Jak „mały łącznik” Ruskich pobił

Dokładnie 60 lat temu rozegrano na Stadionie Śląskim spotkanie, które mieści się w czołowej piątce najważniejszych występów w piłkarskiej historii biało-czerwonych.

O tym meczu... w zasadzie napisano i powiedziano już wiele. Bardzo wiele. W przeciwieństwie do równie legendarnego starcia Polski z Brazylią podczas mundialu 1938, zachowały się przecież fragmenty filmowe, dokumentujące mecz ze Związkiem Radzieckim. Żaden szanujący się kibic futbolu w kraju nie mógł ich nie widzieć. Tak jak żaden z nich nie odmówi Gerardowi Cieślikowi miana legendy polskiej piłki - właśnie za to spotkanie (numer 40 w jego reprezentacyjnym CV), w którym - mówiąc kolokwialnie - pobił Ruskich.

Aspekt czysto sportowy tego meczu niby jest oczywisty, a przecież wokół niego też narosło wiele legend, emocji, czasem i przekłamań. Nie ma na przykład wątpliwości, że przez kilka miesięcy poprzedzających sam mecz toczyła się batalia - również na łamach „Sportu” - o udział w nim „małego łącznika” z Cichej. Kapitan związkowy - czyli selekcjoner według ówczesnej nomenklatury - Henryk Reyman mocno bił się z myślami. 30-latek wydawał mu się już... za stary na sprostanie reprezentacyjnym wyzwaniom. W rozegranym trzy tygodnie wcześniej meczu z Bułgarią w Sofii (1:1), Cieślika zabrakło. Zresztą nie tylko jego, ale i asystującego mu przy pierwszej bramce Henryka Kempnego. Tenże nad tournée z biało-czerwonymi - 24 września, pod szyldem „reprezentacji Warszawy”, grali na otwarcie Camp Nou z FC Barceloną; pięć dni później z Bułgarami - przedłożył bowiem... własny ślub.

… by nie mieć bumelki

Wróćmy wszak do Cieślika, który na kartach swej biografii „Urodzony na boisku” wspomina, jakoby kadra przygotowania do meczu zaczęła bez niego. Dołączyć miał do niej dopiero po - a raczej w trakcie... - sparingu reprezentantów z kadrą Śląska. „Wróciłem po nim do domu i akurat z żoną jadłem kolację, gdy ktoś zapukał do drzwi. Otwieram - Ewald Cebula. „Otrzymałeś dodatkowe powołanie” - oznajmił. Chciał, abym pojechał od razu, jego samochodem. Ale (…) najpierw musiałem zgłosić wszystko u szefa w pracy, aby nie mieć bumelki” - czytamy.


Tak naprawdę biało-czerwoni - zakwaterowani w... Wojewódzkim Ośrodku Szkolenia Partyjnego w Katowicach, a trenujący na obiektach Pogoni i Słowiana oraz w Sosnowcu - grali wtedy z Cracovią, a „mały łącznik” (uczestniczący w zgrupowaniu od samego początku) nie tylko rozegrał całe spotkanie w ich szeregach i nie tylko strzelił pierwszą bramkę (było 2:0), ale i zapracował na „achy i ochy” prowadzących zajęcia Tadeusza Forysia i Ewalda Cebuli. A że obecność na zgrupowaniu trzeba było zgłaszać w pracy - to inna rzecz. Piłkarze musieli na ten czas brać urlopy - zwykle bezpłatne...

 

Z tej samej kategorii