Pomarańcze w śmietanie u „kelnera” z Hungarii

To nie przypadek, że pierwszy oficjalny mecz reprezentacja Polski w piłce nożnej rozegrała z Węgrami. Bratankowie znad Dunaju zawsze byli nad Wisłą cenieni za swój futbolowy kunszt, to oni okazywali się pierwszymi nauczycielami - i surowymi egzaminatorami - Polaków przez długie dekady XX wieku.

Ruch - Honved 1958
 /  fot. Jerzy Bydliński  /  źródło: SPORT

Jeszcze w latach 50. i 60. rodzime kluby chętnie zatrudniały węgierskich szkoleniowców, a ci odciskali piętno na naszej „kopanej”, sięgając ze swymi podopiecznymi po tytuły mistrzowskie.

 

Kiedy Sowieci rozstrzelali Budapeszt...

Tę część futbolowej historii na linii Budapeszt - Warszawa konsekwentnie przybliża węgierski historyk, Miklos Mitrovits. Jest pracownikiem Instytutu Historii Węgierskiej Akademii Nauk, a przy okazji - zapalonym kibicem również polskiej piłki. Właśnie przygotowuje książkę poświęconą temu zagadnieniu; współtworzy również film dokumentalny.

 

Pod koniec ubiegłego roku gościł z kamerą m.in. w Chorzowie. Pretekstem była 60. rocznica powstania węgierskiego (nota bene będącego wynikiem polskiej „październikowej odwilży”), krwawo stłumionego przez czołgi Armii Czerwonej. Ekipa telewizyjna szukała przy Cichej świadków i uczestników towarzyskiego meczu rozegranego 18 czerwca 1958 roku, w którym Ruch zmierzył się z Honvedem.

 

To przed jego rozpoczęciem - jak pisze w ubiegłorocznym wydawnictwie „Czy wolność to taka wielka rzecz?” dr Janos Tischler, historyk, dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury w Warszawie - „wypełniająca stadion publiczność głośno domagała się uczczenia minutą ciszy pamięci Imre Nagya (według niektórych późniejszych relacji zrobili tak nie tylko kibice, ale także zawodnicy i sędziowie)”. Na Nagym (oraz jego dwóch współpracownikach - Palu Maleterze i Miklosu Gimesie) dwa dni wcześniej wykonano wyrok śmierci, orzeczony przez sąd w wyniku procesu ustalonego z Moskwą.

 

Kiedy milicja zatrzymała kibiców...

Miklos Mitrovits - świetnie mówiący po polsku, uhonorowany przez Bronisław Komorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej - dotarł do jedynego żyjącego jeszcze węgierskiego uczestnika tamtego spotkania. W Polsce szukał chorzowskich piłkarzy z tego okresu. I namówił na zwierzenia Eugeniusza Lercha, który grał wówczas przeciwko Honvedowi. - Prawdę mówiąc nie pamiętam, by jakakolwiek tego typu demonstracja - w postaci minuty ciszy - miała miejsce. Na pewno jednak węgierski zespół przyjmowany był serdecznie - wspomina „Elek”.


- Choć starałem się bywać na stadionie przy Cichej przy okazji każdej wizyty znanej drużyny, akurat na meczu z Honvedem mnie nie było. Trudno mi więc zweryfikować opowieść o zachowaniu widzów na trybunach. Pamiętam jednak, że fani Ruchu czasami dawali wyraz swym politycznym poglądom. Kiedy po Poznańskim Czerwcu 1956 do Chorzowa zjechał Lech, po meczu milicja zatrzymała kilkunastu fanów tej drużyny. Zapewne na podstawie doniesień konfidentów, którzy słyszeli czy to jakieś okrzyki, czy ich wypowiedzi na temat wydarzeń w stolicy Wielkopolski. Kilkadziesiąt minut później pod budynkiem komendy przy ulicy Dyrekcyjnej - a patrzyłem na niego prosto z okien mieszkania rodziców przy Wrocławskiej - zebrał się kilkusetosobowy tłum, złożony głównie z kibiców Ruchu, głośno domagających się zwolnienia zatrzymanych. Milicjanci wzywali posiłki ze szkoły milicyjnej w Katowicach, zrobiła się niezła zadyma - wspomina Antoni Piechniczek.

 

Kiedy w „Uroczej” grano w ping-ponga...

Ale to dygresja; wróćmy do zasadniczego wątku opowieści, a więc węgiersko-polskich kontaktów piłkarskich w II połowie lat 50. Już po węgierskiej rewolucji - ale przed Honvedem - w Polsce gościł Csepel Budapeszt. Słowo „gościł” jest jak najbardziej na miejscu. Węgrzy przyjechali na trzy tygodnie; pobyt zaczęli (17 lutego 1957) od potyczki z Ruchem w Chorzowie (wygrywając 1:0), a potem... wyjechali z „Niebieskimi” na zgrupowanie do Wisły!

 

Z tej samej kategorii