Z Bytomia, przez Sosnowiec, do Gdyni - zezowate szczęście „Szeryfa”

W piątkowy wieczór Arka podejmowała Zagłębie Sosnowiec. Na trybunach zasiadł m.in. Stefan Kliński, rocznik 1947. To bodaj jedyna postać łącząca oba kluby w ich bogatych przecież dziejach.

Pochodzi nie z Sosnowca i nie z Gdyni. Urodził się w Bytomiu, gdzie u progu lat 60. rywalizacja Polonii z Szombierkami rozgrzewała „kresowiaków” i „hanysów”. - Z ulicy Jagiellońskiej mogłem trafić tylko do Szombierek. Wystarczyło, że przeszedłem pod mostem i już byłem na stadionie - wspomina Stefan Kliński. Tym starym stadionie, przy kopalni i torach kolejowych właśnie. Gdy przejeżdżał pociąg z górniczym urobkiem, trybuny i płytę boiska spowijał tuman dymu i sadzy z komina parowozu...

 

Czy sprawiło to takie właśnie - jak powiadają na Śląsku - „masne” powietrze, czy po prostu wrodzony talent - nie wiadomo. Wiadomo, że kiedy Kliński pierwszy raz przyszedł na trening bytomian, miał niespełna 16 lat. - I bardzo szybko dostałem powołanie do reprezentacji Polski juniorów, a trener Henryk Suchy wziął mnie do pierwszej drużyny Szombierek. W klubowym zespole juniorskim nie zagrałem właściwie żadnego spotkania - mówi nasz bohater.

 

Od Wilima warto się uczyć

Akurat te dwa fakty okazały się dość znaczące dla jego późniejszych losów; selekcjonerem juniorskiej kadry był Jerzy Słaboszowski, który nieco ponad dekadę później doprowadzi do zwrotu w życiu Stefana Klińskiego - piłkarza i człowieka. A szybki awans do zespołu, w którym występowali m.in. Jan Matysek (ojciec Adama), Paweł Sobek, Aleksander Mandziara, Helmut Nowak czy bracia Wilimowie, dał młodemu chłopakowi potężnego „kopa”.
- Niewielu widziałem takich stoperów, którzy - wybijając piłkę z własnego pola karnego - głową potrafili ją posłać na środek boiska - zachwyci się pod koniec lat 70. Bogusław Kaczmarek, który przez rok będzie grać z Klińskim w barwach Arki.
- Tej techniki uderzania głową nauczyłem się właśnie od Jerzego Wilima - nie kryje Stefan Kliński.

 

Bo liczy się sport i dobra zabawa

Była jednak i druga strona szybkiego awansu chłopaka do ligowej piłki. - Szybko stał się pewny siebie. Talent miał ogromny, ale i trudny był charakterek - wspomina Henryk Peszke, który w sezonie 1963/64 grał jeszcze w I drużynie Szombierek, a przy okazji - trenował juniorów; miał więc „przez chwilę” Klińskiego pod swą opieką.

 

Nie on jeden mówi o „zadziornym młodzieńcu”. - Bardzo dobry stoper. Ale też bardzo lubił życie - śmieje się pół wieku później Helmut Nowak, kolejny z ówczesnych klubowych kolegów. Przy czym precyzuje, że nie chodziło wtedy wcale o napoje wyskokowe, ale dobrą zabawę i towarzystwo koleżanek. To zdanie Nowaka jest ważne - o czym za chwilę.

Z tej samej kategorii