Tango w marcowej zawierusze, czyli jak hartowali się mistrzowie świata

Polska - Argentyna 1976
 /  fot. Halina Pindór  /  źródło: SPORT

Bywają mecze, które od razu przechodzą do historii - jak 2:0 z Anglią czy 4:1 z Holandią na Stadionie Śląskim. Są i takie, które „ważności” nabierają dopiero za parę lat. Ten z 24 marca 1976 roku - a więc dziś „dziarski czterdziestolatek” - należy do tej drugiej kategorii.

W momencie rozegrania znaczenie miał przede wszystkim dla Argentyńczyków; to oni szukali rewanżu za (niespodziewaną) porażkę sprzed niespełna dwóch lat w finałach MŚ w RFN. To dla nich też wygrana z trzecią drużyną globu była z pewnością sprawą prestiżową. Dla Kazimierza Górskiego - „co najwyżej” próbą uzupełnienia medalowego składu olimpijskiego i mundialowego o nowe postaci. W końcu w październiku poprzedniego roku, po przegranych eliminacjach Euro'76, pożegnał m.in. Mariana Ostafińskiego, Bronisława Bulę, Joachima Marxa i Roberta Gadochę.

 

Choć grano towarzysko, na chorzowski obiekt przyszło - według różnych źródeł - od 60 („Piłka Nożna”) do 70 tysięcy („Sport”) widzów.

 

Zimowa opresja

A przecież marcowa pogoda wcale nie sprzyjała odwiedzinom stadionu! „Już w niedzielę zmobilizowano ekipę 50 junaków OHP, którzy przez cały dzień walczyli ze śniegiem. (...) W poniedziałek w sukurs pospieszyło im wojsko” - donosił „Sport” informując, że „białego puchu spadło setki ton” i apelując o wyrozumiałość dla organizatorów, jeśli nie uda się do środy oczyścić wszystkich miejsc siedzących: „Postanowiono bowiem, że w pierwszym etapie oczyszczone zostaną przejścia między sektorami”.


Zima nie zamierzała odpuszczać, ale w dzień meczu płyta przygotowana była do gry najlepiej, jak to możliwe. Za to wokół niej zalegały wielkie zwały śniegu, na podobieństwo nieodległych przecież hałd kopalni „Gottwald” czy „Kleofas”... Piłkarzom jednak nie przeszkadzały.

 

Myślami w ojczyźnie

Niewiele natomiast brakowało, by mecz nie odbył się... z zupełnie innego powodu. - Widać było na rozgrzewce, że Argentyńczycy są mocno nieswoi - wspomina Paweł Janas, jeden z sześciu debiutantów w polskiej ekipie, powołanych przez Kazimierza Górskiego (sam szkoleniowiec mówił o siedmiu, ale Wojciech Rudy zaliczył występ przeciwko Kanadzie półtora roku wcześniej; grała co prawda w zasadzie młodzieżówka, prowadzona przez Andrzeja Strejlaua, ale „nikt nie kwestionuje oficjalnego charakteru pojedynku” - przypominał Andrzej Gowarzewski w monografii biało-czerwonych (swoją drogą - właśnie ukazał się 6. tom encyklopedii piłkarskiej FUJI, poświęcony reprezentacji Polski w latach 2008-2015; fascynująca lektura!).

Z tej samej kategorii