„Poznałem smak szampana”, czyli 95 lat temu na stadionie Hungarii

W niedzielę mija 95. rocznica pierwszego międzynarodowego meczu polskiej „reprezentatywki”. Przypominamy - cytatami z oryginalnych prasowych relacji - ową historyczną dla naszego futbolu potyczkę z bratankami znad Dunaju.

Zorganizowanie owego pierwszego spotkania międzypaństwowego nie było wcale sprawą prostą. Choć Polski Związek Piłki Nożnej oficjalnie funkcjonował już od dwóch lat, wciąż jeszcze nie był członkiem FIFA, a ta organizacja zakazywała organizowania meczów swych członków z reprezentacjami krajów jeszcze do niej nie należących. Dawało się to jednak „obejść” - jak pokazał grudzień 1921 roku.

 

Zapewne więc względy zupełnie inne zdecydowały o tym, że choć aktywne w tym czasie były na arenie międzynarodowej m.in. reprezentacje Szwecji, Francji, Austrii czy Czechosłowacji, żadna z nich nie została pierwszym historycznym rywalem biało-czerwonych. Nad Loarę czy przez Bałtyk do Skandynawii podróż była kosztowna, z południowymi sąsiadami już wtedy „handryczyliśmy” się o kształt granicy, Austriacy zaś - po wstępnej zgodzie i wyznaczeniu nawet terminu potyczki (3 lipca 1921), nie kontynuowali tematu.

 

Taktyka z... piwnej piany

Podjęli za to rękawice Węgrzy, co nie mogło być wielkim zaskoczeniem. Z klubami węgierskimi jeszcze we wcześniejszej dekadzie boje boiskowe toczyły m.in. kluby krakowskie, a sama reprezentacja tego kraju - mająca na koncie już kilkadziesiąt gier międzypaństwowych - szukała rywali mogących rozszerzyć listę dotychczasowych przeciwników.

 

„Eksportowała” zresztą swą myśl taktyczną; trenerem pierwszego piłkarskiego mistrza Polski, Cracovii, był przecież Imre Pozsonyi, którego jego ówczesny podopieczny - i uczestnik reprezentacyjnego debiutu biało-czerwonych - Stanisław Mielech, nazywał wprost „twórcą szkoły krakowskiej”. „Był znakomitym gimnastykiem i teoretykiem, znawcą stylu szkockiego, którego zawiłości umiał bardzo przystępnie tłumaczyć. Robił to nie na boisku, a w... kawiarni Bizanca. Maczając palec w piwie, wykreślał nam na blacie stolika pozycje zawodników i wyjaśniał, jak w danej pozycji należy zagrywać, jak się ustawiać, jak uwolnić od przeciwnika” - pisał w swych wspomnieniach („Gole, faule i ofsajdy”).


Nic dziwnego, że właśnie Pozsonyi wskazany został przez władze polskiej piłki jako ten, który już bezpośrednio zza linii bocznej pokierować ma polskimi debiutantami na stadionie w Budapeszcie. Trzynastkę zawodników, w trakcie pięciu gier kontrolnych - dwóch wewnętrznych, między „teamem A” i „teamem B” oraz w potyczkach z Bielskiem (3:1), Lwowem (9:1) i Krakowem (3:1) - wyselekcjonował mu Józef Szkolnikowski - współzałożyciel, bramkarz, kapitan i prezes Wisły (to on był pomysłodawcą nazwania w ten sposób zespołu szkolnego, który stał u kolebki klubu), wiceprezes PZPN i szef Wydziału Gier.

 

A że to właśnie do kompetencji tegoż ostatniego organu należało wytypowanie zawodników do reprezentacji, jemuż Andrzej Gowarzewski w 2 tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI (poświęconej biało-czerwonym w okresie 20-lecia międzywojennego) przyznał miano pierwszego polskiego selekcjonera! Szkolnikowskiego w Budapeszcie zabrakło (ze względu na obowiązki wojskowe), wspomniany wydział reprezentował w stolicy Węgier prof. Jan Weyssenhof. Poza nim - oraz trenerem i piłkarzami - w skład skromnej ekipy wchodzili jeszcze: prezes PZPN, dr Edward Cetnarowski; dzienikarze - Kazimierz Biernacki („Rzeczpospolita”), Henryk Leser („Tygodnik Sportowy”) i Edmund Szyc („Sport Ilustrowany”); prof. Wacław Babulski - kibic, działacz i animator sportu w Krakowie; wreszcie Edward Kleinadel z Warszawy, ówczesny... mistrz Polski w tenisie.

Z tej samej kategorii