Adam Matysek: Kluczowe było losowanie

Były bramkarz reprezentacji Polski wraca do meczu, który przed szesnastoma laty biało-czerwoni rozegrali przeciwko Norwegii. Grający wówczas w niemieckim Bayerze Leverkusen golkiper "wygryzł" z podstawowej jedenastki Jerzego Dudka, ale tą decyzją selekcjoner Jerzy Engel nie popełnił błędu, bo Matysek bronił jak w transie.

Adam Matysek
 /  fot. Michał Chwieduk  /  źródło: newspix.pl

BOGDAN NATHER: Podobno niemal do ostatniej chwili uważał pan, że nie zagra przeciwko Norwegom, że miejsce między słupkami bramki zajmie Jerzy Dudek…
ADAM MATYSEK: - Szczerze powiedziawszy, niczego takiego sobie nie przypominam.
No to inaczej. Kiedy nabrał pan pewności, że w tym meczu będzie numerem jeden?
- Gdzieś miałem to zakodowane w podświadomości. W Bayerze Leverkusen grałem dobrze, zbierałem wysokie noty i pochlebne recenzje. Ale w tamtych czasach Jurek Dudek bronił w większości meczów, a trenerzy rzadko zmieniali bramkarza, nie to co teraz.


Trener Jerzy Engel z decyzją zwlekał do ostatniej chwili, czy poinformował pana wcześniej?
ADAM MATYSEK: - Trener Engel miał zwyczaj dzień przed meczem chodzić po pokojach i informować piłkarzy o swoich decyzjach personalnych. Dowiedziałem się o tym w piątek wieczorem. Pokój dzieliłem z Tomkiem Kłosem i obaj usłyszeliśmy, że wychodzimy w podstawowym składzie. Zresztą już w ostatnich treningach „czułem pismo nosem”.


Selekcjoner informował was o wszystkich „sztuczkach” Norwegów, na przykład tej ze zwężaniem boiska o półtora metra z każdej strony?
ADAM MATYSEK: - Mieliśmy dużo informacji od trenerów, sztab szkoleniowy reprezentacji Polski pracował profesjonalnie, chociaż nie był tak rozbudowany jak obecnie i nie miał takich możliwości. Ale wiedzieliśmy o „manewrach” z boiskiem, o tym, że płyta jest twarda jak beton, bo będziemy grali przy temperaturze minus 6 stopni Celsjusza, że ostro będzie świeciło słońce. Nie przewidzieli tylko tego, że ono w drugiej połowie w ogóle się nie przesunie. Teraz krążą w internecie fragmenty tego meczu, gdzie widać, jak wyraźne są cienie zawodników.


Kiedy wybił pan bark, dlaczego natychmiast nie poprosił pan o zmianę? Nie wiedział pan w tym momencie, ze doznał urazu? Już z kontuzją obronił pan strzał Jo Tessema w sytuacji sam na sam…
ADAM MATYSEK: - Od razu wiedziałem, że „poszedł” bark. Ale wszystko działo się ta szybko, a gra toczyła się nadal! Pamiętam moment strzału, na moment straciłem kontrolę nad piłką i nie wiedziałem, gdzie ona jest. Zbyt szybko chciałem wstać i niefortunnie upadłem. To był zbieg okoliczności, który skończył się poważną kontuzją. Leżałem przez chwilę i w tym czasie bramka była pusta. Gdyby Norwegowie zorientowali się, że nie ma mnie w bramce, mogliby strzelić gola nawet z połowy boiska.


Determinacja godna pochwały, że jeszcze przez chwilę wytrwał pan na posterunku.
ADAM MATYSEK: - Musiałem zostać w bramce, bo sędzia nie przerwał gry. Kontuzja okazała się bardzo „wredna”. Bo to nie było wybicie barku, lecz miałem zerwane mięśnie barkowe naramienne, miałem także uszkodzone mięśnie łopatkowe. W końcu byłem trochę „napakowany”, więc ból był ogromny. Na szczęście nie uszkodziłem kości i to była optymistyczna wiadomość. Dwukrotne badanie rezonansem magnetycznym nie wykazało tego urazu i po powrocie do Bayeru Leverkusen zagrałem jeszcze trzy mecze!


Niewiarygodne! Jak pan to wytrzymał?
ADAM MATYSEK: - Rehabilitacja oraz zastrzyki i tabletki przeciwbólowe zrobiły swoje. Trenowałem jak zawodnik z pola, nie używając rąk. Trenerzy pytali „Adam, dasz radę, a ja twierdząco potakiwałem głową”. W końcu jednak ból był nie do zniesienia i powiedziałem „pas”. Od momentu kontuzji do operacji, której się poddałem w Heidelbergu, minęło półtorej miesiąca. Lekarz potem mi powiedział i pokazał, że mięsień został skręcony do kości.


To przewrotnie zapytam, widział pan końcówkę meczu z Norwegami? I gdzie ją pan oglądał?
ADAM MATYSEK: - Nie zostałem odwieziony do szpitala, bo nikt nie wiedział, co naprawdę mi się stało. Po wstępnych oględzinach usztywniono mi bark, obłożono go lodem i podano tabletki przeciwbólowe. Końcówkę meczu obejrzałem w tunelu na ekranie jednego z telewizorów.


Po meczu powiedział pan, że kluczem do zwycięstwa było… losowanie. Cytuję: „ Gdybyśmy zaczynali na tę bramkę, na którą świeciło słońce, to mogłoby być źle. Kiedy grałem w II połowie pod słońce, kompletnie nic nie widziałem. Nie założyłem czapki, bo jej nie cierpię. Kilka razy wcześniej założyłem i broniło mi się źle”. Naprawdę słońce tak bardzo przeszkadzało w grze?
ADAM MATYSEK: - Jeszcze przed meczem ustaliliśmy, że jeżeli wygramy losowanie, to wybieramy tę bramkę, na którą nie świeci słońce. Miało nam świecić w plecy i to się sprawdziło, z tym, że po przerwie dalej świeciło na tę samą bramkę, jakby stało w miejscu. Górnych piłek w ogóle nie można było kontrolować. Nigdy wcześniej ani później z czymś takim o tej porze roku, a był marzec, nie spotkałem się.


Ten marcowy mecz w Oslo z Norwegią był najbardziej pamiętny w pańskiej reprezentacyjnej karierze? I najlepszy?
ADAM MATYSEK: - Patrząc z perspektywy czasu - na pewno najbardziej pamiętny. Ale czy najlepszy? Mam wątpliwości. Zadowolony byłem z meczu z Bułgarią, który wygraliśmy w Warszawie 2:0. Pół godziny przed meczem zaczęły się gwałtowne opady deszczu, graliśmy po kostki w wodzie. Innym meczem był pojedynek towarzyski z Hiszpanią, który przegraliśmy 1:2. Gdy schodziłem z boiska było 1:1 po golu Tomka Hajty, który strzeli Santiago Canizaresowi gola głową. (Dla Hiszpanów gole strzelili Fernando Morientes i Pedro Munitis – przyp.. BN).

 

 

Z tej samej kategorii