkę też robią wrażenie...


Co ciekawe - polska liga, w której Wisła przystępowała do sezonu jako mistrz kraju - rozpoczynała sezon... dzień po rozpoczęciu hawańskiego festiwalu. Krakowianie inauguracyjny mecz z Ruchem wygrali (3:1), ale potem przyszły remisy: 0:0 z Legią, 1:1 z Szombierkami i 0:0 z Odrą. Bez jednego z liderów wiślacy mieli „pod górkę”.

On zaś - jak mówił w wywiadzie - odwiedzał hawańską stocznię, składał kwiaty na grobie Karola Roloffa-Miałowskiego (urodzony w Królewcu generał armii kubańskiej, uczestnik wojny z Hiszpanią o niepodległość Kuby, współtwórca Kubańskiej Partii Rewolucyjnej), pływał w oceanie, opalał się na plaży w Varadello, u boku Mariana Renke (przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu) uczestniczył w podwodnych łowach (z kuszą) na mieszkańców oceanicznych głębin, godzinami dyskutował z Mirosławem Hermaszewskim o kosmosie i futbolu, udzielał wywiadów mediom... afrykańskim. „Byłem również w gospodzie, którą zwykł odwiedzać Hemingway. I - podobnie jak wielki pisarz - złożyłem dedykację na specjalnie do tego przygotowanej ścianie. „W górę serca, niech zwycięża Wisła” - napisałem po prostu” - zdradzał wtedy obecny selekcjoner biało-czerwonych.

 

Początek końca

No i trenował, a raczej - jak mówił - bawił się z piłką, odczuwając przez cały tydzień pobytu na Kubie „ogromny głód futbolu”. Czy jednak owych treningów było za mało, czy generalnie dawała o sobie znać eksploatacja młodego organizmu - faktem jest, że po powrocie Nawałka nie grał już tak, jak wcześniej. No i zaczęły go prześladować kontuzje.

 

- Problemy pojawiły się wraz z powrotem z Hawany, to na pewno. Nie wiem, może było tam za dużo luzu, rozluźnienia - analizował niedawno (na łamach „Przeglądu Sportowego”) ówczesny lekarz Wisły, Jerzy Jasieński. Plotkowano nawet, że sypiące się seriami urazy to wynik egzotycznej choroby, przywiezionej z Kuby. Wizyta u Fidela Castro okazała się początkiem końca świetnie zapowiadającej się kariery...

 

* * *

By zachować właściwe proporcje w opisie El Comandante i jego sportowych zainteresowań, nie można jednak zapomnieć, że - obok opisywanych wyżej epizodów - generalnie był po prostu dyktatorem, niejednokrotnie stosującym krwawe metody rozprawiania się z przeciwnikami politycznymi. Oficjalnych ofiar reżimu doliczono się prawie 10 tysięcy, ale - według ocen historyków - może ich być nawet 10 razy więcej...

 

Z tej samej kategorii