Bał się, że wyślą go na Wschód

Można powiedzieć, że było to spotkanie Reprezentacji Górnego Śląska z ZSRR. W składzie było przecież ośmiu Górnoślązaków – mówi historyk katowickiego IPN Grzegorz Bębnik. Historyczna wygrana z ZSRR miała wielkie znaczenie, choćby dla wspaniałego bramkarza Edwarda Szymkowiaka, któremu Sowieci zamordowali ojca.

Komunistyczne władze mocno obawiały się meczu na Stadionie Śląskim z ZSRR? – pytamy Grzegorza Bębnika, doktora habilitowanego nauk humanistycznych, autora wielu publikacji na temat Górnego Śląska (na małym zdjęciu).
- Bardzo mocno. To była konfrontacja nie tylko na arenie sportowej, ale też ideologicznej. Starcia Polski ze Związkiem Sowieckim wywoływały określone resentymenty nawet w latach 70., a co dopiero w 50. Tutaj trzeba wspomnieć o otoczce historycznej, która towarzyszyła eliminacyjnemu spotkaniu na Stadionie Śląskim. Mecz odbył się w rok po krwawym stłumieniu powstania w Budapeszcie. W czerwcu 1956 roku mieliśmy do czynienia z wydarzeniami poznańskimi. Wszystko odbywało się w czasie usztywnianie kursu przez Gomułkę i wycofywania się z zapowiadanych wcześniej półgębkiem reform. We wrześniu 1957 roku zawieszono, a faktycznie zlikwidowano wydawanie czasopisma „Po prostu", a fala demonstracji w obronie gazety została brutalnie stłumiona przez ówczesne ZOMO. Rozczarowanie - to było uczucie dominujące, że de facto po „polskim październiku" rok wcześniej, po fali nadziei nic się nie dzieje i wszystko wraca w stare koleiny. W tej sytuacji mecz z reprezentacją „Wielkiego Brata", musiał być czym, co niepokoiło ówczesnych PRL-owskich dygnitarzy – opowiada nam pracownik katowickiego Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Obawy komunistycznych władz
Sam historyczny mecz i wygrana z ZSRR nie znalazły jeszcze szczegółowego opracowania. - Są dokumenty PZPR, ale to metry akt i przebicie się przez ocean tamtej nowomowy jest niezwykle trudnym zadaniem. Ciężko zmagać się z tamtym wodolejstwem i pustosłowiem. Wiem na przykładzie kolegów, ile kosztuje to zdrowia. Po takiej pracy są wyczerpani - zaznacza dr Bębnik.
Pytamy, dlaczego mecz z ZSRR został rozegrany na Śląskim, a nie na Stadionie X-lecia w Warszawie. - Na pewno organizacja takiego meczu to była gratka i stolica z pewnością chciała, żeby gościć takiego rywala u siebie. Tutaj niektórzy przypisują zasługę Jerzemu Ziętkowi, ale jeśli chodzi o tę osobę, to często przypisuje jej się nadludzką siłę sprawczą, co dość rzadko ma potwierdzenie w faktach – stwierdza śląski historyk.
Jak zaznacza doktor Grzegorz Bębnik, komunistyczne władze mogły mieć obawy przed rozegraniem spotkania na Górnym Śląsku. Dlaczego? – Jedna rzecz to skład naszej reprezentacji. Proszę na niego spojrzeć. Można powiedzieć, że było to spotkanie Reprezentacji Górnego Śląska z ZSRR. W składzie naliczyłem ośmiu Górnoślązaków, wśród nich Ginter Gawlik, były piłkarz SV Borsigwerk, a potem Górnika, czy Henryk Kempny, którego faktyczne imię brzmiało Helmut – tłumaczy.
To nie wszystko. Na początku lipca 1954 roku, na Górnym Śląsku miały miejsce spontaniczne demonstracje radości związane z... triumfem reprezentacji Republiki Federalnej Niemiec na mundialu w Szwajcarii. – Od syna naocznego świadka wiem, że taka spontaniczna manifestacja miała miejsce w Zaborzu, dzielnicy Zabrza, które przed wojną znajdowała się w granicach Rzeszy. Po końcowym gwizdku, który oznaczał triumf Niemców na mistrzostwach świata, na ulice wyszli rozradowani autochtoni. Są też informacje o jednym z mieszkańców, u którego znaleziono zdjęcie zwycięskiego „mannschaftu”. Sprawie nadano bieg służbowy, bo owa osoba była w PZPR i za to zdjęcie wyleciała z partii – opowiada dr Bębnik.

 

Milicyjna mobilizacja
Mecz z ZSRR wywołał olbrzymie zainteresowanie. Starcie z czołową wówczas reprezentacją świata, mistrzem olimpijskim z 1956 roku, chciało zobaczyć... prawie pół miliona kibiców z całego kraju! Tymczasem na stadion mogło ich wejść „ledwie" 100 tys.
- To była drobna część zamówień. Bilety dystrybuowano osobnymi kanałami przez zakłady pracy. Oczywiście trafiały do osób uprzywilejowanych. Trzeba dodać, że wśród tych widzów wielu było milicjantów czy przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa w cywilu. Byli też członkowie ich rodzin. W takim stutysięcznym tłumie z pewnością były też jednak osoby, których niekoniecznie chciano by widzieć na trybunach, bo obawiano się antysowieckich demonstracji. Zresztą, czy przychodziło się wtedy mierzyć z ZSRR na piłkarskiej murawie, czy było to w boksie lub hokeju, to nastawienie zawsze było takie samo. Dlatego obstawiano imprezę tak, jak to było możliwe – tłumaczy Grzegorz Bębnik.
Czy doszło do jakiś antysowieckich czy antykomunistycznych demonstracji? - Raczej nie. Gdyby coś takiego miało miejsce, to byłoby to wyciągnięte. Władza była bowiem bardzo przeczulona na tym punkcie – mówi naukowiec.
Jak pisał dr Mariusz Żuławnik, zastępca dyrektora archiwum IPN, 70 proc. kibiców przyjechało do Chorzowa samochodami ciężarowymi. Przygotowano dla nich 3 tys. miejsc parkingowych. Uruchomiono dodatkowe kursy tramwajów i autobusów. Nad bezpieczeństwem miało czuwać 1300 milicjantów. Fanom zapewniono osiem kuchni polowych, a także doraźną izbę wytrzeźwień. – Takie izby były charakterystyczne dla tamtych czasów. Co do milicji, to skierowano do pracy milicjantów z Komendy Wojewódzkiej oraz z miejskich komisariatów, a także wielu ubeków – dodaje dr Bębnik.

 

Zobaczyli amerykański film!
Piłkarska reprezentacja ZSRR przyleciała do Polski w czwartek 17 października. Po krótkim pobycie w Warszawie udała się na Górny Śląsk. Goście zostali ulokowaniu w katowickim hotelu „Orbis" czyli obecnym „Monopolu". - To był hotel z najwyższej półki. Powiedzmy też, że Katowice to nie było jeszcze to miasto z czasów gierkowskiej prosperity, a raczej miejsce, które zachowało sznyt starych Katowic, jeszcze tych niemieckich, przed okresem wielkich inwestycji – tłumaczy historyk.
Radziecka ekipa była oczywiście pieczołowicie chroniona. - Przyjazd takich gości nie tyle, że był obserwowany, ale też zabezpieczony ze strony polskiej, żeby nie zakłócono pobytu czy żeby nie miało miejsca żadne niepożądane wydarzenie. Było też oczywiście zabezpieczenie ze strony służb sowieckich, a miejscowi byli na ich usługi. Tutaj o żadnej autonomii nie można było mówić i nic takiego nie miało miejsca – zaznacza dr Bębnik.
Po przyjeździe do hotelu piłkarze zjedli obiad a potem obejrzeli... amerykański film „Indiański wojownik" z legendarnym Kirkiem Douglasem w roli głównej.
- Nie było chyba tak źle, skoro mogli zobaczyć w Katowicach amerykański film z 1955 roku? – pytamy pracownika IPN.
- Pewnie na głowie stawano, żeby dogodzić gościom. Na pewno był to pokaz zamknięty, wyłącznie dla nich. Z Warszawy ściągnięto kopię z rosyjską wersją językową. Co do kin, to z tym nie było problemu, bo w tamtym czasie było ich w Katowicach kilkanaście. To było jeszcze w czasie przedtelewizyjnym - opowiada Grzegorz Bębnik.

 

Zabili mu ojca
Wygrana miała wielkie znaczenie dla Polaków, a pokonanie ZSRR na piłkarskiej murawie przeszło do legendy polskiego sportu. Dla jednego zawodnika miało to szczególne znaczenie. Chodzi o Edwarda Szymkowiaka. Ponoć po wygranym meczu, jeden z najlepszych polskich bramkarzy w historii, popłakał się ze szczęścia. Miał wielką satysfakcję, bo kilkanaście lat wcześniej Sowieci zamordowali jego ojca Michała Szymkowiaka, przedwojennego policjanta z Katowic.

 

źródło: SPORT


Nie do końca wiadomo, gdzie i kiedy zginął. Jedni mówili i pisali o Katyniu, inni wspominali inne miejsce na Wschodzie. Nazwisko Michała Szymkowiaka znajduje się jednak na liście zamordowanych polskich policjantów, których mogiły znajdują się nieopodal Miednoje.
Dzięki pomocy dr Bębnika i jego kolegów z IPN oraz policji, udaje się ustalić przeszłość ojca Edwarda Szymkowiaka, który w czasie I wojny światowej służył w armii niemieckiej. Od 1919 do 1921 roku był już w armii polskiej. Michał Szymkowiak był też uczestnikiem III Powstania Śląskiego. Od 1 listopada 1923 roku w policji. Pracował w I Komisariacie w Katowicach, a 14 listopada 1938 roku został przeniesiony do powiatu frysztackiego. Wiązało się to z zajęciem Zaolzia przez Polskę. Od grudnia 1938 do wybuchu wojny pracował w komisariacie w Nowym Boguminie, gdzie był starszym posterunkowym. Po sowieckiej inwazji trafił do niewoli. Przebywał w obozie w Ostaszkowie. Wiosną 1940 roku, jak tysiące innych policjantów, został przewieziony do Kalinina (dziś Twer) i tam zabity. Miał 44 lata. Pochowany został w Miednoje. Nic dziwnego, że syn miał tak wiele satysfakcji z wygranej z ZSRR. Po wojnie nie miał nawet możliwości sprawdzenia gdzie, kiedy i jak zginął jego tata...

 

Obawy Cieślika
Jeszcze inną historię związanym z wygraną 2:1 przytacza Ryszard Mozgol, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej w Katowicach. – Euforia była tak wielka, że ludzie wbiegli na murawę i znieśli zawodników na rękach do szatni. Tam Cieślik i inny piłkarze byli wystraszeni, co będzie po takim meczu. Drugiego dnia strzelec dwóch bramek został wezwany do Komitetu Wojewódzkiego partii i jechał ze strachem, że wyślą go tam, gdzie żyją białe niedźwiedzie. Tymczasem skończyło się na gratulacjach dla Cieślika – opowiada Ryszard Mozgol.

 

Z tej samej kategorii