„Na kacu dłonie pocą się bardziej niż zwykle” - tego nie wie nikt!

Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek? - pytał latem 1982 roku Bogdan Łazuka, gdy biało-czerwoni uganiali się za piłką po hiszpańskich boiskach. 3 maja przywołany przez artystę selekcjoner skończył 75 lat.

Polacy - wracając do hiszpańskiego mundialu - w owym 1982 roku uganiali się tak szybko i dobrze, że na koniec - wracając do ojczyzny z medalami - dogonili marzenia własne i kilkunastu milionów polskich kibiców, umęczonych trwającą od kilku miesięcy w kraju wojskową dyktaturą. Odpowiedź na „Łazukowe” pytanie była tyleż zaskakująca, co banalna. Ale przecież idealna, by biografię Antoniego Piechniczka, napisaną przez Beatę Żurek i Pawła Czado zatytułować właśnie tymi słowami: „Tego nie wie nikt”. Czy do prawie 400 stron lektury można dołożyć jeszcze kolejne elementy i uniknąć powtórzeń i banału? Zadanie cokolwiek karkołomne, bo autorzy - wespół z bohaterem - solidnie odrobili „zadanie domowe”. Ale... spróbowaliśmy. Tym bardziej, że przecież okazja i pretekst były wyjątkowe: 3 maja pan Antoni świętował 75. urodziny. Pogoda w środku wiosny (!) w tym roku w jego ukochanej Wiśle - i nie tylko - sprzyjała temu, by w wymarzonym domu na beskidzkich stokach, górującym nad górskim kurortem, zasiąść przy kominku i posłuchać tych opowieści, które we wspomnianym wydawnictwie się nie znalazły w ogóle albo zostały jedynie „zamarkowane”. - Uznałem, że pewne historie zabiorę ze sobą do grobu - wciąż zastrzega Piechniczek, co - w kontekście mody na skandalizujące (auto)biografie - budzi szacunek. - Nie chciałem przybierać maniery niektórych autorów, używać pojęć z kategorii „drobny pijaczek”. Zawsze wolałem w postawę: „Jak ja bym się zachował na czyimś miejscu”, niż piętnowanie konkretnego człowieka.
Skandalizowania - którym dzisiejsze media karmią swych odbiorców - w naszej rozmowie nie było, nie ma go więc i w tym tekście. Ale czy to znaczy, że nie warto Szacownego Jubilata posłuchać i poczytać?

Rozdział I: „W życiu już na ten Ruch nie pójdę!”

Wychowałem się w sąsiedztwie dwóch wspaniałych aren piłkarskich: Stadionu Śląskiego i - przede wszystkim - obiektu przy Cichej. Przez prawie dekadę miałem okazję zobaczyć na nich niemal wszystkich wielkich ówczesnej piłki, jacy tylko przyjechali na Śląsk. Pele, di Stefano, Netto, Jaszyn, Schrojf, Masopust - to rozbudzało wyobraźnię młodego chłopaka. Miałem 12 lat, gdy Ruch ogłosił nabór do trampkarzy. Prowadziło go dwóch ówczesnych graczy ligowej drużyny. Podzielili nas na zespoły. Jako że byłem wyrośnięty, postawili mnie na stoperze. Przez kwadrans gierki miałem... jeden kontakt z piłką, bo rywale raz podeszli pod naszą bramkę! Przez resztę czasu moi pomocnicy i napastnicy grali na ich połowie. Nie mogłem w żaden sposób zwrócić na siebie uwagi, więc nie wybrano mnie do treningów w trampkarzach „Niebieskich”. Wróciłem zdegustowany, rzuciłem torbę w kąt i pomyślałem: „W życiu już na ten Ruch nie pójdę!”. Ale wiedziałem, że sport to moje przeznaczenie. Codziennie piłka na podwórku, rower, w zimie - narty na Apostelbergu, czyli górce na granicy Chorzowa, Kochłowic i Panewnik. W szkole średniej - czyli technikum hutniczym - nie rajcowały mnie te wszystkie stale SW9, SW18... Za to wszyscy widzieli ten mój sportowy zapał. Miałem 16 lat, mój nauczyciel WF - po telefonie z technikum górniczego - wysłał mnie i resztę drużyny szkolnej na mecz na Klimzowiec. Sędziował go profesor Murgot, który w ten sposób wyłapywał talenty. Dość szybko podszedł do mnie w trakcie gry. „Jeżeli nie trenujesz w żadnym klubie, przyjdź jutro na zajęcia do Zrywu” - zaprosił. I tak się zaczęło to moje klubowe kopanie. Żyłem piłką każdego dnia, w każdym momencie. „Grasz u Murgota? To biegnij na trening! Szkoda tu twojego czasu” - mówił mi facet ze szkolnych warsztatów na początku zajęć u niego. Po dwóch latach tych treningów już jechałem z reprezentacją Śląska trenera Ewalda Cebuli na turniej na Riwierę Francuską. No i dojrzewałem do decyzji o studiach na warszawskiej AWF!

Z tej samej kategorii