Entliczek, pentliczek - to zrobił Piechniczek!

Antoni Piechniczek - polski pilkarz, trener pilkarski, szkoleniowiec reprezentacji Polski.
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

35 lat temu reprezentacja Polski została trzecią drużyną świata. O tamtych wydarzeniach opowiada trener Antonii Piechniczek.

JAKUB KUBIELAS: Jak dziś czuje się trener, który doprowadził reprezentację Polski do trzeciego miejsca na świecie?
ANTONI PIECHNICZEK: - Bardzo mocno przeżywam tę okrągłą rocznicę naszego sukcesu. Cieszę się bardzo, że - mimo upływu tylu lat - forma fizyczna i psychiczna mi dopisuje.


Jechaliście na mundial do Hiszpanii w ciężkim dla Polski okresie. Byliśmy w środku stanu wojennego. Od listopada 1981 roku zespół nie rozgrywał z tego powodu żadnych meczów towarzyskich. W takich okolicznościach trudno przygotować drużynę do turnieju, jakim są mistrzostwa świata?
ANTONI PIECHNICZEK: - Wszyscy, i wtedy, i teraz, czujemy się Polakami i cieszymy się, że żyjemy w naszej pięknej ojczyźnie. Właśnie z tego powodu, że okres dla nas wszystkich był niełatwy, marzyło się nam, aby wypaść na mistrzostwach jak najlepiej. Chcieliśmy dać kibicom i wszystkich rodakom jak najwięcej radości i zafundować im jak najlepszy występ. Chcieliśmy dostarczyć ludziom jak najlepszych wrażeń. To był nasz cel podstawowy. A gdy idzie o przygotowania, to mimo wszystko ułożyliśmy bardzo bogaty program przygotowawczy, choć żadne reprezentacje nie chciały z nami grać. Rozpoczęliśmy od styczniowego obozu w Wiśle, który trwał 12 dni. To był początek stanu wojennego. Ale zima była przepiękna, leżało bardzo dużo śniegu, turystów nie było. Gdy szliśmy w góry na wycieczkę czy zabawę biegową, musieliśmy powiadomić Wojska Ochrony Pogranicza, że idziemy trenować, a nie uciec z Polski, przekraczając granicę.


A co z meczami kontrolnymi? Zamiast z innymi reprezentacjami, graliście z drużynami klubowymi.
ANTONI PIECHNICZEK: - Tak, ale były to bardzo wartościowe spotkania i staraliśmy się wykorzystać te sparingi z nawiązką. Rozegraliśmy 14 meczów. Wygraliśmy jedenaście, dwa zremisowaliśmy i przegraliśmy tylko jeden, stosunek bramek 62:12. To pozwalało myśleć, że jesteśmy w dobrej formie i na mistrzostwa jedziemy z nadzieją. Mieliśmy też świadomość, że w październiku 1981 roku ograliśmy ówczesnych mistrzów świata, Argentyńczyków 2:1 na ich terenie w Buenos Aires. Oczywiście nie oznaczało to, że jedziemy do Hiszpanii w roli faworyta, ale mieliśmy przekonanie, że stać nas na wiele. Na tyle, na ile pozwalała sytuacja, korzystaliśmy. Udało nam się nawet w maju wyjechać na rekonesans do Hiszpanii. Byliśmy w Vigo i w La Corunie, gdzie później przyszło nam grać mecze mundialowe.


Przed turniejem jakichś wielkich nadziei związanych z waszym występem jednak nie było.
ANTONI PIECHNICZEK: - Jeśli ktoś, jakaś gazeta czy program telewizyjny, próbuje przekonać, że nie ma wielkich nadziei, to trudno jest wyprowadzać autora takich twierdzeń z błędu przed turniejem. Życie wszystko weryfikuje. Można w tym miejscu przypomnieć 1978 rok. Jechaliśmy na mundial do Argentyny z nadzieją, że zawojujemy świat, zagramy w finale. Wyszło jak wyszło. Dlatego do dywagacji: „co będzie i jak będzie” nie należy przywiązywać wagi. Po co być gołosłownym? Jestem przekonany, że za rok do Rosji drużyna prowadzona przez trenera Nawałkę pojedzie mniej więcej z takimi oczekiwaniami, jak zespół trenera Gmocha do Argentyny.


Pierwsze dwa mecze w Hiszpanii, z mocnymi przeciwnikami, może nie były w waszym wykonaniu słabe, ale ich oddźwięk w Polsce nie był zbyt pozytywny.
ANTONI PIECHNICZEK: - Naszym założeniem było przede wszystkim nie przegrać pierwszego meczu z Włochami, bo jest to kategoria ogromnie ważna na takich turniejach. Zawsze możesz bowiem liczyć na to, że szansa wyjścia z grupy jest. Przegrana komplikuje sytuację. Mieliśmy tego najlepszy dowód na niedawnych mistrzostwach Europy U-21. Przegraliśmy ze Słowacją i już znaleźliśmy się w arcytrudnej sytuacji. Gdybyśmy zremisowali 1:1, a taki wynik utrzymywał się na boisku dość długo, to można było inaczej na to wszystko popatrzeć. Podobnie było z nami. Z Włochami graliśmy niezły mecz. Wszyscy kibice mieli jednak przed oczyma wielkie zwycięstwo z tą drużyną z 1974 roku. Każdy liczył, że historia musi się powtórzyć. Tak się nie stało, bo przede wszystkim Włosi byli lepszym zespołem - ostatecznie wygrali przecież te mistrzostwa. O wartości Kamerunu wiedziałem sporo. Zimą pojechałem bowiem do Libii na Puchar Narodów Afryki i widziałem tę drużynę w kilku meczach. Wiedziałem, że to nieobliczalny zespół, o bardzo dobrych warunkach fizycznych. Szybcy, skoczni chłopcy. Wkładali głowę tam, gdzie inni bali się włożyć nogę. To był arcytrudny i ciężki mecz, chociaż chcieliśmy go wygrać. Zagraliśmy bardzo ofensywnie, wycofałem nawet Waldemara Matysika. Mściło się to na boisku tym, że mieliśmy problem z wywalczeniem piłki w środku pola. Kilka razy na wysokości zadania stanął Józef Młynarczyk.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~JanekUżytkownik anonimowy
~Janek :
No photo~JanekUżytkownik anonimowy
Nuta znów ta Historia ...a Górnika zdobył mistrza ,Ruch itd ileż można już skończcie z tym!Napiszcie że teraz mamy jedną z najsłabszych lig Europy itp.
16 lip 10:47 | ocena:100%
Liczba głosów:1
0%
100%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii