40 lat minęło... GKS Tychy miał srebrną drużynę

GKS Tychy wicemistrzowie Polski
 fot. Dorota Dusik  /  źródło: własne

2 czerwca 1976 roku GKS Tychy świętował swój największy sukces - wicemistrzostwo Polski.

W sobotę piłkarze GKS-u Tychy postawili pieczęć na awansie do I ligi. Warunkiem było zwycięstwo ze Stalą Mielec. Co ciekawe, przed 40 laty oba kluby rywalizowały o mistrzostwo Polski, a rozstrzygnięcie nastąpiło w ostatniej kolejce, choć nie w bezpośredniej konfrontacji (szansę na złoto miały jeszcze Ruch Chorzów i Wisła Kraków). Ostatecznie górą była naszpikowana gwiazdami Stal, ale to drużynę z Tychów określono największą rewelacją sezonu. Nie ma się zresztą co dziwić. Trudno bowiem w naszym kraju znaleźć klub, który po zaledwie 5 latach od powstania sięgnąłby po medal. GKS jest więc wyjątkiem, a fakt okrągłej rocznicy jego największego sukcesu stanowił doskonały pretekst do wspomnień tamtego sezonu.

 

Roszada na ławce
Tyszanie przystępowali do niego po trudnym okresie. Choć rozgrywki 1974/75 zakończyli na bezpiecznym, 10. miejscu, to o pozostanie w I lidze musieli walczyć do ostatniej kolejki. Rywalizacja o utrzymanie była zacięta, a „zamieszanych” w nią była niemal... połowa tabeli. Seria pięciu meczów bez porażki pozwoliła jednak drużynie z Tychów pozostać w elicie. Sezon ten dał im jednak dużo do myślenia. Zdawali bowiem sobie sprawę, że aby historia się nie powtórzyła, konieczne jest wzmocnienie składu. Prezes Edward Kucowicz podjął również decyzję o zmianie szkoleniowca; doświadczonego Jerzego Nikiela zastąpił Aleksander Mandziara, który do tej pory pełnił funkcję drugiego trenera. Obie strony szybko znalazły wspólny język. Przyszło im to łatwo, wszak zaledwie 35-letni Madziara całkiem niedawno biegał za piłką. - Gdy byliśmy w II lidze, grałem z Manadziarą w obronie. Był ode mnie starszy, więc gdy w 1972 roku pojawił się w klubie, to początkowo zwracałam się do niego „panie Alku”. To był świetny piłkarz. Dla mnie wzór do naśladowania, jak powinno zachowywać się na boisku - wspomina Marian Piechaczek.

 

Zapowiedź lepszych czasów
Dla wielu postawa zespołu w nowym sezonie była wielką niewiadomą, ale prezes Kucowicz zarażał wszystkich optymizmem. - Naszą drużynę stać na wypracowanie własnego stylu gry, a to oznacza, że celem nie jest tylko utrzymanie - obwieszczał szef, co faktycznie mogło zostać odebrane jako zapowiedź lepszych czasów. O wypłaty dla zawodników nie musiał się specjalnie martwić, bo byli zatrudnieni w kopalni „Ziemowit”, zarabiając zacznie więcej niż wynosiła ówczesna średnia krajowa. Na listę płac trafili zawodnicy, którzy w nowym sezonie mieli stanowić o obliczu zespołu, a nie być tylko uzupełnieniem składu. Defensywę wzmocnił więc Jerzy Ludyga z Motoru Lublin, pomoc Lechosław Olsza z GKS-u Katowice, a atak Roman Ogaza z Szombierek Bytom. Mimo solidnych przygotowań do rozgrywek, tyszanie zanotowali wpadkę w Pucharze Polski, przegrywając w 1/16 finału ze zdegradowaną z ekstraklasy, Gwardią Warszawa 0:2. „Obserwując drużynę gości, można było odnieść wrażenie, że nie była zainteresowana wygraniem tego meczu” - nie zostawiał suchej nitki korespondent „Sportu”. W lidze również nie było różowo. Remisy z ŁKS-em (1:1) i Górnikiem Zabrze (0:0), wygrana (3:1) z Szombierkami, porażka (1:3) ze Śląskiem Wrocław, zwycięstwo (1:0) ze Stalą Rzeszów i znów porażka (2:3) z Ruchem sprawiły, że po sześciu kolejkach tyszanie mieli na koncie raptem 6 punktów (za zwycięstwo otrzymywało się 2), co dawało im zaledwie 9. miejsce.

 

Oślepiający blask jupiterów
Kryzys jednak minął. Drużyna wzięła się w garść i zanotowała serię czterech wygranych. Jej „ofiarami” padły kolejno: ROW Rybnik (2:1), Lech Poznań (1:0), Widzew Łódź (1:0) i Polonia Bytom (3:0). Dzięki temu tyszanie awansowali na podium, zrównując się punktami ze Stalą, Ruchem i Wisłą Kraków, a kiedy w obecności 20 tysięcy widzów pokonali (2:1) „Białą gwiazdę”, na wszystkich rywali patrzyli z góry. Pozycji lidera nie zdołali jednak utrzymać. Wszystko przez porażkę (0:4) z Pogonią w Szczecinie. - Mecz był rozgrywany przy sztucznym świetle, a nasi piłkarze do takich warunków nie są przyzwyczajeni. Dwie bramki były przypadkowe, a padły wskutek oślepienia naszego bramkarza, Eugeniusza Cebrata - usprawiedliwiał swych zawodników prezes Kucowicz, który na półmetku sezonu i tak był zadowolony. GKS był bowiem wiceliderem, co zarówno z dumą, ale i chłodnym spojrzeniem, zauważała lokalna prasa. „To na pewno nie jest jeszcze najlepsza drużyna w Polsce. Jej wysoka pozycja to pochodna obniżenia lotów przez inne zespoły, ale wydaje się, że Tychy są na najlepszej drodze, by tą najlepszą drużyną zostać. Piłkarze grają w sposób cieszący serce: z zapałem, szybko, ambitnie, do końca. Drużyna posiada długą ławkę rezerwowych, a zmiennicy w niczym nie ustępują podstawowym zawodnikom” - można było przeczytać na łamach „Trybuny Robotniczej”.

 

Usypiający Ogaza
Świetne recenzje zbierali zawodnicy. Lechosława Olszę porównywano do Kazimierza Deyny, Eugeniusza Cebrata do Jana Tomaszewskiego, a Romana Ogazę chwalono za boiskowe cwaniactwo. „Czasami można odnieść wrażenie, że zawodnik ten nie w pełni angażuje się w walkę, ale to tylko pozory. Ogaza w ten sposób usypia czujność rywali” - pisano w „Sporcie”. Choć prezes Kucowicz drużynę porównywał do dobrze funkcjonującego zakładu przemysłowego, to trener Madziara wolał studzić optymizm. „W grze naszego zespołu widzę jeszcze wiele mankamentów. Dotyczą one zwłaszcza gry defensywnej. W kilku meczach za łatwo traciliśmy bramki i w przerwie zimowej będziemy pracować nad techniką indywidualną oraz taktyką, by w rundzie rewanżowej wyeliminować błędy - podsumowywał w tygodniku „Piłka Nożna”. Mimo iż zimą do drzwi gabinetu działaczy wicelidera pukało kilku znanych piłkarzy, kadra GKS-u pozostała nienaruszona, a obserwatorzy walki o mistrzowski tytuł zacierali ręce, a jednocześnie zastanawiali się, jak „czarny koń” poradzi sobie w rundzie wiosennej, która zwykle bywa trudniejsza niż jesienna. Edward Kucowicz był jednak pewny swego: - To może być wkrótce najlepszy skład w kraju. Zawodnicy są skromni, koleżeńscy i jeśli nad sobą jeszcze popracują, to mogą zajść wysoko - komplementował.

 

25 tysięcy na Ruchu
Początek rundy rewanżowej nie odzwierciedlał jednak optymizmu prezesa, ale najgroźniejsi rywale również tracili punkty i po 20 kolejkach GKS przewodził tabeli. Czuł jednak oddech Ruchu, który w ostatni dzień marca przyjechał do Tychów. Ten mecz przeszedł do historii futbolu w tym mieście. Zainteresowanie było tak duże, że na stadion przy ul. Engelsa przyszło ponad 25 tysięcy ludzi. To do tej pory niepobity rekord frekwencji na meczu tyszan. „Dlaczego tego meczu nie rozegrano na Stadionie Śląskim?” - pytał „Sport”, przyczepiając się do organizacji spotkania na szczycie, na które sprzedano o kilka tysięcy biletów za dużo, wskutek czego tłok na trybunach był tak duży, że wiele osób go po prostu nie widziało, ale w sumie... nie miało czego żałować. Poziom bowiem rozczarował. Choć twardej, zaciętej walki o każdą piłkę nie brakowało, to akcje były pozbawione tempa. Ruch wygrał 1:0 i przeskoczył tyszan w tabeli. - Posiadaliśmy ogromną przewagę, ale od Piotra Czai, który stał w bramce rywali, wszystko się odbijało - wspominał tamten mecz Marian Piechaczek.

 

Pralka, telewizor, USA...
O ile wynik tego meczu nie miał kluczowego znaczenia dla decydującej części sezonu, o tyle porażka (0:2) ze Stalą Mielec już za taką mogła ujść. Po niej bowiem przyszło 0:5 w Krakowie z Wisłą i 1:2 z Zagłębiem Sosnowiec u siebie, w obecności zaledwie 4 tysięcy widzów. „Cała drużyna walczyła do upadłego o każdą piłkę, ale kiedy ją już posiadała... gubiła w żenujących sytuacjach. Pod tym względem wyraźnie ustępowała rywalom” - relacjonował „Sport”, który po części zmobilizował tyszan na końcówkę sezonu, a konkretnie na dwa decydujące mecze z Legią w Warszawie i Pogonią w Tychach. GKS wygrał 1:0 i 2:1. O zwycięstwie z Pogonią zadecydował rzut karny, który wywalczył, a następnie egzekwował Roman Ogaza. Była 89 minuta... - Jak Romek podchodził do piłki, to wolałem się odwrócić - nie ukrywał emocji Marian Piechaczek, który - jako kapitan drużyny - na bankiecie z okazji wicemistrzostwa zapowiedział, że drużyna dołoży wszelkich starań, by podobny wynik powtórzyć, a nawet go poprawić. Nie udało się. Za wicemistrzostwo tyszanie otrzymali telewizory kolorowe lub pralki automatyczne. Na przełomie lipca i sierpnia pojechali również na tournee po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Odnieśli tam komplet 6 zwycięstw, ale wielu utrzymuje, że był to początek końca wielkiego GKS-u. Długa wyprawa miała bowiem wpływ nie tylko na wyeliminowanie zespołu z europejskich pucharów przez FC Koeln, ale też kolejny sezon, w którym drużyna w 30 meczach zdobyła 21 punktów i spadła do II ligi.

 

(w materiale wykorzystano obszerne fragmenty książki Piotra Zawadzkiego „GKS wicemistrzem jest!”)

 

Srebrna drużyna sezonu 1975/76
Bramkarze: Stefan Anioł (2), Eugeniusz Cebrat (28 meczów)

Obrońcy: Jan Bożek (3), Jerzy Brzozowski (14), Jerzy Ludyga (25/1 bramka), Marian Piechaczek (29), Alfred Potrawa (24/1), Józef Trójca (30/2)
Pomocnicy: Jan Bielenin (26/5), Zbigniew Janikowski (10), Jerzy Kubica (29/1), Lechosław Olsza (25), Henryk Tuszyński (19/3)
Napastnicy: Czesław Czarnynoga (29/2), Roman Ogaza (30/15), Krzysztof Rasek (23/2), Kazimierz Szachnitowski (29/6)



 
 
 
 
 

Z tej samej kategorii