Łukaszowi Wijasowi pozostały tylko wspomnienia

Niezbyt skomplikowana - wydawałoby się - kontuzja stawu skokowego sprawiła, że kariera wychowanka GKS-u Katowice nagle została przerwana. Syn Jerzego Wijasa, byłego reprezentanta Polski, przeszedł siedem operacji, ale zdrowia nie odzyskał.

Łukasz Wijas
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: newspix.pl

W piątek minęło 7 lat od dnia ostatniej bramki, jaką dla GKS-u Katowice zdobył Łukasz Wijas. - Pamiętam to jak dziś. To był mój jedyny gol w I lidze. Graliśmy w Ząbkach z Dolcanem. Zacząłem na ławce, ale w przerwie trener Robert Moskal polecił mi się rozgrzewać. Zastąpiłem Gabrysia Nowaka. Około 70 minuty wyskoczyłem do dośrodkowania Tomka Hołoty i głową trafiłem do siatki. Przegraliśmy 2:3, a w „Sporcie” - za 45 minut - dostałem „piątkę”. Doczekałem się też ładnego zdjęcia... - zawiesza głos wychowanek klubu z Bukowej. Po chwili dodaje: - Dziś klub Ząbek próbuje się odbudować (gra w IV lidze mazowieckiej - przyp. red.), a mnie w piłce nie ma już od dawna.

 

Jesień w Piotrówce
Łukasz Wijas dokończył sezon w Katowicach, ale latem - wraz z sześcioma innymi zawodnikami - pożegnał się z „GieKSą”. Widać, nie pasował do koncepcji Dariusza Fornalaka, następcy wspomnianego Moskala. Swoją „przystań” znalazł w Piotrówce, którą prowadził Marek Koniarek i to był dla niego jedyny magnes. W barwach III-ligowego wówczas LZS-u rozegrał 14 meczów i zdobył 2 bramki. Z początkiem grudnia 2010 roku był już na testach w Zagłębiu Sosnowiec. Na tyle przekonał do siebie trenera Leszka Ojrzyńskiego, że 25 lutego 2011 roku podpisał kontrakt. Wielu mogło zadać sobie wtedy pytanie, czy hanys z krwi i kości zdoła zostawić zdrowie dla klubu ze Stadionu Ludowego, bardzo nielubianego przez Ślązaków. Okazało się, że mógł zostawić i to w dosłownym tego słowa znaczeniu...

 

Trzask słyszeli wszyscy
Gdy podpisywał umowę, nie przypuszczał, że w barwach Zagłębia zaliczy raptem trzy II-ligowe występy. Ten ostatni zapamięta do końca życia... - To było 15 kwietnia - rozpoczyna swą opowieść 32-letni dziś „Lary”. - Graliśmy u siebie z Elaną Toruń. W pierwszej połowie podkręciłem lekko lewy staw skokowy. W przerwie poprosiłem masażystę, by mi go zmroził. Nie przypuszczałem jednak, że to coś poważnego. Do tego doszły emocje, adrenalina... Wróciłem do gry, ale wytrwałem raptem 15 minut. Gdy biegłem sam z piłką, nagle mi coś strzeliło. Przewróciłem się z niesamowitym bólem, a trzask słyszeli chyba wszyscy na stadionie. Mój ojciec (Jerzy, 17-krotny reprezentant Polski, piłkarz m.in. GKS-u Katowice i Widzewa Łódź - przyp. red.) myślał, że zerwałem ścięgno Achillesa, ale potem okazało się, że „poszło” więzadło trójgraniaste, największe w stawie skokowym. Potrzebna była operacja.

 

Kostka jak bania
Działacze Zagłębia zaproponowali, by zawodnik poddał się jej w miejscowym szpitalu, ale ten odmówił. Wolał zapłacić i trafić w ręce specjalistów renomowanej kliniki w Bieruniu Starym. Przeprowadzone tam badanie rezonansem magnetycznym wykazało znaczne uszkodzenia i potwierdziło konieczność zabiegu. Próba rehabilitacji okazała się nieudana. Kostka po każdym, nawet najmniejszym wysiłku bolała i puchła jak bania. Łukasz musiał więc się poddać drugiej operacji. - Na dworze 40 stopni, a ja w łóżku z gipsem pod kolano. To była katorga - wspomina. - W trakcie rehabilitacji lekarz stwierdził, że mogę potruchtać, ale ból nadal był niesamowity, a noga ciągle puchła. Nie dawało mi to spokoju, więc kolejny raz poddałem się badaniu rezonansem magnetycznym. Okazało się, że niektóre więzadła są pozrywane! Dodatkowo odczuwałem spory luz w tym stawie. Mam ta zresztą do dzisiaj. Bardzo chciałem wtedy wrócić do zdrowia i dzięki pomocy menedżera Dawida Plizgi skontaktowałem się z kliniką w Monachium. Szybko udało się ustalić termin operacji, więc wsiedliśmy z ojcem w samochód, udając się w 12-godzinną podróż.

 

Facet, co ty mówisz?
Diagnoza zabrzmiała gorzej niż wyrok. Po badaniu USG i kolejnym rezonansie lekarz oznajmił, że niezbędne są dwie operacje, ale... bez gwarancji powrotu do zawodowego grania. - Facet, co ty mówisz? Przecież jestem w Niemczech, a ty jesteś fachowcem. Zrobisz mi te dwie operacje, przejdę rehabilitację i za maksymalnie pół roku wszystko będzie w porządku - mówi w emocjach Wijas. Wtedy miał nadzieję, że niemiecki doktor się myli. W trakcie pierwszej operacji w pięcie Wijasa umieszczone zostały dwie ogromne śruby, których zadaniem było wyprostowanie już solidnie zdeformowanej stopy. - W podbiciu zamontowano mi blachę podtrzymującą i dodatkowo skrócili ścięgno Achillesa. W klinice spędziłem 6 dni. By uśmierzyć potworny ból, podawano mi morfinę. Praktycznie leżałem bez ruchu. Chcąc napić się wody, natychmiast kręciło mi się w głowie. To jednak nic w porównaniu z drogą powrotną. 12 godzin podróży było czymś koszmarnym. Nikomu czegoś takiego nie życzę. Noga w przesiąkającym krwią gipsie i ten ogromny ból... Gdy wysiadłem z samochodu, odetchnąłem, że dotarłem do domu.

 

Śruby na pamiątkę
Po czterech miesiącach Łukasz Wijas wrócił do Monachium. Konieczne było bowiem wyciągnięcie śrub z pięty. - Dostałem je na pamiątkę. Nie są małe. Spokojnie można byłoby nimi skręcić szafę - uśmiecha się zawodnik, który liczył, że kłopoty zdrowotne ma już za sobą, że kolejna rehabilitacja będzie ostatnią. Choć noga została wyprostowana, to kostka nadal bolała i puchła. Trzeba ją było okładać lodem i nawet trucht sprawiał problem. - Ojciec łapał się za głowę i mówił, że to jest niemożliwe, by po tak długim czasie ta noga tak wyglądała - dodaje „Larry”, który za operacje w Niemczech zapłacił 34 tysiące złotych. Wtedy też podjął decyzję o honorowym rozwiązaniu kontraktu z Zagłębiem. - Poszedłem do prezesa Leszka Baczyńskiego i powiedziałem, że ciągnięcie umowy jest bez sensu, bo klub nie ma ze mnie żadnego pożytku. Otrzymałem dwie wypłaty do przodu i rozstaliśmy się w zgodzie - mówi Wijas.

 

Dół psychiczny
Stan zdrowia nie dawał u spokoju. Dzięki pomocy znanego fizjoterapeuty Wojciecha Spałka trafił do kliniki doktora Jacka Jaroszewskiego w Poznaniu. Po badaniach okazało się, że więzadła w stawie skokowym nie trzymają tak, jak powinny, a więzozrost piszczelowo-strzałkowy jest... zerwany. Noga nadawała się do kolejnego zabiegu, polegającego na wkręceniu kolejnej śruby. - Gdyby nie pomoc rodziców, barta i świętej pamięci dziadka, który wsparł mnie finansowo, to bym sobie z tym nie poradził - podkreśla nasz rozmówca. Po wyciągnięciu wspomnianej śruby Wijas liczył, że jego kłopoty wreszcie się skończą, bo przecież w kostce zostało naprawione już wszystko. Nic z tych rzeczy. Ból nie ustępował. - W ciągu 2,5 roku przeszedłem 7 operacji, za które sam zapłaciłem. W tym czasie częściej poruszałem się przy pomocy kul niż o własnych siłach - podkreśla Łukasz Wijas, który po ostatnim zabiegu zwyczajnie się podłamał. - Powiedziałem sobie: „dosyć tego”. Zastanawiałem się, ile razy można kłaść się na stół, całkowicie się znieczulać, dawać się kroić i później przechodzić katorgę podczas rehabilitacji, skoro nie ma z tego efektów. Psychicznie siadłem. Piłka była moją miłością i dawała chleb. Kochałem ją od małego, a teraz nawet nie mogę wyjść na „orlik”, by pokopać dla przyjemności. Nawet na bramce nie mogę stanąć, bo mogłoby dojść do kolejnego uszkodzenia - zwiesza głowę były zawodnik GieKSy, który - choć od tamtych wydarzeń minęło sporo czasu - nie może się pogodzić z tym, że jego kariera nagle została przerwana. Stracił bowiem coś bardzo cennego i zostały mu jedynie wspomnienia.

 

Z iskry ognisko
Jest jednak ktoś, kto w serce Łukasza wlewa optymizm, dzięki czemu nie widzi świata w tylko szarych barwach. - Tą osobą jest moja dziewczyna Edyta - uśmiecha się Wijas. - Jesteśmy ze sobą ponad dwa lata. Na pierwszym spotkaniu pojawiła się iskra, od której zapaliło się ognisko. Edyta wspiera mnie w trudnych chwilach, za co bardzo jej dziękuję. Zawsze jest przy mnie i obojętnie co by się stało, zawsze mogę na nią liczyć. To kobieta mojego życia! Pracuje jako asystent stomatologa, więc gdy zaboli mnie ząb, wiem gdzie mam się udać - podkreśla były piłkarz, który ma świadomość, że już nie wybiegnie na boisko, ale chciałby być przy futbolu, przekazać wiedzę młodzieży, ale musi ukończyć odpowiedni kurs. Ma jednak obawy, czy temu podoła... - Po operacjach pozostawałem bez pracy, a musiałem przecież z czegoś żyć. Skontaktowałem się z działaczami GKS-u, licząc na pomoc w znalezieniu jakiegokolwiek zatrudnienia, ale - mimo obietnic - do dziś nikt nie raczył mnie poinformować, że nie jest w stanie nic zrobić. O to do pewnych osób w klubie - którego jestem wychowankiem i zawsze będę miał w sercu - mam największy żal. Widać te osoby już zapomniały, kiedy po degradacji z ekstraklasy za ratowanie GieKSy wzięli się kibice i bazując za wychowankach udało się ją podnieść z kolan, robiąc w trudnych czasach awans za awansem od IV do I ligi.

 

Wzorem był ojciec
Po długich poszukiwaniach Łukasz Wijas znalazł pracę. Został zatrudniony w tłoczni produkującej elementy do samochodów. - Nie boję się powiedzieć, że jest to ciężka, fizyczna robota i to w trybie trzyzmianowym. Wracając do domu, marzę jedynie o odpoczynku... Gdy ponad rok temu się przyjmowałem, to niektórzy mnie kojarzyli z boiska. Nie wszyscy dawali wiarę w to, że mogę być „tym Łukaszem Wijasem”. Wielu łapało się za głowę, a starsi pytali czy naprawdę jestem synem Jerzego. Potwierdzałem, dodając przy tym, że ojciec był, jest i będzie moim wzorem. Zawsze marzyłem, by osiągnąć tyle co tata, ale - nie oszukujmy się - umiejętności miałem mniejsze. Bardzo żałuję, że nie mogłem go oglądać w akcji. W jego najlepszych latach nie było mnie jeszcze na świecie. Mam do niego olbrzymi szacunek.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~PabloUżytkownik anonimowy
~Pablo :
No photo~PabloUżytkownik anonimowy
I to jest prawdziwe dziennikarstwo. Mało już takich materiałów. Historia człowieka-sportowca. Jak każdego, kto coś robi i chce coś osiągnąc. Klasa.
1 maja 13:06 | ocena:100%
Liczba głosów:5
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~PiotrUżytkownik anonimowy
~Piotr :
No photo~PiotrUżytkownik anonimowy
Świetny artykuł ! Chłopak do podziwu!
1 maja 15:39 | ocena:100%
Liczba głosów:5
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~Kibic RuchuUżytkownik anonimowy
~Kibic Ruchu :
No photo~Kibic RuchuUżytkownik anonimowy
Napewno w życiu jeszcze coś osiągniesz. Jak nie w bali o w czyms innym! Edyta Cie poprowadzi! ;)
2 maja 06:28 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii