Janusz Wójcik wspomina IO w Barcelonie: Mówili, że jesteśmy na dopingu

Wspaniali, srebrni medaliści byli bardzo utalentowanym pokoleniem. Po igrzyskach w Barcelonie nadal było głodne sukcesów. Szkoda, że nie dano szansy tej ekipie, bo stać ją było na wiele więcej niż „tylko” srebro olimpijskie - zapewnia po 25 latach trener Janusz Wójcik

Janusz Wójcik
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Spóźnił się pan nieco na początek „Srebrnych godów srebrnych medalistów”, jednak brawa i owacja na przywitanie zrekompensowała chyba chwilową nieobecność?
JANUSZ WÓJCIK: Ucieszyłem się, że znów jestem w gronie najbliższych. Do Barcelony wybrałem najlepszy skład, jaki mógł być w tamtym momencie i tamten wybór sprawdził się nie tylko w meczach o stawkę, ale i w bardzo ciężkich przygotowaniach.

 

Gdy się po 25 latach ogląda powtórki olimpijskich występów, to ręce same składają się do oklasków...
JANUSZ WÓJCIK: Jak słusznie zauważyła pani Krystyna Loska – to był majstersztyk. Top Europy. Takie akcje, na takim gazie, kończone pięknymi bramkami, to dziś ogląda się jedynie w Lidze Mistrzów. Tylko najlepsi piłkarze mogli prezentować wówczas taki futbol.

 

Nie tylko umiejętności, ale i zdrowie, którego wam wszyscy zazdrościli, było waszym atutem!
JANUSZ WÓJCIK: Przed igrzyskami zastanawiałem się, jak chłopcy wytrzymają mecze w 40-stopniowym upale? Jak ich przygotować do tego? Pojechałem na warszawski AWF coś pokombinować. Spytałem doktora na jednej z katedr, jaką filozofię treningów przyjąć, ale usłyszałem od niego, że najlepiej w saunie poćwiczyć, potrenować. Porobić parę przysiadów, sporo gimnastyki. Pomyślałem wtedy – ten doktor chyba sam za długo w saunie siedział. Przygotowywaliśmy się więc po swojemu i trafiliśmy z formą. Zdrowie okazało podstawą wyników w Barcelonie.

 

Polska dziwiła się wtedy – jak to możliwe? Po kraju rozniosła się też wieść, że zdrowie i siły brały się z... kurczaków nafaszerowanych niedozwolonymi substancjami.
JANUSZ WÓJCIK: Przed wyjazdem na igrzyska „życzliwi” wysmarowali notatkę, że na 100 procent jesteśmy na dopingu. Heniek Loska powiedział mi wtedy: "Janusz, ja się denerwuję, co z tego wyjdzie?". I co wyszło? Byliśmy czyściutcy! A byliśmy wówczas pod nieprawdopodobną lupą. Kontrolowani z niespotykaną częstotliwością. I to właśnie owe pomówienia dopingowały nas najbardziej do pokazania się z jak najlepszej strony.

 

Dlaczego rzucano wam kłody pod nogi?
JANUSZ WÓJCIK: Źródło niechęci, czy raczej nienawiści, miało swoje miejsce w pewnym budynku w Warszawie. To właśnie tam zapowiedziano – oni i tak dostaną szybko w Hiszpanii w pałę, więc zaczynamy ligę już w czasie trwania igrzysk. Wiedząc, że wielu moich podopiecznych grało w tej lidze. Ha, i ta I liga - nieporównywalna poziomem do dzisiejszej pseudoekstraklasy - miała wystartować po wieszczonym nam błyskawicznym końcu, tymczasem my wylatywaliśmy z Barcelony jako jedna z ostatnich ekip.

 

Kluczem do medalu było pokonanie w sensacyjnych rozmiarach Włochów?
JANUSZ WÓJCIK: Włosi byli wtedy aktualnymi mistrzami Europy. Mieli w składzie kilku zawodników z pierwszej reprezentacji. Kto przegrywał z Włochami, żegnał się z igrzyskami. Włosi byli murowanym faworytem do walki o złoto w finale z Hiszpanią. Ale to my zagraliśmy genialne spotkanie. Wygraliśmy 3:0 i uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie wygrać nawet finał. Szkoda, że tak się nie stało. Że nie wróciliśmy do kraju ze złotymi medalami na szyjach.

 

Do pełni szczęścia zabrakło niewiele...
JANUSZ WÓJCIK: Gdyby była dogrywka w finale z Hiszpanią, to byśmy ich opędzili. Jestem tego do dziś pewien. Już krzyczałem do maserów, by się do niej przygotowywali. W doliczonym czasie gry nie znakomita technika Hiszpanów - i król z królową siedzący na trybunach - miałyby decydujące znaczenie, a nasze zdrowie i forma. No cóż, tak się nie stało i już nie będę wracał do przypadku kolumbijskiego arbitra, który przedłużył mecz, a po golu na 3:2 dla gospodarzy szybko go skończył. Zresztą wcześniej też tak prowadził zawody, że szkoda słów.

 

Po igrzyskach mówiliście, że jeszcze polska piłka nie zginęła. Słynne powiedzenie Wojtka Kowalczyka – zmieniamy szyld i jedziemy dalej do dziś funkcjonuje w piłkarskim slangu.
JANUSZ WÓJCIK: To nie były tylko zwykłe słowa "Kowala". To nie była bezczelność, czy chęć zawładnięcia kasy. Chodziło o to, że ci wspaniali zawodnicy po zdobyciu medalu nadal było głodne sukcesów. Pokazywania klasy z najlepszymi ekipami w Europie. Dlatego liczyliśmy, że na tej drużynie będzie się w naturalnych okolicznościach opierał trzon pierwszej reprezentacji. Że to do niej dołączą najlepsi piłkarze z pierwszej drużyny, a nie odwrotnie. Tymczasem ówcześni działacze odebrali to jako zamach na pierwszą reprezentację. Wymyślili - z kosmosu - że zmierzamy do przewrotu i tak skończyła się przygoda tej wspaniałej ekipy. Szkoda, bo stać ją było na wiele więcej niż srebro w Barcelonie!

 

Z tej samej kategorii