A gdzie był Ernest, kiedy Gerard bił Ruskich?!

No właśnie; dlaczegóż w składzie reprezentacji Polski na mecz ze Związkiem Radzieckim zabrakło jednego z najwybitniejszych piłkarzy lat 50. i 60.? Ernest Pohl do dziś dzierży przecież tytuł najlepszego snajpera wszech czasów, a i w reprezentacji jego dorobek strzelecki - 39 goli w 46 meczach (średnią 0,84 ustępuje wyłącznie Erenstowi Wilimowskiemu) - jest imponujący. A jednak w owym największym piłkarskim święcie tamtej epoki w naszym kraju zabrzanina zabrakło!

Ernest Pohl
 /  fot. archiwum  /  źródło: newspix.pl

Tajemnica jego nieobecności kryje się w małej notce, zamieszczonej w „Sporcie” z 23 sierpnia 1957 roku, pod relacją z meczu Górnik - Legia (3:2). „Jak nas poinformował kierownik sekcji piłkarskiej Górnika, pan A. Kamiński, dwaj czołowi piłkarze tego klubu, Ernest Pohl i Edmund Kowal (w meczu z warszawianami już nie zagrali - dop. DL), mają być na najbliższym posiedzeniu zarządu zawieszeni na okres pół roku za niesportowy tryb życia” - napisano wówczas. I kilka dni później „słowo stało się ciałem”: duet wybitnych przecież napastników rzeczywiście otrzymał półroczne kary „sportowej banicji”. To była ostateczność - Zoltan Opata nie był w stanie opanować alkoholowego nałogu wspomnianej dwójki żadnymi innymi metodami.

CZEGO JESZCZE NIE WIESZ O MECZU POLSKA - ZSRR Z 1957 ROKU - ZNAJDZIESZ TUTAJ

Niespełna miesiąc później Kowal i Pohl dostali jednak szansę złożenia „żalu za grzechy” i zadeklarowania „mocnego postanowienia poprawy”. Zbliżała się decydująca faza ligowej rywalizacji, Górnik miał szansę na pierwszy w historii tytuł mistrzowski, a supersnajperzy przydaliby mu się w tym bardzo. Zaczęto o tym mówić przed meczami z Ruchem i Gwardią Warszawa, które stać się miały krokami milowymi (gwardziści byli liderem tabeli). „Epi” (pseudonim Kowala) wziął się solidnie do pracy, trenuje nawet więcej, niż ustaliłem mu jako normę. Zresztą uważam, że nie tylko on sam był winien, ile po prostu zbyt łatwo uległ złym wpływom kolegów i znajomych. Teraz stał się innym człowiekiem. Ani w sporcie, ani w życiu prywatnym nie mogę mu niczego zarzucić” - mówił Opata „Sportowi” przy okazji meczu z „Niebieskimi”. Potem jednak smutniej... „Pohl pokazał się wprawdzie w okresie pięciu tygodni dwa razy na zajęciach, ale ja tego nie nazywam treningiem. O jego powrocie na razie nie może być mowy” - dodawał. Węgier „złamał się” dopiero przed dwoma ostatnimi kolejkami ligowymi; genialny snajper wrócił i w dwóch grach strzelił... siedem bramek. Było to już jednak trzy tygodnie po meczu ze Związkiem Radzieckim.
Spotkanie z ZSRR wykreowało „na wieki” legendę Gerarda Cieślika. Ernest Pohl - mimo równie znaczącej klasy i osiągnięć - takiego jednego, legendarnego, spotkania w kadrze w swym CV nie ma. Na Śląskim po prostu go nie było...


Komentarze (11)

Napisz komentarz
No photo
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
~HAnyseKSG
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
do ~CŻPG:
No photo~CŻPGUżytkownik anonimowy
22 paź 17 12:01 użytkownik ~CŻPG napisał
Czy Brychczy był zawodnikiem Górnika? Bo tak piszecie jakby był.
Brychczy był wychowankiem Pogoni Nowy Bytom, potem grał w ŁTS Łabędy i trafił do Piasta. Z Piasta wojsko ściągnęło do Legii i pozostał w niej, nie dlatego, jak pisze Hanys, bo ....dostał mie
Cwaniaczku,
Lucjan Brychczy nie był nigdy zawodnikiem Górnika ale po odsłużeniu w Legii deklarował chęć gry w Zabrzu.
W Chorzowie go nie chcieli i źle potraktowali a do twojego p(i)astucha to nikt nie chciał iśc.

"Pierwsze piłkarskie szlify zbierał w miejscowej Pogoni, a także w gliwickim ŁTS Łabędy. Pierwsze rozczarowanie przyszło, podczas testów w ukochanym Ruchu Chorzów, które nie przyniosły mu miejsca w zespole. Warto dodać, że przed grą treningową, celowo dano mu wtedy za duże buty, by nie wypadł za dobrze. Kto wie, czy przez ten incydent Niebiescy nie stracili następcy Ernesta Wilimowskiego i godnego partnera dla Gerarda Cieślika.
Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, władze musiały solidnie się napracować, by przekonać go do pozostania w stolicy. Z jednej strony najlepsza drużyna w kraju, w barwach której Brychczy bardzo się rozwinął, z drugiej jednak żona, która mieszkała na Śląsku, a także koledzy: Ernest Pol i Edmund Kowal, którzy namawiali Kiciego do gry w Górniku Zabrze.
Chytry plan miał na celu przekonanie Małgorzaty do przyjazdu do Warszawy. Prawdopodobnie największą zasługę w powodzeniu misji trzeba przypisać ojcu piłkarza, który miał wielki posłuch u małżonków. Zamieszkali przy Świętokrzyskiej. I tak pozostaje do dziś."
http://rfbl.pl

Z ziemi śląskiej do Warszawy

"Wyżej opisane procedery były najbardziej popularne w latach 70 i 80 poprzedniego wieku, ale CWKS miał nadludzką moc przyciągania do siebie najlepszych piłkarzach o wiele wcześniej. Niewiele brakowało, a inna z legend Legii wcale, by nią nie została. Chodzi o Lucjana Brychczego, który po odbyciu dwuletniej służby chciał wracać na Śląsk, konkretnie do Piasta Gliwice. Oczywiście działacze warszawskiego klubu, wiedząc jakiej klasy piłkarzem jest „Kici” za nic w świecie nie chcieli go puścić.
Jedynym sposobem było przekonanie najbliższych Brychczego do pozostania w stolicy. To ludzie związani z PZPR umieli robić naprawdę wyśmienicie. Ojcu piłkarza wysnuto wizję o tym, jak jego syn będzie służył dla dobra kraju i podtrzyma rodzinną tradycję, a żonie obiecano duże mieszkanie na Mokotowie. Rzeczywistość okazała się trochę inna, ale zadanie zostało wykonane."

– „Zgodziłem się, bo obiecano, że będę mógł po roku odejść do Górnika. A mnie bardzo zależało, żeby grać w jednej drużynie z Polem i Kowalem. W 1958 roku czekało już na mnie mieszkanie w Zabrzu, poza tym moja żona nie chciała przenosić się do stolicy. Podobno w sprawie mojego transferu interweniował nawet Edward Gierek. Nic to nie dało. Powiedziano mu, żeby nie mieszał się w sprawy wojskowe” – wspominał później Brychczy.
http://rfbl.pl
22 paź 17 22:32 | ocena:100%
Liczba głosów:6
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
~HAnyseKSG :
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
Dlaczego do skutku nie doszedł „transfer” Gerarda Cieślika do CWKS-u ?

Był to nieliczny przypadek, kiedy stołeczny klub poczuł, że nie jest ponad wszystkimi.

"Przed zesłaniem do Legii uratowała go interwencja jednego ze śląskich dygnitarzy,
który wybłagał najważniejsze osoby w kraju o pozostawienie piłkarza w Chorzowie.

W Warszawie nie udało się zatrzymać Ernesta Pohla i Edwarda Szymkowiaka.
Ta dwójka odbyciu obowiązkowej służby nawet nie chciała słyszeć o pozostaniu w stolicy."
23 paź 17 01:17 | ocena:100%
Liczba głosów:6
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
~HAnyseKSG :
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
Wielkie HALO bo w tym meczu z ZSRR nie grał Ernest Pohl,
- który notabene był zawieszony i nie mógł zagrać.
A dlaczego w meczu eliminacji do MŚ-78 r. z rzeźnikami z Anglii nie zagrał żaden z ówczesnych
reprezentantów chorzowskiego Ruchu ?
- W tym w/w meczu brutalnie został poturbowany Włodzimierz Lubański z Górnika Zabrze.
Przez odniesioną wówczas kontuzję W. Lubański przez kolejne dwa lata pauzował lecząc ten uraz
i tym samym pozbawiony był gry zarówno w reprezentacji jak i w swoim rodzimym klubie z Zabrza.
23 paź 17 03:54 | ocena:83%
Liczba głosów:6
83%
17%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii