Trzy zwycięskie remisy w drodze biało-czerwonych na mistrzostwa świata

Trzy, spośród siedmiu naszych dotychczasowych awansów na mundial, zostały przypieczętowane remisami. Jak będzie w niedzielę w Warszawie?

Maciej Żurawski
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl

17 październik 1973 rok, Wembley Stadium, Londyn

Anglia – Polska 1:1

Bramki: 0:1 Domarski 57 min 1:1 Clarke 63 min (karny)

Sędziował: Vital Loraux (Belgia). Widzów: 90 tys.

 

Po efektownych wygranych we wcześniejszych eliminacyjnych spotkaniach z Anglią i Walią u siebie, przed ostatnim starciem w grupie 5, starczał nam remis. Drużyna prowadzona przez Kazimierza Górskiego miała na swoim koncie 4 punkty, a rywal o „oczko" mniej. To było spotkanie, które weszło do historii nie tylko polskiego futbolu. Anglicy mieli miażdżącą przewagę, ale w bramce rewelacyjnie spisywał się Jan Tomaszewski. Na dodatek po jednej z kilku skutecznych kontr, w drugiej połowie objęliśmy prowadzenie po efektownym strzale Jana Domarskiego. Kto wie czy nawet nie wygralibyśmy na Wembley, ale w końcówce szarżujący Grzegorz Lato został brutalnie powstrzymany przez angielskiego obrońcę Roya McFarlanda, który... złapał polskiego napastnika za szyję. Za to zagranie otrzymał tylko żółtą kartkę. Końcówki spotkania z ławki nie oglądał już trener Górski. Poszedł do szatni i tam oczekiwał końcowego gwiazdka.

 

- To było wydarzenie na skalę światową. Anglicy byli przecież wtedy potęgą, mistrzem świata z 1966 roku i ćwierćfinalistą mundialu z 1970. Tym co się wtedy stało byli kompletnie zaskoczeni. Pamiętam, że mieli przygotowany bankiet na 2000 tysiące osób, a przyszło na niego chyba z dwieście ludzi – wspomina uczestnik tamtego spotkania Henryk Kasperczak.

 

29 października 1977, Stadion Śląski, Chorzów

Polska – Portugalia 1:1

Bramki: 1:0 Deyna 28 min 1:1 Fernandes 61 min

Sędziował: Walter Eschweiler (RFN). Widzów: 80 tys.

 

Mimo pięciu kolejnych wygranych w eliminacyjnych spotkaniach w grupie 1, w tym na wyjeździe z Portugalia i Danią, to reprezentanci z Półwyspu Iberyjskiego do końca deptali drużynie prowadzonej przez Jacka Gmocha po piętach i do końca trzeba było się denerwować o to, co dzieje się na boisku w ostatnim spotkaniu. Akurat w tym decydującym meczu nasi zagrali słabiej. Prowadziliśmy, ale później rywal wyrównał i groźnie atakował.

 

Ten mecz przeszedł do historii z dwóch powodów, bramki strzelonej przez Kazimierza Deynę bezpośrednio z rzutu rożnego, ale też olbrzymich gwizdów w kierunku lidera polskiej reprezentacji.

 

- W końcówce nie było łatwo, ale remis dał nam awans. Ten mecz zapamiętałem z dwóch skrajnych sytuacji, z jednej strony wynik 1:1 dał nam upragniony awans, a z drugiej był niesmak spowodowany gwiazdami na Kazia Deynę. Strzelił wtedy bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego, a kibice i tak gwizdali. Potem już w końcówce, nie wiem dlaczego czy z powodu kontuzji, kiedy schodził z boiska, to gwiazdy były jeszcze większe. Był jednak twardą sztuką, wytrzymał presję i nie zrezygnował z gry w reprezentacji, pojechał na kolejne mistrzostwa – opowiada grający w meczu z Portugalczykami Henryk Kasperczak.

 

11 września 1985 rok, Stadion Śląski, Chorzów

Polska – Belgia 0:0

Sędziował: Robert Valentine (Szkocja). Widzów: 70 tys.

 

O awans do czwartego mundialu, dziesiątki tysięcy kibiców na trybunach Stadionu Śląskiego i miliony przed telewizorami, drżały do ostatnich sekund. W ostatnim grupowym spotkaniu biało-czerwoni mierzyli się z silną wtedy reprezentacją Belgii. Oba zespoły miały na swoim koncie po 7 punktów w 5 meczach i taką samą różnicę bramek. Na szczęście Polacy mieli więcej zdobytych goli, głównie dzięki wysokiej wygranej kilka miesięcy wcześniej z Grecją w Atenach (4:1), co dawało nam komfort gry na remis w decydującym starciu z „Czerwonymi Diabłami".

 

Mecz na Stadionie Śląskim był wyrównany. Biało-czerwoni mogli prowadzić po strzale kapitana zespołu Zbigniewa Bońka, ale piłka po jego uderzeniu trafiła w słupek i przeszła wzdłuż linii bramkowej. Z kolei Belgowie znaczną przewagę osiągnęli w końcówce. W 85 minucie szarżującego prawą stroną boiska Erica Geretsa nieprzepisowo powstrzymał Kazimierz Przybyś. Wykroczenie miało miejsce na linii pola karnego. Belgowie twierdzili jednak, że było to już w polu karnym. Gerets szalał, podobnie, jak inni piłkarze rywala. Doświadczony szkocki arbiter Robert Valentine podyktował jednak wolnego. W końcówce cały stadion, w tym ja sam, krzyczało: „Józek! Józek!". To w dużej mierze dzięki dobrym interwencjom Józefa Młynarczyka udało się utrzymać bezbramkowy rezultat i kilka miesięcy później pojechać na mundial do Meksyku. Po meczu nasz bramkarz wylądował na rękach szczęśliwych kolegów, a Antoni Piechniczek mógł cieszyć się z drugiego kolejnego awansu do finałów MŚ.

 

 

O awansach z 1937 i 2001 roku, pisaliśmy w „Sporcie", we wczorajszym wydaniu. A jak było z pozostałymi dwoma? W 1981 roku przeszliśmy przez eliminacje, jak burza. Biało-czerwoni wygrali wtedy swoje wszystkie cztery spotkania z NRD i Maltą. Awans, drużyna prowadzona przez trenera Antoniego Piechniczka, przypieczętowała efektownym 3:2 w Lipsku 10 października 1981 roku, gdzie już po pięciu minutach, i trafieniach niezawodnego Włodzimierza Smolarka, a także wcześniej Andrzeja Szarmacha, prowadziliśmy dwoma golami.

 

Inaczej było z ostatnim awansem na mistrzostwa świata w 2005 roku, ten dokonał się... poza boiskiem. Mimo ośmiu zwycięstw na dziewięć meczów, z niewygodnymi rywalami, jak Austria, Irlandia Północna, Walia i Azerbejdżan, awans nie był pewny. Jęk zawodu polscy kibice wydali szczególnie podczas przedostatniego spotkania z Walią, na stadionie Legii. Wygrana 1:0 już praktycznie dawała mundial, ale trzeba było jeszcze czekać na potknięcie Szwedów w grupie 8. Niestety, trafienie niezawodnego Zlatana Ibrahimovicia w 90 minucie spotkania w Budapeszcie sprawiło, że na awans trzeba było czekać jeszcze miesiąc. Biało-czerwoni mundialowe bilety zapewnili sobie po wygranej Holandii z Czechami 2:0. Ten rezultat sprawił, że bez względu na wynik ostatniego meczu w grupie z Anglią na Wembley, pojedziemy do Niemiec.

Z tej samej kategorii