Wielkie granie w małej śląskiej osadzie

Pięć razy przed wojną i raz - już w PRL - piłkarze Naprzodu Lipiny byli o włos od ekstraklasy. Nigdy do niej nie awansowali. Zagrali za to w półfinale... Pucharu Niemiec.

Lipiny - dziś „zapomniana przez Boga i ludzi” dzielnica Świętochłowic - na łamy gazet i strony portali internetowych powraca w zasadzie tylko raz w roku, w okolicach Bożego Ciała. To właśnie ulicami Lipin - zgodnie z wiekową tradycja - tego dnia przechodzą najbarwniejsze procesje, a chodniki, na co dzień zakurzone i pełne połamanych płyt i kostek brukowych, toną w pachnących płatkach kwiatów różnych gatunków.

O sporcie w Lipinach... właściwie nie wspomina się wcale. Kiedy kilka miesięcy temu odradzający się z piłkarskiego niebytu Śląsk Świętochłowice świętował awans z okręgówki do IV ligi, w tym samym czasie z tejże samej grupy okręgówki do A-klasy spadał Naprzód Lipiny. Dziś ta A-klasa to ledwie siódmy poziom rozgrywkowy. Ale były przecież momenty, w których mistrzostwo tak nazywanego szczebla zmagań piłkarskiej dawało prawo gry o awans do I Ligi Państwowej, czyli - w dzisiejszej terminologii - ekstraklasy!

Pukanie, pukanie...

Tak było choćby w roku 1929. Zawodnicy Naprzodu - klubu założonego w roku 1920 - zwyciężyli w rywalizacji dwugrupowej klasy A na Śląsku, przebrnęli też pierwszą fazę kwalifikacji do I ligi (zostawiając w pobitym polu Podgórze Kraków i RKS Radom), dopiero w finałowej ustąpić musiała pola ŁTSG Łódź. Dwa lata później - po kolejnym triumfie w Lidze Śląskiej - lipinianie zdystansowali tych samych rywali z Krakowa i Radomia, w półfinale zrewanżowali się łodzianom, ale w decydującym dwumeczu dwukrotnie (3:4 i 1:2) ulegli drużynie Wojskowego Klubu Sportowego 22 pułku piechoty z Siedlec.

Kontuzja - „niebezpieczny eksperyment”

Kolejna szansa przyszła w roku 1933. Ekipy z Sosnowca (Unia) i Krakowa (Olsza) nie okazały się trudnymi przeciwnikami. W półfinale czekał jednak Śmigły Wilno. Lipinianie u siebie przegrali 0:1, by tydzień później - w identycznych rozmiarach - odrobić straty na wyjeździe! Decydujący trzeci mecz odbył się w Warszawie na stadionie Polonii i miał zupełnie niezwyczajny przebieg. „Ślązaków od początku prześladuje pech: już w 2 minucie schodzi z boiska kontuzjowany ich bramkarz, Wysocki” - pisał „Przegląd Sportowy”. Wedle tejże relacji „złośliwy los sprzyjał wilnianom, drużynie niewątpliwie słabszej pod każdym względem. Ślązacy bowiem, jeśli chodzi o jakość gry, o jej styl, a przedwszystkiem o wartość napadu niewątpliwie górowali nad Śmigłym”. Jakości zabrakło także arbitrowi Przeworskiemu. „Popełnił wielki błąd, biorąc na swe barki prowadzenie tego rodzaju spotkania bez (…) sprawdzenia swej formy sędziowskiej i po dłuższej przerwie w prowadzeniu zawodów” - pisała stołeczna gazeta. Były bramkarz (Cracovia, Polonia) z 1 występem w reprezentacji, potem sędzia i działacz, nie zapanował nad emocjami zawodników. W II połowie usunął z murawy lipinian - Kalusa i Kanię. „Ślązacy, widząc beznadziejną sytuację, idą na niebezpieczny eksperyment: upada Nastula i schodzi z boiska, za chwilę t samo dzieje się z Moskalikiem. (…) Mecz musi być przerwany” - i tak się stało w 83 min, przy stanie 4:2 dla mających coraz większą przewagę liczebną wilnian. Mimo protestu składanego przez działaczy Naprzodu, PZPN nie decyduje się zarządzić powtórzenia, czy choćby dogrania 7 minut...

Śmigły, czyli gratulacje i gorycz

Dwa gole w tym starciu dla lipinian zdobył Ryszard Piec - 20-letni wówczas ledwie zawodnik. Już dwa lata później - jako zawodnik drużyny spoza I ligi! - trafi do reprezentacji. Pojedzie z nią na igrzyska olimpijskie do Berlina, i na finały mistrzostw świata do Francji, gdzie zagra w legendarnym (5:6) meczu z Brazylią. I „pokwituje” też oficjalne gratulacje za postawę w zespole narodowym, podpisane przez Naczelnego Wodza, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Tego samego, którego imię nosił wileński klub - przyczyna goryczy z roku 1933...

Nadzieje pogrzebane pudłem

W Lipinach - niewielkiej przecież osadzie - rodziły się liczne talenty piłkarskie. To stąd pochodził - grający w opisywanym meczu - Roch Nastula, przez trzy lata gwiazda Czarnych Lwów w I lidze, jej król strzelców w 1929. W sąsiednim Chropaczowie urodził się inny przedwojenny reprezentant grający w Naprzodzie, Erwin Michalski. Swoją drogą - autor ponoć najsłynniejszego pudła w dziejach klubu, z roku 1934, w meczu z sąsiadem zza miedzy, czyli Śląskiem Świętochłowice, o prawo gry w kwalifikacjach do I ligi. „Widownia stadionu w Lipinach nabita do ostatniego miejsca. Stan 1:1 - i rzut karny dla Naprzodu. Publiczność szaleje. Do strzału przygotowuje się Michalski. Rozbieg... strzał... i piłka poszybowała wysoko, daleko, na sąsiadujący z boiskiem cmentarz. Do dziś w Lipinach opowiadają, że Michalski pogrzebał jedną z największych szans awansu” - pisał „Sport” w roku 1960, w „reportażu z czasów zamierzchłych” w Lipinach.

Z tej samej kategorii